Poznaję Boży świat / 2021 – Hiszpania, Camino del Norte. Dzień 4 – Laredo, 26 km

Polska, moja ojczyzna / 2022 – Łódzkie zoo
26 czerwca 2022
Kościół pw. Najświętszego Serca Jezusowego w Sieradzu
2 lipca 2022
Udostępnij to:

DZIEŃ 4 (PONIEDZIAŁEK), 26 lipca 2021 r.
Castro Urdiales – Laredo – 26.1 km; łącznie przeszedłem 81 km

Wszystko, co dobre niestety szybko się kończy. Budzik obudził mnie nieco przed godz. 6:00. Tego dnia miałem już znacznie więcej do pokonania kilometrów niż dzień wcześniej, dlatego zdecydowałem, że wyjdę na szlak o poranku. Każdego dnia przed wyjściem w trasę włączałem specjalną aplikację w telefonie, która monitorowała moją aktywność. Nie tylko mogłem wiedzieć, ile każdego dnia przeszedłem kilometrów, ale też aplikacja miała ciekawą funkcję zaznaczania przez GPS mojej drogi na mapie. Te mapki również będę dodawał przy każdym opisanym przeze mnie dniu, tak żeby każdy mógł zobaczyć jak przebiegała moja droga do grobu św. Jakuba. Cieszyłem też się, bo wiedziałem, że dzisiejszy nocleg będę miał w szczególnym miejscu – w zabytkowym klasztorze prowadzonym przez siostry zakonne Trynitarki. Klasztor ten znajduje się w dużej miejscowości Laredo, które też znane jest z ogromnej piaszczystej plaży.

Kiedy opuszczałem hotel miasto Castro Urdiales jeszcze spało. I pomyśleć, że jeszcze kilka godzin wcześniej, to uroczę miasto tętniło życiem. Przed hotelem widać było jedynie osoby sprzątające miasto i śmieciarki opróżniające pełne kubły śmieci. Zupełna pustka, aż dziwnie się jakoś czułem. Hotel, w którym zatrzymałem się na nocleg znajdował się na końcu miasta, dlatego żeby je opuścić miałem tylko do przejścia kilka uliczek. Moja droga po wyjściu z miasta wiodła drogą asfaltową, gdzie jeszcze z rana było niewielki ruch. Idąc wzdłuż drogi po prawej stronie spoglądałem na ocean. Widok ogromnego oceanu i te rozpościerające widoki jakby dodawały mi sił.

W połowie drogi do miejscowości Laredo zaczęły się moje pierwsze problemy ze statywem. Zauważyłem, że odpadła mi od głowicy statywu specjalna śrubka z mocującą podkładką. Niestety bez tego nie mogłem zamontować aparatu na statywie. Byłem bardzo zasmucony tym co mnie spotkało, bo bez tego nie byłem w stanie zrobić sobie zdjęć. Statyw miałem zamontowany przy plecaku i widocznie podczas drogi tak się obcierał, że w pewnym momencie zapewne odkręciła się od głowicy śrubka. Kiedy tak myślałem, co by temu zaradzić, to jedynie co mogłem zrobić, to zdemontować i tak już niepotrzebną głowicę od statywu i w to miejsce, gdzie wystawała śruba trzymająca wcześniej statyw z głowicą przykręcić bezpośrednio do statywu aparat. Bałem się tylko czy aparat z obiektywem, który i tak do najlżejszych nie należy wytrzyma taką kombinację. Na szczęście wszystko pasowało i nawet w ten sposób przykręcony aparat do statywu był według mnie o wiele stabilniejszy. Trzeba tylko było bardziej uważać przy robieniu zdjęć. Minusem tego było to, że mocując aparat na statywie musiałem wszystkie ustawienia w poziomie i pionie ustawiać już nie za pomocą głowicy tylko operować nogami statywu, co niestety było też bardziej uciążliwe. Najważniejsze dla mnie jednak było, że w jakimś stopniu sytuacja została opanowana i statyw będzie mógł być dalej przeze mnie wykorzystywany.

