Poznaję Boży świat / 2021 – Hiszpania, Camino del Norte. Dzień 5 – Güemes, 28 km

2022 – XXXI Pielgrzymka Rodziny Radia Maryja i TV Trwam na Jasną Górę
14 lipca 2022
Featured Video Play Icon
Homilie ks. Zygmunta Majdzińskiego, kapelana Sióstr Urszulanek SJK i rektora kościoła pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Sieradzu (2022-07-17)
18 lipca 2022
Udostępnij to:

DZIEŃ 5 (WTOREK), 27 lipca 2021 r.
Laredo – Güemes – 28.2 km; łącznie przeszedłem 109.2 km

Wtorkowy dzień rozpocząłem po raz kolejny wcześnie rano. Akumulatory do aparatu miałem już naładowane, powerbank był również doładowany, tak więc mogłem pożegnać się z klasztorem i wyruszyć dalej w drogę. Dziękuję bardzo Asi, za jej życzliwość, wspólną rozmowę, a szczególnie za to, że po zakończeniu wczorajszej Mszy św., gdy podchodząc do ołtarza po specjalne, indywidualne błogosławieństwo udzielane pielgrzymom, byłaś dla mnie też i tłumaczem. Dziękuję Asiu!

Z mojego przewodnika, ale i po wczorajszej rozmowie z Asią, gdy wszystko dobrze mi wytłumaczyła, wiedziałem, że pierwszy etap dzisiejszego dnia będzie dosyć ciekawy. Droga prowadzić będzie wzdłuż plaży, aż do jej samego końca. Następnie, aby przedostać się z Laredo na drugi brzeg, będę musiał wejść na niewielki statek i nim przepłynąć do miejscowości Santoña.

Klasztor, w którym miałem nocleg, znajdował się na początku miasta, a do plaży była stosunkowo niewielka odległość. Mogłem wybrać równą drogę – deptakiem, ale zdecydowałem, że pokonam ją, idąc po plaży i mocząc sobie stópki w oceanie (uśmiech). Wybierając się na Camino każdy pielgrzym poza specjalnym paszportem, w którym zbiera pieczątki, powinien mieć ze sobą charakterystyczny znak. Tym atrybutem, po którym możemy rozpoznać pielgrzyma zmierzającego do Santiago de Compostela, jest muszla św. Jakuba, której ja wciąż nie miałem. Przed wylotem do Hiszpanii byłem przekonany, że muszlę zakupię sobie w pierwszym lepszym schronisku, w którym będę miał nocleg. Jednak tak się nie stało. We wcześniejszych schroniskach nigdzie nie mogłem jej dostać, co bardzo mnie zasmuciło. Niestety nic nie mogłem na to poradzić, tylko czekać, aż nadarzy się okazja, aby ją zakupić. Piszę o tej muszli św. Jakuba nieprzypadkowo w tym miejscu, bo to właśnie następnego dnia, na plaży w Laredo zmierzając na statek, natrafiłem na ładną muszlę, po części zakopaną w piasku, która mnie w jakiś sposób urzekła. Opłukując ją w wodzie, postanowiłem, że zabiorę ją ze sobą i będzie to moja muszla św. Jakuba, która będzie mi towarzyszyła do samego końca drogi. Tę właśnie muszlę przywiozłem z Hiszpanii do swojego domu i przywiesiłem obok muszli, która towarzyszyła mi na Camino Francés w 2012 roku. Nie tylko wspomnianą muszlę, o której piszę, ale i pierwszy etap drogi do miasta Santoña chciałbym ukazać najpierw w formie fotoreportażu.

 

Pierwsza część etapu była bardzo przyjemna. Droga wiodła plażą, wzdłuż brzegu oceanu. Wiedziałem, że muszę dojść na sam jej koniec, gdzie będzie czekał statek, którym przeprawię się na drugi brzeg miasta. O poranku plaża, która jeszcze wczoraj była wypełniona wypoczywającymi turystami i mieszkańcami Laredo, teraz świeciła pustkami. Idąc brzegiem oceanu, napotykałem jedynie osoby, które zazwyczaj rozpoczynają swój dzień od spaceru albo biegu. Dziwne było dla mnie to, że wciąż nie spotkałem żadnego wędrowca z plecakiem i przypiętą do niego muszlą. Dopiero dochodząc do końca plaży, z oddali zauważyłem sporo wspomnianych przeze mnie wędrowców, którzy oczekiwali na statek. Nie spotkałem nikogo idącego wzdłuż plaży zapewne dlatego, że większość pielgrzymów wybrała drogę prowadzącą na statek deptakiem. Ucieszyłem się, że wśród oczekujących na przeprawę była Judyta, z którą po przywitaniu ponownie zrobiłem sobie pamiątkowe zdjęcie. Toteż na Camino najbardziej cieszy widok znajomych, których niespodziewanie się spotyka. Na rejs statkiem zdążyłem w ostatniej wręcz chwili, bo kiedy doszedłem do przystanku, statek przypłynął i za niewielką opłatą (chyba 3 euro) udaliśmy się wszyscy na drugi brzeg do miejscowości Santoña.

Rejs statkiem trwał kilkanaście minut. Teraz tylko założyć buty i można ruszać dalej w drogę (uśmiech).
Jeden z wielu okazałych pomników, które możemy spotkać w mieście Santoña
W starej części miasta znajduje się zabytkowy XIII-wieczny romański kościół pw. Matki Bożej Dziewicy z Puerto. Na terenie kościoła można zobaczyć wiele figur przedstawiających postacie świętych Kościoła.
Jedną z nich jest figura św. Franciszka, biedaczyny z Asyżu
Santoña jest najbardziej obwarowanym miasteczkiem portowym w Kantabrii i liczy ok. 11,6 tys. mieszkańców
Przy pomniku „konserwującej kobiety”. Pomnik ten podkreśla rolę kobiet w rozwoju gospodarczym tego miasta.
Możemy tu spotkać wiele pięknych murali, które zdobią miasto Santoña
Mural namalowany na jednym z bloków mieszkalnych
Jedna z piekarni połączona jakby z cukiernią i barem, w której nie tylko można zakupić świeże pieczywo, ale również zjeść lekkie i pożywne śniadanie.
W takich miejscach na posiłek i kawę często się zatrzymywałem. Wszystko było zawsze świeże i smaczne. Szkoda, że takich miejsc nie ma u nas w Polsce.

 

Po wyjściu z miasta swoje kroki skierowałem w stronę miasta Argoños. Ten kolejny etap wędrówki nie był jakoś wyjątkowo bogaty w piękne krajobrazy i na razie, teren również nie był szczególnie wymagający, dlatego nie zatrzymywałem się zbyt często na odpoczynek. No, chyba że mnie coś zaciekawiło. Tak też było, gdy z oddali ujrzałem kościół z przylegającym malutkim cmentarzem parafialnym. Postanowiłem, że właśnie tam zatrzymam się na odpoczynek. Tak się złożyło, że w kościele był ksiądz proboszcz, który akurat rozmawiał z ludźmi. Nie gasząc jeszcze świateł, pozwolił, bym wszedł do środka i zrobił zdjęcia. Moje postoje na odpoczynek podczas całej podróży nie były długie i wykorzystywałem je zazwyczaj na posiłek albo dokładniejsze zwiedzanie danego miejsca, w którym aktualnie się znalazłem. Starałem się, żeby przerwy w podróży nie trwały zbyt długo – średnio ok. 15 minut.

Ostatnie spojrzenie na miasto Santoña
Ruszamy dalej w kierunku miasta Argoños
Po drodze mijamy kolejne osiedla mieszkalne
Osiedla bywają bardzo zadbane. Z lewej strony widoczny kamper, jakimi Hiszpanie bardzo lubią podróżować.
W Argoños na niewielkim wzniesieniu wznosi się kościół El Salvador. Zbudowany został na ruinach starego klasztoru w XVI i XVII wieku.
We wnętrzu kościoła, a dokładniej w prezbiterium, znajdują się freski przedstawiające Przemienienie Chrystusa, wykonane w 1961 roku przez artystę Fernando Calderona.
Przy kościele znajduje się niewielki cmentarz, który również odwiedziłem
Możemy zobaczyć jak hiszpańskie cmentarze znacząco różnią się od naszych polskich cmentarzy np. nie ma zwyczaju zapalania zniczy na grobach zmarłych

 

Po obejrzeniu kościoła i cmentarza czas było ruszać dalej. Do przejścia miałem jeszcze tego dnia ponad 15 km, a co gorsze, powoli kończył się teren płaski, a zaczynały się wzniesienia. Kolejny etap podróży prowadził mnie drogą asfaltową przez mniejsze miejscowości, których nazw nawet już nie pamiętam. Niejednokrotnie mijałem po drodze przydrożne krzyże i kapliczki, których w Hiszpanii, tak jak w Polsce, na szczęście nie brakuje. To dobrze, że w sferze publicznej jest miejsce na nasze chrześcijańskie symbole wiary w Boga. Zawsze, gdy przechodziłem obok nich, starałem się uchwycić je na zdjęciach. Idąc wzdłuż drogi, często doświadczałem życzliwości wśród lokalnej społeczności. Mogłem ponownie usłyszeć słynne „Buen Camino”. Tutejsi mieszkańcy wiedzą, że jak widzą osobę z plecakiem, to widzą pielgrzyma zmierzającego do Santiago de Compostela. Niektóre odcinki drogi, a tego dnia było ich sporo, bywały bardzo monotonne. Zazwyczaj wyciągałem sobie wtedy z kieszonki plecaka różaniec i się modliłem. Niestety im bliżej było do noclegu, tym bardziej opadałem z sił. Najgorsze było to, iż w pewnym momencie zabrakło mi wody do picia, a sklepu na horyzoncie nigdzie nie było widać. W miejscowościach, przez które wcześniej przechodziłem, co jakiś czas znajdował się bar albo stacja benzynowa, gdzie można było zaopatrzyć się w coś do picia. Problem pojawił się, gdy zacząłem iść przez wioski, tam o sklep było trudno. Bywało również tak, że gdy sprawdzałem w Google Maps, czy w danej miejscowości jest sklep, to po dojściu na miejsce, okazywał się nieczynny. Niestety tego dnia temperatura powietrza była nie tyle wysoka, ile powietrze było duszne, a sklepu nigdzie nie było. W pewnym momencie, widząc kobietę w oknie swojego domu, podszedłem do niej i poprosiłem o wodę. Była bardzo uprzejma. To, co nalała, najpierw wypiłem, a następnie poprosiłem, żeby jeszcze raz napełniła butelkę wodą tak, żeby starczyło mi już na dojścia do schroniska.

Bywały takie odcinki, gdzie szło się drogą asfaltową kilka kilometrów tylko prosto
W takich monotonnych chwilach sięgałem po swój różaniec, który ze mną wędrował
A to już przydrożna rzeźba przedstawiająca boleściwą Marię z martwym Chrystusem na kolanach
Wiele przydrożnych kapliczek, które mijałem była przystrojona kwiatami
Ostatni krótki odpoczynek przed dojściem do miejscowości Güemes
Kolejna napotkana żółta strzałka i muszla wyryta na kamieniu
Spójrzcie, jak w tym przydomowym ogródku jest kolorowo od kwiatów
Pomimo, że wiejskie widoki były ładne, to ostatnie kilometry były bardzo dla mnie wyczerpujące
Jeszcze tylko kilka „nieszczęsnych” górek i zakrętów, które sprawdzają moją wytrzymałość psychiczną i jestem w Güemes (uśmiech)
Albergue w Güemes nosi nazwę „Perfekcyjnego Dziadka” i było jednym z najbardziej oryginalnych schronisk, które podczas całej wędrówki spotkałem
Spocony, zmęczony ale przede wszystkim szczęśliwy, że udało mi się dotrzeć na nocleg. Teraz tylko szybka rejestracja, prysznic i ODPOCZYNEK przed wspólną kolacją (uśmiech).
5. dzień wędrówki z Laredo do Güemes . Dystans: 28.2 km, czas: 9h 10m.

 

Tak w skrócie wyglądał mój piąty dzień wędrówki. Ostatnie kilometry ze względu na wzniesienia były bardzo wyczerpujące, dlatego ogromnie cieszyłem się, że dzisiejsze wędrowanie dobiegło końca. Tak na marginesie, to nie wiem dlaczego, ale często bywało tak, że ostatnie etapy podróży, zamiast przebiegać spokojnie, po łatwym i płaskim terenie, zazwyczaj kończyły się wspinaczkami, gdy nieraz już nie dawałem po prostu rady i trzeba było się zatrzymywać na odpoczynek.

Po przybyciu do schroniska na powitanie otrzymałem wodę do picia, którą wypiłem duszkiem. Osoba, która mnie zapisywała, a był nim dosyć charakterystyczny mężczyzna z łysą głową i bujną brodą (uśmiech), szczegółowo opisał, co mnie w schronisku czeka. Co ciekawe, tutaj nie było z góry narzuconej opłaty za nocleg. Wszystko było „co łaska”, nawet za kolację i śniadanie nie trzeba było płacić. Oczywiście stosowny datek złożyłem, bo nie wyobrażałem sobie, aby być takim sknerą i otrzymać wszystko za darmo (uśmiech). Przy rejestracji dowiedziałem się, że przed kolacją w specjalnej sali odbędzie się konferencja, którą poprowadzi sympatyczny starszy pan o imieniu Ernest. Często to słynne albergue na szlaku Camino del Norte, nazywane jest „Schroniskiem Perfekcyjnego Dziadka”. Co ciekawe, to właśnie dziadek p. Ernesta w 1911 roku założył to schronisko dla pielgrzymów zmierzających do grobu św. Jakuba. W całym obiekcie znajduje się wiele pomieszczeń, które są bardzo przyozdobione różnymi pamiątkami i zdjęciami z wypraw. Moje miejsce noclegowe było w pomieszczeniu, w którym znajdował się samochód terenowy, którym p. Ernest odbywał podróże. Oczywiście, kiedy zostałem zaprowadzony do miejsca, w którym miałem spać, pierwsze co zrobiłem, to rozpakowałem się i szybko wziąłem prysznic. Po odpoczynku wybrałem się na spacer po całym kompleksie, gdzie na spokojnie mogłem obejrzeć zdjęcia i pamiątki, które od wielu lat są zbierane i eksponowane we wszystkich pomieszczeniach. W schronisku, co mnie bardzo ucieszyło, zatrzymała się również Judyta i kilka innych osób, które wcześniej, co jakiś czas spotykałem podczas drogi.

O godz. 19.30 w dużej sali odbyła się konferencja p. Ernesta, który bardzo szczegółowo opowiedział historię tego miejsca. Odnosząc się do podróży następnego dnia, zachęcał wszystkich, aby wybrali alternatywną drogę, która będzie prowadziła wzdłuż oceanu. Mówił, że widoki, które ujrzymy, długo zapadną nam w pamięci. Tę drogę pokazał wszystkim na mapie, tak aby każdy, kto się na nią zdecyduje, mógł ją zapamiętać. Oczywiście, gdy usłyszałem o oceanie i pięknych widokach, to już zacierałem ręce. Było dla mnie oczywiste, że tę drogę, z wiadomych przyczyn, wybiorę. Cała konferencja trwała godzinę. Po niej wszyscy udaliśmy się na zewnątrz, na wyczekiwaną kolację. W menu była zupa (nie wiem nawet jaka), świeże bagietki i przepyszny makaron w sosie pomidorowym, w którym oczywiście nie brakowało mięska (mniam, mniam). Do tego gospodarz podał do picia wodę i wino. Aha, zapomniałbym. Na deser każdy otrzymał po owocowym jogurcie. Jednym słowem wszystko było tak pyszne, a ja byłem tak głodny, że tylko oblizywałem palce (uśmiech). Atmosfera na kolacji była prawdziwie rodzinna, a każdy z pielgrzymów był pod wrażeniem gościnności tych ludzi. Jutrzejsze śniadanie, jak zapowiedział gospodarz, było zaplanowane na godz. 7:30, ale ja już wiedziałem, że na nim nie zostanę. Zależało mi bowiem na czasie, a każda godzina była dla mnie na wagę złota. Tym bardziej że robienie zdjęć przy zapowiedzianych widokach zazwyczaj zajmuje „trochę” więcej czasu.

Poniżej dodam już fotoreportaż z tego wyjątkowego schroniska, które każdemu pielgrzymowi, który będzie przechodził przez Güemes, serdecznie polecam. Wierzcie mi, pobyt w tym miejscu na długo pozostanie w waszej pamięci.

 

 

***

Kolejne dni pielgrzymowania szlakiem “Camino del Norte” do Santiago de Compostela + Muxía w Hiszpanii:

 

***

Ponadto zapraszam do przeczytania moich wspomnień z pielgrzymek:

Udostępnij to: