Święci na każdy dzień / 7 marca – św. Perpetua i Felicyta

Moja Praga / ul. Rynek Praski
3 marca 2020
2016 – Rewitalizacja placu Marszałka Józefa Piłsudskiego w Sieradzu
9 marca 2020

Sieradz, 7 marca 2020

Dla Wibii Perpetuy, Afrykanki ze szlachetnego rodu, to lato 202 r. było najpiękniejszym latem jej życia. Niedawno urodziła swojego pierwszego syna i karmiąc go piersią, odczuwała radość, jakiej nie doświadczyła nigdy wcześniej. Także Felicyta, jej młoda niewolnica, oczekiwała dziecka. „Dobrze się czujesz?” – spytała ją tego ranka. Felicyta zaszła w ciążę, kiedy Perpetua była już blisko rozwiązania i współdzielone w ten sposób macierzyństwo jeszcze bardziej zbliżyło do siebie obie kobiety.

„Czułabym się o wiele lepiej, gdybyś mnie nie zmuszała, żebym tak dużo jadła” – zażartowała Felicyta. A potem dodała, uśmiechając się: „każdego dnia dziękuję Panu, że także mnie zachciał obdarzyć macierzyństwem”. „Ja dziękuję Mu w każdym momencie, za wszystko” – odpowiedziała uroczyście Perpetua. Prawda była taka, że w jej sercu i w sercu niewolnicy od kilku miesięcy panowało szczególne święto, gdyż poznały prawdziwego Boga. Światło wiary niemal je oślepiło swoją jasnością i nadało ich życiu nowe znaczenie.

Rodzina Perpetuy mieszkała w Thuburbo Minus, wiosce oddalonej pięćdziesiąt kilometrów od Kartaginy. Perpetua, jej brat Saturnin, niewolnica Felicyta oraz dwóch przyjaciół, Rewokat i Sekundulus, spotykali się zazwyczaj każdego dnia. Zgodnie z naukami katechisty Satura rozmawiali o chrześcijańskim Bogu i modlili się do Noego, a także do Syna Bożego, który z miłości do ludzi pozwolił się ukrzyżować, oraj do Jego słodkiej Matki. Niemal z zazdrością mówili też o pierwszych męczennikach, których krew skropiła również ziemię afrykańską.

Rzeczywiście rzymski cesarz Septymiusz Sewer nienawidził chrześcijan. Jego nienawiść dotarła i do tej małej wspólnoty. Wysoka pozycja społeczna oraz bogactwo rodziców Perpetuy nie wystarczyły, aby ochronić młodych wyznawców Chrystusa: pewnego dnia zjawili się u nich wysłannicy prokuratora i zmusili do stawienia się na przesłuchanie.

„Wyprzecie się natychmiast tego waszego przeklętego Boga!” – krzyczał zdesperowany ojciec Perpetuy, podczas gdy prokurator przesłuchiwał piątkę neofitów. „To nie możliwe, nie możemy tego zrobić” – niezłomnie oponowała Perpetua. Było jej straszliwie żal ojca. Nawet gdy ją spoliczkował, mając absurdalną nadzieję, że w ten sposób zmusi córkę do zmiany decyzji. Jeszcze bardziej pękało jej serce, kiedy ojciec rzucił się na kolana, błagając ją, aby ustąpiła, i kiedy został siłą zmuszony opuszczenia Sali – on, który nie był przyzwyczajony do takiego traktowania… „Mój biedny ojciec” – rozpaczała Perpetua. Jednak ona całkowicie zawierzyła się już innemu Ojcu – temu, który jest w niebie – i w żadnym wypadku nie mogła się Go wyprzeć.

Tak więc młodzi chrześcijanie: Perpetua, Felicyta, Saturnin, Rewokat i Sekundulus, zostali wtrąceni do więzienia w Kartaginie. Dołączył do nich także katechista Satur, który chciał dzielić z braćmi w wierze ich smutny los.

Perpetua od początku prowadziła dziennik: „ W tym więzieniu gorąco jest nie do zniesienia” – pisała. Jednak bardziej niż upał doskwierała jej rozłąka z dzieckiem. Jej pełne mleka piersi gorąco pragnęły jego malutkich warg, jej ramiona chciały przytulić drobne ciałko…

Na szczęście ojciec Perpetuy zdołał przekupić strażników i przyniósł jej synka do więzienia. Łzy matki spływały po twarzyczce dziecka: „Jestem szczęśliwa. W jednej chwili więzienie stało się najpiękniejszym miejscem na świecie” – utrwaliła w swym dzienniku Perpetua.

Czas płynął. Za więziennymi murami toczyło się zwyczajne życie, tymczasem młodzi chrześcijanie zadawali sobie pytanie, co ich czeka. Byli spokojni, coraz bardziej pogrążeni w modlitwie i w kontemplacji Boga.

„Jak się czujesz?” – Perpetua nieustannie zadawała to pytanie swojej niewolnicy. Brzuch dziewczyny stawał się coraz większy, ale ona sama nikła w oczach. „Dobrze” – zapewniła ją Felicyta. Jednak tak naprawdę ciąża była dla niej powodem wielkiego strapienia. Prawo rzymskie zabraniało egzekucji na brzemiennych kobietach. Co zrobi, kiedy jej przyjaciele poniosą śmierć za wiarę, a ona zostanie sama i zginie później z jakimiś pospolitymi przestępcami? Ta myśl dręczyła ją bardziej niż obawa przed męczeństwem, któremu była gotowa stawić czoło z odwagą, a nawet z radością, z miłości do Chrystusa… „Panie, pomóż mi, spraw, aby moje dziecko przyszło na świat jak najszybciej!” modliła się żarliwie.

Perpetua opisywała w swoim dzienniku monotonię więziennych dni. Jej zapiski zachowały się do naszych czasów jako Męczeństwo świętych Perpetuy i Felicyty. Przypuszczalnie zostały one później uporządkowane i nieco ubarwione, być może nawet przez samego Tertuliana. Poza sprawozdaniami ze spotkań, refleksjami dotyczącymi dojrzewania wiary i obserwacjami na temat relacji ze strażnikami, nie zawsze zresztą wrogo nastawionymi, Perpetua zanotowała w nim także opis czterech snów – wizji.

W pierwszym z nich Perpetua widzi samą siebie, zmuszoną do wspinania się po drabinie, której szczeble tworzą ostrza, miecze, włócznie i haki. Aby wejść na jej szczyt, musi jeszcze zwyciężyć strasznego smoka. Z trudem udaje jej się tego dokonać i wtedy otrzymuje symboliczną Eucharystię, która pozostawia w jej ustach odczuwaną na jawie słodycz.

Bohaterem drugiego i trzeciego snu jest Dinokrates. Mały braciszek Perpetuy zmarł w wieku siedmiu lat, nie będąc ochrzczony. W obu tych snach chłopczyk, choć znajduje się przy kadziach pełnych wody, nie może zaspokoić pragnienia… Perpetua przeżywa wówczas ogromny niepokój związany z obawą, że dusza jej brata nie mogła pójść do raju.

W ostatnim śnie Perpetua toczy walkę, z której wychodzi zwycięsko. Jednak po jej zakończeniu zmienia się w mężczyznę: być może ten sen wiąże się z uświadomieniem sobie przez przyszłą świętą, że nie ma znaczenia, jakiej płci jest ten, kto postanawia oddać życie za Pana. Zarówno każdy męczennik, jak i każda męczennica otrzymują bezpośrednio od Boga ogromną siłę wewnętrzną, która pozwala im godnie przetrwać tę próbę.

Tymczasem prokurator Hilarian wydał wyrok, skazując grupę młodych chrześcijan na rozszarpanie przez dzikie zwierzęta (damnatio ad bestias): 6 marca na arenie amfiteatru, stoczą walkę z drapieżnikami, po której zostaną dobici przez podcięcie gardła. Wyznawcy Chrystusa przyjęli tę wieść ze spokojem, a nawet z radością: ich wiara była coraz silniejsza. Felicyty patrzyła na nich z zazdrością…

Jednak pewnej nocy, na dwa miesiące przed spodziewaną datą rozwiązania, rozpoczął się u niej poród. Perpetua towarzyszyła jej w tych godzinach z miłością i oddaniem, ona zaś cieszyła się mimo bólu: „Bóg mnie wysłuchał. Będę z wami, umrę razem z wami”. Felicyta powiła córeczkę. „To dziewczynka!” – oznajmiła jej Perpetua. Kobiety patrzyły na siebie ze wzruszeniem, podczas gdy Felicyta przytulała do piersi swoje maleństwo. Obie myślały o dniu narodzin synka Perpetuy. Ileż miały wtedy marzeń, jak bardzo się weseliły! „Ty musisz urodzić dziewczynkę – żartowała Perpetua. Chcę, żeby mój synek miał towarzyszkę zabaw”. Felicyta pomyślała, że również tym razem, jak zawsze, okazała posłuszeństwo swojej pani, jednak ich dzieci będą musiały żyć bez swoich mam, „Zawsze będziemy z nimi” – pocieszyła ją Perpetua, intuicyjnie wyczuwając jej udrękę. Dzieci miały zostać oddane na wychowanie rodzinie Perpetuy. „Będą otoczone miłością, a my w niebie nigdy nie przestaniemy się nimi opiekować” – mówiła z przekonaniem.

Kiedy nadszedł czas egzekucji, młodzi zachowywali się niczym w dniu jakiegoś święta. Felicyta zaplotła włosy swojej pani, tak jak robiła to często w przeszłości. Perpetua wręcz promieniowała: była pogrążona w kontemplacji Boga i żadne cierpienie, nawet to związane z rozdzieleniem z synkiem, nie wydawało się jej zbyt duże, jeśli tylko poprzez nie zdoła dotrzeć do Niego.

Młodzi przeszli przez tłum, uśmiechając się: ich twarze były pełne światła, drżeli bardziej z radości niż ze strachu. Siłę dawała im pewność, że Bóg na nich czeka. Najpierw z dzikimi zwierzętami musieli się zmierzyć mężczyźni: niedźwiedź i lampart  rzuciły się na nich, trysnęła krew, rozległy się krzyki podnieconego tłumu. Felicyta próbowała się ukryć za plecami swojej pani. Przerażały ją te wszystkie skierowane na nią spojrzenia. Perpetua natomiast trzymała głowę wysoko uniesioną, jej oczy wpatrywały się w tłum, ale go nie dostrzegały. W pewnym momencie na tle okrzyków żądnej krwi widowni rozległ się jej czysty głos. Perpetua zaintonowała hymn pochwalny do Boga, zaraz też dołączyli do niej przyjaciele.

Najpierw dobito mężczyzn. Kobiety w oczekiwaniu na swoją kolej modliły się… Na arenę wbiegła rozwścieczona krowa, tratując je i biorąc na rogi. Wyrzucona wysoko Felicyta upadła na ziemię z okrzykiem bólu. Cierpienie niewolnicy jak gdyby wyrwało Perpetuę ze stanu religijnej ekstazy. Zbliżyła się do niej, przytuliła, pomogła wstać. Krowa wróciła, rozgniatając kopytami i rozszarpując rogami ciała męczennic…

Perpetua zdawała się nie zwracać uwagi na swoje rany: spokojnie poprawiła tunikę, osłaniając nią nogi w geście skromności i zawstydzenia, który wzruszył tłum i na chwilę go uciszył. Następnie dziewczęta, podtrzymując się nawzajem, zostały wyprowadzone na środek areny, gdzie miano dobić je mieczem. Ręka gladiatora drżała, więc Perpetua sama poprowadziła jego dłoń tak, aby zadała jej śmiertelny cios.

Chrześcijaństwo dalej rozpowszechniało się w całej Afryce, prawdopodobnie jego korzenie umocniły się we krwi przelanej przez wielu męczenników. Pasja świętych Perpetuy i Felicyty stała się znana na całym świecie. Obie męczennice do dziś są łączone w kulcie ludowym i idą przez wieki, trzymając się za ręce – choć jedna z nich była bogata i wysoko urodzona, a druga służyła jej jako niewolnica. Były dziewczętami jak wiele innych. Poznały, czym są marzenia, miłość, radość płynąca z macierzyństwa i przyjaźni. Przez swoje bezgraniczne oddanie i ufność, jaką złożyły w ofierze Panu, zapisały się na kartach historii jako wspaniałe bohaterki.          

Perpetua i Felicyta są patronkami bezpłodnych kobiet

Źródło: Marco Impagliazzo, św. Perpetua i Felicyta,
[w:] Święci na każdy dzień, wyd. Jedność, Kielce 2011
(wybór ilustracji Łukasz Piotrowski)