Tuż przy ratuszu miasta znajdował się hotel, w którym miałem nocleg. O poranku uliczki miasta były jeszcze puste.
Poranki na Camino del Norte bywają piękne
Wzdłuż drogi asfaltowej znajdowała się wydeptana ścieżka, którą należało iść
Na łąkach kwitło mnóstwo polnych kwiatów
Po pokonaniu kilku wzniesień, droga prowadziła cały czas prosto
W pewnym momencie drogi pojawił się znany znak ze strzałką, która nakazywała skręcić w leśną drogę
Czas na krótki odpoczynek w lesie
A po wyjściu z lasu na polnej drodze spotkałem takiego gościa (uśmiech). To chyba chrząszcz.
Dalsza droga wiodła wzdłuż oceanu. Trzeba było na chwilę usiąść i nacieszyć wzrok widokami
I jak tu mając takie widoki można iść dalej?
Kolejny etap prowadził przez niewielkie miejscowości. Na drodze spotkałem hiszpańskich pielgrzymów, z którymi wspólnie nocowałem w Ontón.
Na jednym z podwórek można było zobaczyć piękną, ogrodową dekorację ukazującą „parę pielgrzymów”. Obok nich namalowana na kamieniu żółtą farbą, charakterystyczna strzałka i muszla.
W drodze do Laredo napotkałem przydrożną figurę Pana Jezusa
A tak wygląda figura naszego Zbawiciel z bliska.
Przydrożny Bar „El Pontarron”, w którym zatrzymałem się na posiłek
Zamówiłem sobie sandwicha i bardzo smaczną tortille de patatas (omlet z ziemniakami. Bardzo popularny w Hiszpanii, który można dostać w każdym barze). Taki włąśnie zestaw, który mi posmakował często sobie zamawiałem do jedzenia.
Jeżeli się dobrze przyjrzycie, to na wprost, tuż przy samym oceanie widać niewielki budynek. To właśnie m.in. stamtąd jeszcze po płaskim terenie wiodła droga, którą szedłem.
Po raz kolejny zaczęły się górskie wspinaczki, które były bardzo wyczerpujące
Z wysoka wszystko wydaje się takie malutkie
Gospodarz na swoim przydomowym, niewielkim polu orze traktorem ziemie. Z przodu widać już rosnącą, zieloną sałatę.
Ostatni odpoczynek przed dojściem na nocleg miałem przy stacji benzynowej. Byłem już bardzo zmęczony (najbardziej od panującej temperatury bolały stopy). Tego dnia pogoda nie ułatwiała wędrowania
Kolejny znak inforumujący, że jesteśmy na dobrej drodze. W oddali powoli wyłania się miasto do którego zmierzam – Laredo.
Oto i piękne Laredo! Spójrzcie tylko na plażę, robi wrażenie, prawda? Laredo jest jednym z głównych miasteczek turystycznych na wybrzeżu Kantabrii.
4. dzień wędrówki z Castro Urdiales do Laredo. Dystans: 26.1 km, czas: 7h 34m.

 

***

 

Kiedy ujrzałem przed sobą miasto, w którym będę nocował poczułem dużą ulgę. Tego dnia było nie tylko bardzo gorąco i słonecznie, ale i górzyście przez co moje nogi bardzo to odczuły. Jeżeli będziecie się kiedyś wybierać na Camino, to koniecznie nie zapomnijcie zabrać ze sobą jakiekolwiek nakrycie głowy, bo bez tego może się źle skończyć wasze wędrowanie. Ja prawie zawsze miałem na głowie założoną czapkę, bo słońce bywa niestety bardzo zdradliwe. Trzeba też mieć na uwadze to, że większość drogi jaką pokonujemy na Camino przebiega przez takie miejsca, że o jakiejkolwiek pomocy możemy zapomnieć.

Zbliżając się do miasta Laredo, w którym miałem nocleg z oddali mogłem ujrzeć panoramę tego miejsca. Kiedy stanąłem przy takim jakby tarasie widokowym z moich ust wydobyło się tylko jedno słowo: „WOW!”. Widok był nieziemski, a największe na mnie wrażenie robiła ogromna plaża. Myślałem, że spoglądam na słynną brazylijską plażę Copacabana (uśmiech). Tym bardziej byłem uradowany, że pomimo panującej wysokiej temperatury i wysokich podejść, tempo dzisiejszego dnia miałem bardzo dobre. To po pierwsze, a po drugie, że nocleg czeka mnie w tak bajecznym miejscu. Pozostało teraz jedynie odszukać miejsce noclegu, co w tym akurat przypadku nie stanowiło dla mnie problemu. Po pokonaniu sporej ilości schodów, które prowadziły do starej części miasta można było dojrzeć tabliczkę mówiącą, że do znanego schroniska (Albergue Casa de la Trinidad), które mieściło się w starym klasztorze pozostało kilkadziesiąt metrów. Po ich pokonaniu, zdyszany i wymęczony (uśmiech) stanąłem przed głównym wejściem. Pomimo, że zbliżała się godzina 14:00, to przed wejściem byli już pielgrzymi, którzy oczekiwali otwarcia drzwi. Tabliczka zamieszczona na drzwiach klasztoru informowała, że „recepcja” czynna jest od godziny 15:00, dlatego nie pozostało mi nic innego jak usiąść na schodach i poczekać, aż siostry Trynitarki otworzą drzwi. Wchodząc na stronę internetową: www.zakony-na-swiecie.blogspot.com można przeczytać o tym jakim Trynitarki są zakonem. Poniżej dodam jedynie fragment, który na stronie znalazłem:

Duchowość zakonu opiera się na kulcie Trójcy Przenajświętszej. Do Trzech Osób Boskich nawiązuje również strój sióstr: biały kolor habitu symbolizuje Boga Ojca, czerwony kolor belki krzyża oznacza żarliwość Ducha Świętego, natomiast niebieski – zbawczy charakter Syna Bożego.

Trynitarki prowadzą życie kontemplacyjne. W ciszy klauzury mniszki na modlitwie łączą się codziennie z odkupieńczą ofiarą Chrystusa, oddając chwałę Przenajświętszej Trójcy. Same także stają się narzędziem Odkupienia, gdyż proszą o Jego owoce dla wszystkich członków rodziny trynitarskiej. W ten sposób stają się uczestniczkami trynitarskiego charyzmatu wyzwalania ludzi ze współczesnych form niewoli. Polecając Bogu Ojców Trynitarzy i Siostry Trynitarki stają się w pewnym sensie sercem rodziny trynitarskiej.

Będąc zakonem kontemplacyjnym Trynitarki nie prowadzą zewnętrznej działalności apostolskiej. Ich apostolstwem jest modlitwa za całą rodzinę trynitarską. W niektórych klasztorach istnieje możliwość wspólnego uczestnictwa w modlitwie mniszek; również niektóre klasztory prowadzą hostele, w których można się zatrzymać i znaleźć przestrzeń do modlitwy w atmosferze ciszy i spokoju. Trynitarki wykonują także hafty, produkują słodycze, czym zarabiają na swoje utrzymanie.

Czekając w kolejce do rejestracji spotkałem w schronisku przesympatyczną wolontariuszkę z Polski; Asie Czerwińską, którą bardzo serdecznie pozdrawiam. Było to bardzo miłe dla mnie spotkanie, bo po raz kolejny na swojej drodze spotkałem kogoś z Polski. Asia opowiedziała mi, że do Laredo przyjeżdża już od kilku lat jako wolontariusz i służy siostrom i pielgrzymom swoją pomocą. Powiedziała mi również, że o godz. 19:00 będzie odprawiona w kościele Msza św. ze specjalnym błogosławieństwem dla pielgrzymów. Ucieszyłem się bo od mojego przyjazdu do Hiszpanii nie było mi dane być na Eucharystii i przyjąć Pana Jezusa do serca. Powiedziałem Asi, że na pewno przyjdę.

Po zakwaterowaniu się w pokoju poznałem inną przesympatyczną i uśmiechniętą obywatelkę z Węgier; Judytę, która również zmierzała nie tylko do Santiago de Compostela, ale i na Finisterre i Muxíe. Judyta miała też piękną pasję, bo jest malarką i właśnie była w trakcie malowania kolejnego obrazu. Powiedziała mi, że po każdym przebytym dniu maluje jeden obraz przedstawiający to, co ją danego dnia najbardziej zachwyciło. Poniżej w galerii możecie ją i jej piękne obrazy zobaczyć. Bardzo mnie Judyta swoją otwartością i uśmiechem urzekła i cieszyłem się kiedy się ponownie spotykaliśmy w schroniskach. Jednak już wybiegając troszkę do przodu powiem tylko tyle, że w pewnym momencie nasze drogi się rozeszły i już się nie spotykaliśmy na szlaku, aż do pewnego dnia, ale o tym napiszę później (uśmiech).

Po krótkim odpoczynku udałem się najpierw do miasta i na plażę. Dzień natomiast, który był dla mnie dosyć ciężki zakończyłem Eucharystią i otrzymanym specjalnym indywidualnym Błogosławieństwem. Tak właśnie powinien kończyć się każdy dzień naszego życie; z Panem Jezusem i Maryją w sercu!

 

Albergue Casa de la Trinidad w Laredo

 

Plaża w Laredo

 

Kościół i Msza św., w klasztorze Monjas Trinitarias

 

***

Kolejne dni pielgrzymowania szlakiem “Camino del Norte” do Santiago de Compostela + Muxía w Hiszpanii:

 

***

Ponadto zapraszam do przeczytania moich wspomnień z pielgrzymek:

Udostępnij to: