Poznaję Boży świat / 2021 – Hiszpania, Camino del Norte. Dzień 6 – Santander, 22 km

Mieszkańcy Pragi, którzy odeszli do Domu Ojca…
29 lipca 2022
Infografika “Powstanie Warszawskie 1944”
2 sierpnia 2022
Udostępnij to:

DZIEŃ 6 (ŚRODA), 28 lipca 2021 r.
Güemes – Santander – 22 km; łącznie przeszedłem 131.2 km

Czas rozpocząć szósty dzień niezwykłej wędrówki do grobu św. Jakuba. Jak ten dzień będzie wyglądał i co mnie będzie czekać, tego na razie nie wiem, ale z wczorajszej konferencji pana Ernesta zapowiada się, że podczas pierwszego etapu podróży czekają na mnie niesamowite widoki.

Tego dnia do pokonania miałem nieco ponad 20 km, a więc stosunkowo krótki odcinek do przejścia. Nocleg miałem zaplanowany w dużym mieście Santander, które liczy ponad 170 tysięcy mieszkańców. Jest to odcinek trasy, podczas którego będę po raz kolejny przeprawiał się statkiem na drugi brzeg. Zapowiada się więc niezwykle ciekawy dzień (uśmiech).

Tak jak wspomniałem wczoraj, na śniadaniu w schronisku już nie zostałem. Chyba byłem jedyną osobą, która tak zrobiła, bo nie widziałem, żeby ktoś wyszedł przede mną. Wstałem bardzo wcześnie, gdy na dworze było jeszcze dosyć „szaro”. Rozpocząłem swoją wędrówkę wcześnie o poranku, dlatego że wiedziałem, iż najwięcej czasu w drodze stracę na robieniu zdjęć. Jeśli chodzi o schronisko, które powoli opuszczałem. Jedynym jego malutkim minusem było to, że aby skorzystać z toalety albo łazienki, trzeba było wyjść na zewnątrz i przejść do innego budynku, znajdującego się na terenie schroniska. Warto nadmienić, iż poranki w północnej Hiszpanii bywają – hmm, jakby to nazwać – „rześkie” (uśmiech), dlatego też przed wyjściem do łazienki trzeba było się cieplej ubrać, żeby się czasem nie przeziębić.

Spoglądając na niebo, miałem obawy czy z tych chmur, które roztaczały się nad okolicą, nie zacznie padać deszcz. Jednak, jak zaobserwowałem przez ostatnie kilka dni, bywało tak, że mimo iż o poranku na niebie było sporo chmur, w późniejszych godzinach często się przejaśniało, a popołudniami bywało już bardzo ciepło i słonecznie. Dlatego miałem cichą nadzieją, że i tym razem tak będzie. Tym bardziej że zapowiadana prognoza pogody na ten dzień, nie była zła. Jednak zaraz po moim wyjściu ze schroniska niestety zaczęła padać delikatna mżawka. Na szczęście po kilkunastu minutach niebo się przejaśniło, co przyjąłem jako dobry znak na dalszą drogę (uśmiech).

Pierwsze kilometry, które pokonałem po wyjściu ze schroniska w Güemes, były dosyć męczące. Teren był górzysty i często podchodziło się pod górkę, a następnie schodziło w dół. Tak było niestety przez sporą część drogi. Z rana byłem wypoczęty, a moje nogi zregenerowane, dlatego nie zatrzymywałem się, ani zbytnio nie zwalniałem tempa wędrówki, chyba że mnie coś zaciekawiło.

Tuż po wyjściu ze schroniska na drodze można zobaczyć napis z nazwą miasta, do którego większość pielgrzymów zmierza – również i ja tam idę
Poranki na Camino, a szczególnie te w górach, bywają niezwykle piękne
Z rana człowiek jest wypoczęty i zregenerowany więc nawet górzysty teren, póki co nie sprawiał mi problemu
Tego dnia o poranku spotkałem na swojej drodze ślimaka, który wyszedł szukać pożywienia. Przypomniała mi się wówczas znana rymowanka z dzieciństwa: „Ślimak, ślimak pokaż rogi dam ci sera na pierogi”. (uśmiech)
Powoli niebo zaczyna się przejaśniać i pojawia się coraz mniej chmur. To dobry znak na dalszą część drogi.
W oddali, jeśli dokładnie się przyjrzymy, możemy dojrzeć ocean. Tą właśnie drogą asfaltową zmierzam do miejscowości Galizano, a następnie w kierunku miejscowości Langre.
Para pielgrzymów, która mnie wyprzedziła. Ten chłopak był podczas wczorajszej konferencji p. Ernesta jego tłumaczem.
Jeszcze tylko kilka kroków i rozpoczniemy drogę wzdłuż oceanu. Tych momentów zawsze z radością wyczekuję.

 

Ta alternatywna droga z miejscowości Langre do Loredo jest oczywiście dobrze oznakowana, ale warto nieco z niej zboczyć i zbliżyć się jeszcze bardziej do oceanu, a raczej krawędzi klifu. Tak mi zasugerowali ludzie, których mijałem. Powiedzieli, żebym poszedł troszkę inną drogą, a raczej ścieżką, która chyba jest bardzo dobrze znana tylko lokalnym mieszkańcom. Może ci życzliwi ludzie zasugerowali mi taką trasę, dlatego że widzieli, iż trzymam w dłoni aparat i dzięki ich podpowiedzi będę mógł wykonać piękniejsze zdjęcia? Tego nie wiem, ale posłuchałem ich i tego nie żałowałem. Nawet w takich momentach jak widać, Opatrzność Boża czuwała nade mną (uśmiech). Poniżej dodam już tylko fotorelację z przebytej trasy aż do zejścia na plażę. Cieszyłem się również, tym bardziej że po raz kolejny pogoda na Camino del Norte dopisała. Cóż by to były za zdjęcia, gdyby padał obfity deszcz oraz było wietrznie i zimno? A tak niestety na tym szlaku, co nie jest rzadkością, bywa, dlatego też moja wdzięczność wobec Pana Boga była jeszcze większa.

 

Gdy na swojej drodze napotykałem takie cudowne widoki, zazwyczaj zwalniałem kroku. Chciałem jak najdłużej delektować się tymi wyjątkowymi obrazami. Często w takich momentach rozkładałem sobie niewielki statyw i robiłem pamiątkowe zdjęcia. Och jak dobrze, że przed wyjazdem zakupiłem go i zabrałem ze sobą w podróż. Odcinek drogi, który miałem do pokonania na znacznej wysokości brzegu oceanu, był dosyć długi, aczkolwiek nie był jakoś specjalnie wymagający. Z wysoka wszystko było dobrze widać, a w oddali, na horyzoncie pojawiło się miasto, do którego zmierzałem. Po przejściu kilku kilometrów ścieżka, po której się poruszałem, zaczęła stopniowo prowadzić w dół, tak że wysoką linię brzegu powoli żegnałem, a czekała na mnie kolejna droga – tym razem plażą. Kiedy zszedłem już na dół, zdjąłem buty i mogłem z radością i szczerym uśmiechem na twarzy kroczyć dalej w kierunku miasta Santander. To w nim miałem mieć kolejny nocleg w drodze do Santiago de Compostela (uśmiech).

Tak jak zaprezentowałem powyższą wędrówkę wzdłuż oceanu, tak i teraz dodam fotorelację z przebytej drogi, która wiodła przez plażę w miejscowości Loredo. Po raz kolejny zrobiłem ogromną ilość zdjęć, dlatego pozwolę sobie na wybranie najciekawszych z nich i zaprezentuję je poniżej. Oczywiście były też takie dni podczas drogi do Santiago de Compostela, gdy wykonywałem o wiele mniej zdjęć, ze względu na to, że widoki nie zawsze były tak spektakularne, jak na przykład te dzisiejsze.

 

Wędrówka wzdłuż plaży była bardzo przyjemna, a woda w oceanie ciepła, dlatego przyjemniejsze i łatwiejsze dla mnie było mieć stopy zanurzone w wodzie, gdzie mogły się troszkę schłodzić. Tego dnia wiele osób korzystało z uroków pięknej i słonecznej pogody. Jedni spacerowali sobie wzdłuż brzegu oceanu, inni opalali się na plaży, a jeszcze inni pływali na deskach surfingowych. Ta dziedzina sportu jest bardzo popularna w Hiszpanii i na większości plaż można spotkać ludzi w różnym wieku, którzy surfują. Na plaży mogłem spotkać takie specjalne szkółki, gdzie już od najmłodszych lat pod okiem instruktora chętni mogą pobierać lekcje pływania na desce.

Po wyjściu z plaży, która znajduje się tuż przy mieście, udałem się do sklepu po coś do picia. Podczas całej drogi od wyjścia ze schroniska w Güemes, aż dotąd nie było żadnego sklepu spożywczego, w którym mógłbym się zaopatrzyć w prowiant do jedzenia i picia, dlatego też swoje pierwsze kroki skierowałem właśnie do sklepu. Dopiero gdy zaspokoiłem pragnienie i odpocząłem, mogłem iść dalej. W moim przewodniku było napisane, iż aby dotrzeć do miejscowości Santander, trzeba będzie udać się do przystani i przeprawić statkiem na drugi brzeg, co też zrobiłem. Innej drogi dla pieszych praktycznie nie było. Po drodze mijałem liczne restauracje i podziwiałem urokliwe miasteczko Loredo. W oddali widziałem już przystań, przy której ludzie oczekiwali na przypłynięcie statku. Dla mnie było też oczywiste, że dzisiejsza wędrówka powoli dobiegała końca. Jeszcze tylko przyjemny rejs statkiem i jestem praktycznie na noclegu w schronisku.

Krótkie spodenki, klapki, ręcznik na szyi. Oni z całą pewnością zmierzają na plażę, którą widać już w oddali. Ja natomiast zmierzam w przeciwnym kierunku.
W drodze do przystani mijałem kolejny mural widniejący na budynku w Loredo. Miasto jest bardzo zadbane, czyste, z dużą ilością restauracji. Nie ma co się więc dziwić bo centrum miasta znajduje się przy samej plaży.
Pielgrzymi kupujący bilet na statek. Ten pierwszy chłopak w zielonych skarpetkach, to Pakistańczyk, którego w późniejszym momencie swojej drogi jeszcze spotkam.
Nasz statek właśnie przypłynął. Czas wejść na jego pokład i ruszyć w dal
Moja pielgrzymka, póki co przebiegała raczej zgodnie z planem, co mnie bardzo cieszyło
Można usiąść wygodnie i zacząć delektować się rejsem (uśmiech)
No to płyniemy… Na horyzoncie w oddali widać miasto Santander, które liczy ponad 170 tysięcy mieszkańców.
Przepłynięcie na drugi brzeg zajęło nam nieco ponad 30 min. Po drodze mieliśmy jeszcze jeden przystanek, gdzie statek zabierał kolejnych pasażerów.
Na temat miasta Santander, do którego właśnie przybyłem w Internecie można przeczytać: „To miasto niczym z baśni, w którym życie toczy się wokół zatoki, zostało uznane za jedno z najpiękniejszych na świecie”.
Do zatoki cumują również i duże statki, które mieszkańcy i turyści mogą podziwiać
Schronisko w Santander znajduje się zaledwie kilkaset metrów od portu
6. dzień wędrówki z Güemes do Santander . Dystans: 22 km, czas: 6h 38m.

 

I tak, gdy przypłynąłem do portu po raz kolejny miasto, które odwiedzałem, zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie. Jednak w tej chwili nie koncentrowałem się zbytnio na nim, a jedynie chciałem udać się do schroniska, aby jak najszybciej się tam zameldować. Nie chciałem, żeby okazało się, iż po dotarciu do celu nie będzie już wolnych miejsc noclegowych. Schronisko było na szczęście stosunkowo blisko portu i kiedy do niego doszedłem, zegarek wskazywał właśnie godzinę 13.00. O tej porze w schronisku nie ma jeszcze zbyt wielu pielgrzymów, dlatego z otrzymaniem zakwaterowania nie było problemu. To też był dobry czas dla mnie, gdyż mogłem szybko wziąć prysznic i odpocząć, a następnie wyjść bez pośpiechu na spacer po okolicy, która przecież tak bardzo mnie urzekła. W schronisku, w którym się zatrzymałem, było bardzo miło i niczego w nim nie brakowało. Pani w recepcji była bardzo życzliwa i służyła wszystkim pielgrzymom swoją pomocą. Po odpoczynku udałem się na spacer, trzeba było przecież w końcu się posilić, no i zobaczyć miasto. W pobliżu schroniska znajdowała się okazała katedra, którą postanowiłem odwiedzić, dlatego pierwsze kroki skierowałem właśnie do niej. Jak się okazało, miałem akurat szczęście, że w katedrze wystawiony był Najświętszy Sakrament, przed którym mogłem się w spokoju pomodlić.


Gotycka katedra w Santander składa się z dwóch połączonych ze sobą części i zabytkowych krużganków. Niższy kościół, obecnie funkcjonujący jako krypta, powstał w XIII w., a kościół główny i klasztor w XIV i XV w. Pochowano tu głowy świętych męczenników Emeteria i Celedonia, rzymskich żołnierzy ściętych w mieście Calahorra w III-IV w. za wyznawanie chrześcijaństwa. Wiąże się z tym niesamowita legenda, mówiąca o tym, że kiedy Calahorrę oblegały wojska muzułmańskie, głowy znalazły się w magiczny sposób na statku z brązu. Kiedy dopłynął on do zatoki w pobliżu Santander, uderzył w skałę i zagłębił się w jaskini. Zbudowano tam niewielki kościół a relikwie zostały przeniesione do katedry. Obecny kompleks klasztorno-katedralny robi spore wrażenie.

 

Po wyjściu z katedry udałem się na spacer po okolicy. Odwiedziłem pobliski bar, w którym zakupiłem sobie kanapki i wypiłem świeży sok z pomarańczy. Te hiszpańskie bary, które są tak bardzo popularne, przypadły mi do gustu i często się w nich podczas całej wędrówki stołowałem. Charakterystycznym budynkiem w Santander, który widać z daleka, jest Centro Botin. Jest to bardzo nowoczesne centrum kultury. Otwarte w czerwcu 2017 roku, a zaprojektowane przez 79-letniego włoskiego architekta światowej klasy – Renzo Piano, który zbudował 25 muzeów i galerii na całym świecie. Jeśli ktoś ma ochotę, można udać się po schodach albo wjechać windą na wyższe kondygnacje i z wysoka podziwiać całą okolicę. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym i ja nie skorzystał z takiej możliwości.

Po drodze można spotkać wiele pomników odnoszących się do historii miasta Santander. Na zdjęciu pomnik noszący nazwę ”Pomnik pożaru Santander”. Ogromny pożar wybuchł w 1941 r. i przez dwa dni strawił znaczną część starówki miasta.
Centro Botin – nowoczesne centrum kultury. Tak zaprojektowany budynek według mnie bardzo dobrze wpisuje się w starą część miasta.
Na dachu Centro Botin
Z dachu budynku można podziwiać całą okolicę miasta
Wiele osób i rodzin robiło sobie pamiątkowe zdjęcia na promenadzie
Wzdłuż promenady rowerzyści mają swoje ścieżki, na których mogą dowoli szaleć
Tak jak w każdym większym mieście również i tutaj znajduje się dużo restauracji, które szczególnie w godzinach popołudniowych są oblegane przez Hiszpanów
A mnie naszła akurat ochota na lody owocowe za 7 euro (uśmiech)

Spacerując po okolicy, poczułem się w pewnym momencie bardzo zmęczony, pomimo że godzina nie była jeszcze jakoś wyjątkowo późna. Zapewne był to efekt całego ciężkiego dnia, który rozpocząłem bardzo wcześnie. Będąc w centrum, czułem przytłoczenie tym miastem i chciałem jak najszybciej się wyciszyć i w spokoju położyć do łóżka. Odpuściłem sobie dłuższy spacer i powoli udałem się do schroniska na nocleg. Przed pójściem spać zapoznałem się jeszcze z moim programem wędrówki na kolejny dzień, który nie zapowiadał jakiś wyjątkowych krajobrazów. I jakby tego było mało, zapowiadało się, że będzie to jeden z dłuższych etapów podróży, które będę miał do przejścia.

***

Kolejne dni pielgrzymowania szlakiem “Camino del Norte” do Santiago de Compostela + Muxía w Hiszpanii:

 

***

Ponadto zapraszam do przeczytania moich wspomnień z pielgrzymek:

Udostępnij to: