Ks. Henryk Wieczorek (1915-2012)

Kościół pw. Najświętszego Serca Jezusowego w Sieradzu
20 grudnia 2018
Krzysztofa Fokelskiego obraz „Adoracja Imienia Jezus” w kościele pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Sieradzu*
20 grudnia 2018

 

W zakładce znajdują się następujące artykuły:

: Ks. Henryk Wieczorek – „Okruchy życia”
: Artykuł „Rejestry szczęścia”
: Pogrzeb Ks. śp. Henryka Wieczorka
: Wspomnienia Ireny Witkowskiej

 

========================================================================================

 

 

Sieradz, 16 września 2017

Ks. Henryk Wieczorek – „Okruchy życia”

Poniżej zamieszczone wspomnienie ks. H. Wieczorka, kapelana ss. urszulanek w Sieradzu – Monicach zostało spisane w lutym 2008 r. przez Mieczysława Sęsołę. Posłużyło ono Adamowi Sznajderskiemu do napisania biografii księdza zamieszczonej w książce Niezwykli, t. IV, Tuchów 2010, s. 202-208.

Józef Szubzda

***

Ks. Henryk Wieczorek

Urodziłem się 22 IV 1915 r. Ojciec mój Jan był podoficerem wojsk pruskich. Jego zadaniem było kupowanie koni dla wojska. Mama, Leokadia z domu Pawlicka była krawcową w salonie mody w Berlinie. Brat i dwie siostry ojca mieszkali w Poznaniu. Była to rodzina patrio­tyczna, zaangażowana w odrodzenie Polski i w powstanie wielkopolskie. Do ścisłego kierownictwa ruchu narodowo-wyzwoleńczego należał mąż siostry ojca, Heleny — doktor prawa, adwokat, notariusz Feliks Koszut­ski. Ojciec w tym czasie kursował pomiędzy Poznaniem, Wieruszowem, a Berlinem. Był często wykorzystywany przez organizację niepodległo­ściową do przewożenia wiadomości do Berlina.

W Berlinie razem z matką mieszkałem rok. Potem rodzice prze­nieśli się do Pleszewa, gdzie mieszkaliśmy do końca I wojny światowej. Rodzice moi posiadali duże gospodarstwo rolne w miejscowości Piąt­kowo pod Poznaniem. Często jeździłem do Poznania do babci Józefy — matki mego ojca, która mieszkała u swojej córki Marty Koenig. Ciocia Marta wraz ze swym mężem Paulem (był Niemcem) byli właścicielami restauracji i Hotelu Mijljus k. Placu Wolności. Krótko po wojnie mąż ciotki Heleny – Feliks Koszutski, wielki człowiek i patriota, kupił Hotel Saski przy ul. Wrocławskiej. Pojechali z ciotką do Zakopanego, gdzie zachorował na grypę i zmarł. Po jego śmierci rodzina postanowiła, że zamieszkam u ciotki. Byłem najstarszym z rodzeństwa. Ciotka Helena była wykształconą, zamożną kobietą. Mieszkaliśmy przy ul. Św. Marci­na. Poszedłem do prywatnej szkoły Księdza Piotrowskiego przy ul. Gło­gowskiej. Od tej pory o moim wykształceniu decydowała ciotka Helena, ponosiła koszty mojej nauki i utrzymania. Oprócz majątku, jaki pozo­stawił jej mąż, administrowała Hotelem Saskim. W szkole nauka szła mi ciężko. Po trzech latach nauki zdałem wymagany egzamin do gimna­zjum. Było to Gimnazjum Marii Magdaleny przy Placu Bernardyńskim, z językiem francuskim i łaciną. Do rodziców jeździłem na święta i waka­cje. Po dwóch latach nauki przeniosłem się do gimnazjum humanistycz­nego im. Jana Kantego przy ul. Strzeleckiej. Oprócz języków uczono tam matematyki, chemii, fizyki. Dyrektorem szkoły był Czech -Vit Opatrny, wielki pedagog poznański. Uważano w szkole, że w przyszłości będę nauczycielem wychowania fizycznego i gimnastyki. Nie zaprzeczałem. Pamiętam także bardzo dobrze profesora od rysunku. Nazywał się Jan Mroziński. Był poznańskim malarzem. Od niego nauczyłem się sztuki malowania obrazów i robiłem to z wielką przyjemnością i pasją aż do niedawna. Nauczyłem się grać na organach kościelnych, poznałem ich budowę i zasady działania. Po latach zostałem rzeczoznawcą tego in­strumentu. Lata spędzone w gimnazjum wspominam z wielkim wzru­szeniem. Byliśmy wszyscy świadomi wywalczonej wolności i odzyskanej niepodległości. Kochaliśmy naszą Ojczyznę – Polskę. Modliliśmy się za powstańców wielkopolskich. Pamiętam powszechną radość tamtych dni. Należałem do harcerstwa oraz do szkolnego chóru. Nikt – poza ciot­ką Heleną – nie znał prawdziwych moich pragnień i marzeń zostania w przyszłości księdzem. Zaskoczeni byli także moi rodzice i nie wyrazili wymaganej zgody na moje studia teologiczne. Zgłosiłem się pomimo to do seminarium duchownego w Gnieźnie. Rozmawiałem z ks. rekto­rem Michałem Kozalem. Jednak z powodu braku zgody rodziców rektor odmówił przyjęcia. Radził mi, abym wstąpił do zakonu. Prosiłem po­nownie ojca, na kolanach, aby wyraził zgodę na moje studia teologiczne i uzyskałem jego błogosławieństwo. Wtedy napisałem list do Semina­rium Duchownego we Włocławku i lojalnie poinformowałem, że nie przyjęto mnie do seminarium w Gnieźnie, a ja bardzo chcę być księ­dzem. Po jakimś czasie dostałem odpowiedź: Pan Henryk Wieczorek jest przyjęty do Seminarium Duchownego we Włocławku.

Od pierwszego roku nauki wszystkie zajęcia i egzaminy odbywały się po łacinie. W języku polskim odbywały się wykłady z historii i filozofii. Moja łacina była prawie na zerowym poziomie. Dzięki ks. prof. Gruchalskiemu, który prowadził zajęcia z rozmówek łacińskich, polubiłem łacinę. Ciotce Helenie zawdzięczam biegłe opanowanie mowy polskiej, a ks. Gruchalskiemu dobrą znajomość łaciny. Pozostał mi jeszcze rok nauki, kiedy we wrześniu 1939 r. wybuchła wojna. Przydała się znajomość języka niemieckiego. Niemcy najbardziej zainteresowali się naszymi zbiorami książek. Był to cenny i ogromy zbiór. We Włocławku groma­dzono książki ze wszystkich kasowanych zakonów w czasach zaborów. Były tam książki w języku greckim, angielskim, francuskim, rosyjskim, łacińskim, polskim i niemieckim. Usłyszałem jak Niemcy mówią mię­dzy sobą, że zrobimy trochę ognia. Włączyłem się do tej rozmowy i za­cząłem im wmawiać, że tu jest bardzo dużo książek w języku niemiec­kim i nie mogą tego spalić. Najprawdopodobniej to uratowało bibliotekę, którą Niemcy później wywieźli do Poznania i złożyli w podziemiach ko­ścioła Św. Michała, gdzie dotrwała do dnia wyzwolenia. Na polecenie okupanta przerwano zajęcia w seminarium. Klerycy zaczęli rozjeżdżać się do domów. Otrzymałem pozwolenie wyjazdu do Poznania. Porusza­łem się po Poznaniu i rodzinnym Chludowie w sutannie, ponieważ taki był początkowo nakaz władz kościelnych. W Chludowie dostałem kart­kę od mojego kolegi z seminarium włocławskiego z dopiskiem Lecte Scriptum, że całe seminarium Włocławskie wraz z profesorami i Bisku­pem Kozalem zostało uwięzione. Budynki seminarium przerobiono na szpital wojskowy. Później taki sam los spotkał seminarium w Gnieźnie. W domu pomagałem ojcu w prowadzeniu gospodarstwa. Kiedyś po przyjściu do domu zastałem Niemca, który okazał się nowym właścicie­lem gospodarstwa rodziców! Ojciec został skierowany do pracy. W styczniu 1940r. ojcowie werbiści kazali mi zdjąć sutannę, abym nie drażnił Niemców. Posłuchałem. Za kilka dni widziałem, jak samocho­dami transportowymi wywożą wszystkich poznańskich księży do wię­zienia. Trafili do obozu koncentracyjnego Dachau, podobnie jak całe seminarium w Gnieźnie i Włocławku. Znów udało mi się uniknąć wy­wózki – los tak chciał. Udawałem parobka i pracowałem w gospodar­stwie Niemca. Byłem przekonany, że mi nic nie grozi, że jestem nowemu właścicielowi potrzebny. Było jednak inaczej. On chciał się pozbyć syna dawnego właściciela i zgłosił władzom, że jestem mu niepotrzebny. Do­stałem nakaz wyjazdu na roboty pod dzisiejsze Choszczno. Z Chudowa zabrano wtedy trzydziestu Polaków. Trafiłem do dużego gospodarstwa rolnego. Po moim wyjeździe na roboty ciotkę Helenę wysiedlono do Krakowa. To ona rozpoczęła starania o moje zwolnienie z robót, abym mógł dalej studiować. Nawiązała kontakt z Duszpasterstwem dla Emigracji i wraz z ojcem Ignacym Posadżym doprowadzili do przeniesienia mnie do Krakowa. W kwietniu 1942 pojechałem do Krakowa i ukryłem się w klasztorze Franciszkanów. Powierzono mi funkcję odmawiania brewiarza u biskupa Godlewskiego. Biskup, wtedy już staruszek, był dla mnie bardzo życzliwy. Ocalał przed zagładą profesorów uczelni krakow­skich, ponieważ spóźnił się na spotkanie inauguracyjne. Niemcy nie wpuścili go do auli UJ, mimo że się głośno dobijał. Końcowy egzamin diecezjalny przed święceniami zdałem w Krakowie. Będąc w klasztorze zostałem zaprzysiężony jako żołnierz Armii Krajowej. Pierwsze msze odprawiałem w Krakowie. Nowo wyświęconych księży kierowano na wschodnie tereny przedwojennej Polski. Taki los spotkał także mnie. W ten sposób trafiłem do Ujkowic koło Przemyśla, jako wikariusz. Lud­ność była polsko-ukraińska. Podczas przejazdu pociągiem z Krakowa do Przemyśla skradziono mi wszystkie dokumenty. AK-owcy w Ujkowicach wyrobili mi fałszywe dokumenty na moje prawdziwe nazwisko, którymi posługiwałem się do końca wojny. W Ujkowicach po raz pierw­szy uczyłem dzieci religii w szkole. Dojeżdżałem także do szkoły w Orzechowcach. Parafia posiadała śliczny drewniany kościół, drewnia­ną plebanię i murowaną podpiwniczoną wikariatkę, w której zamieszka­łem. Nawała frontowa zastała mnie w kościele podczas odprawiania mszy. Wierni oraz ministranci uciekli w popłochu. Ziemia drżała od wybuchu pocisków i bomb. Kościół się trząsł. Pozostałem sam. Nie prze­rwałem mszy. Nie powiem, że się nie bałem. Kiedy skończyłem mszę i wyszedłem z kościoła, zobaczyłem uciekających Niemców. Kościół ocalał z pożogi wojennej, lecz w następnych latach spalili go Ukraińcy. Pod Przemyślem byłem do stycznia 1945 r. W kwietniu tego roku prze­niosłem się do Włocławka. Czekano na mnie już od lutego. Gdy się zjawiłem, dostałem reprymendę za spóźnienie od ks. Borowskiego: To jest ksiądz – pracujemy od lutego – a on się zjawia w kwietniu. Zostałem wikariuszem w Uniejowie nad Wartą. Kościół w Uniejowie był zbom­bardowany, a msze odprawiano w budynku gospodarczym przy zamku. Tam uczyłem dzieci religii, często pod gołym niebem, a jak padało, wchodziliśmy do pomieszczenia w zamku. Równocześnie byłem admi­nistratorem Spicymierza. Pamiętam tę uroczą wieś. Tam już od 300 lat, w dniu Bożego Ciała mieszkańcy układają dywany kwiatowe na drodze procesji. Msze odprawiałem w świetlicy wiejskiej. Uczyłem dzieci religii. Mieszkałem w prowizorycznym baraku przy zamku w Uniejowie. Na plebanii mieszkały wysiedlone rodziny niemieckie, które czekały na wy­jazd z Polski. Nie pozwoliłem ich z plebani wyrzucić, bo nie chciałem by byli bezdomnymi. W Uniejowie byłem kilka miesięcy.

Na Wszystkich Świętych w 1945 r. zostałem przeniesiony do kościoła pod wezwaniem Św. Jana we Włocławku. Proboszczem był ksiądz Antoni Borowski. Byłem tam około dwóch łat. Z czasem stałem się rzeczoznawcą organów z ramienia Kurii Włocławskiej i dokonywałem odbiorów technicznych nowych lub remontowanych organów. Przez jakiś czas byłem wykładowcą z zakresu działania i budowy organów w seminarium we Włocławku. Po dwóch latach pobytu we Włocławku doczekałem się własnej parafii w Michelinie pod Włocławkiem. Byłem tam rok. Stamtąd poszedłem do Sędzina koło Inowrocławia, na administratora parafii. Tam się zajmowałem oprócz duszpasterstwa pszczelarstwem, tkactwem i dużo malowałem. Okoliczni ludzie przychodzili do mnie po porady sadownicze i lekar­skie. Dla młodzieży zorganizowałem w stodole salę gimnastyczną z przyrządami gimnastycznymi. Jeździłem na rowerze do okolicznych szkół na religię. Młodzież skupiała się wokół kościoła. Aby odciągnąć młodzież od kościoła, władze partyjne zdecydowały o budowie sali gim­nastycznej przy miejscowej szkole. Kiedy naszą parafię odwiedził biskup, miejscowa ludność zorganizowała mu tradycyjne przyjęcie z ustrojony­mi drogami, bramami i orszakiem konnym. Było dużo kwiatów, chorą­giewek biało-czerwonych oraz stroje ludowe. Po wizycie biskupa zosta­łem ukarany grzywną w wysokości trzystu złotych za zorganizowanie banderii konnej. O tej sprawie powiadomiłem wiernych z ambony. To wywołało zastrzeżenie do mojej osoby. Kiedy kupiłem zapas nafty do oświetlenia kościoła, zjawiła się komisja z zarzutami, że wykupiłem naf­tę przydzieloną do sprzedaży dla całej gminy. Zażądano zwrotu. Nie od­dałem. Kiedyś przyszła delegacja z poleceniem, abym bił w dzwony ko­ścielne o dwunastej przez piętnaście minut. Zapytałem: dlaczego? Odpowiedzieli – Jak to! Ksiądz i nie wie? Stalin umarł. Odpowiedzia­łem – No to co? Niech mu dzwonię tam gdzie umarł. Poszli do kościel­nego. Odesłał ich mówiąc: ksiądz nic nie mówił. Jednak podczas mojej nieobecności wysłano kilku uczniów ze szkoły, którzy musieli dzwonić. W najbliższą niedzielę ogłosiłem wiernym, że zostało popełnione nad­użycie. Poświęconych dzwonów użyto do celów politycznych, a dzwony mają służyć celom religijnym i dla waszego pożytku. Pomimo wszystko wspominam ten okres bardzo przyjemnie. Skargi od władz partyjnych do Kurii Włocławskiej spowodowały, że przeniesiono mnie do Sieradza.

Byłem rektorem kościoła św. Stanisława i jednocześnie kapelanem w szpitalu. Nie pozwolono mi jednak uczyć religii w szkołach, bowiem władze partyjne przypięły mi etykietkę nieprawomyślny. W Sieradzu by­łem tylko trzy miesiące. Skierowano mnie do Lipna pod Włocławkiem, gdzie byłem administratorem parafii. Do Sieradza na stałe przyszedłem w połowie łat sześćdziesiątych. Zamieszkałem w klasztorze ss. urszula­nek w Monicach. Byłem tam prawie 30 lat. W kolegiacie sieradzkiej od­prawiałem msze, w niedzielę miałem zawsze dwa kazania na sumie i na nygusce. Nadal nie zezwolono mi uczyć religii w szkołach. Skupiłem się na głoszeniu Słowa Bożego z ambony. Podobno kazania moje ludzie pa­miętają do dzisiaj. Zająłem się także organami w sieradzkich okolicznych parafiach. Z młodzieżą miałem kontakt poprzez organizowanie różnych wyjazdów do Warszawy, Poznania, Krakowa, Wrocławia i Czę­stochowy. Wkrótce włączyłem się w organizowanie corocznych piel­grzymek pieszych – przeważnie młodzieży na Jasną Górę. Byłem na tych pielgrzymkach dwadzieścia pięć i pół raza. Był taki rok, że władze polityczne miasta Sieradza wymyśliły, że każdy uczestnik pielgrzymki winien mieć zaświadczenie lekarskie o szczepionkach przeciwko zarazie pielgrzymkowej. Ponieważ nikt takiego zaświadczenia nie uzyskał, piel­grzymkę odwołano. Wyruszyłem więc sam. Na Jasnej Górze czekała na mnie wiadomość od ks. Apolinarego Leśniewskiego, abym natychmiast wracał. Cofnięto zakaz wymarszu i pielgrzymka ma wyruszyć następne­go dnia rano. Wróciłem i następnego ranka poprowadziłem pielgrzym­kę. Był to jedyny przypadek, że pielgrzymka z Sieradza przyszła w innym niż zawsze terminie, po uroczystościach. W 1990 r. utworzono nową parafię w Monicach. Przyjechał nowy proboszcz ks. Grzegorz Karolak. Przeniesiono mnie do nowo wybudowanego domu parafialnego, przy budującym się kościele na Osiedlu Jaworowym w Sieradzu. Przyjął mnie bardzo gościnnie i zaopiekował się mną budowniczy tego kościoła, ks. proboszcz Józef Kucharski. Był to wspaniały człowiek. Budował ten ko­ściół od 1984 r., w okresie kiedy nie było materiałów budowlanych, a budowa kościołów nie była akceptowana politycznie. Włączyłem się czynnie w budowę, a przede wszystkim pomyślałem o organach. Namó­wiłem ks. Kucharskiego, abyśmy pojechali do Wrocławia, do organomistrza Józefa Cynara, którego znałem. Proboszcz uważał ten pomysł za zbyt wczesny, lecz w końcu dał się przekonać. Pan Cynar przyjął nas bardzo gościnnie, oprowadził po wrocławskich kościołach, gdzie działa­ły jego organy, i podpisał z nami umowę na budowę organów na 44 gło­sy. Koszty wykonania i montażu miały być uregulowane w bonach do­larowych. Kiedy po jakimś czasie organomistrz wykonał część organów, bony dolarowe zostały zlikwidowane. Pan Cynar namówił nas na zbu­dowanie organów na 51głosów, godząc się, aby dodatkowe głosy wyko­nać za pół ceny. Problemem pozostaje pogłos, jaki daje wpływ betono­wych ścian kościoła, które nie tłumią dźwięków. Z biegiem czasu – gdy przybędzie obrazów i zmieni się wystrój kościoła, akustyka znacznie się poprawi i te organy będą brzmieć ładniej. Będąc w kościele na Jaworo­wym dużo malowałem. Moje obrazy zabrała najbliższa rodzina. Wiszą także w pobliskiej szkole nr 10 i w naszym domu parafialnym.

Ks. Henryk Wieczorek
„Na Sieradzkich Szlakach” 2/2011

 

 

========================================================================================

 

Artykuł – „Rejestry szczęścia”

 

Artykuł ukazał się w Dzienniku Łódzkim 21 grudnia 2001 roku

Dobry muzyk może na trzech klawiaturach ręcznych i jednej nożnej, mając do dyspozycji 51 głosów i 3.688 piszczałek, dokonywać prawdziwych cudów. To majstersztyk, istny majstersztyk…
– Te organy mają serce. E-le-ktro–nicz-ne – ksiądz Henryk Wieczorek, w charakterystyczny dla siebie sposób, dzieli słowo na akcentowane sylaby. Wstaje od kantoru i przechodzi na tył instrumentu. Malutkim kluczykiem otwiera drzwiczki, za którymi ukazuje się migoczący wielobarwnie współczesny świat Alicji z Krainy Czarów. Elektroniczny! Bo wymarzone, wymodlone, wyproszone organy księdza Wieczorka to nowoczesny komputer. Skrywa jeszcze parę tajemnic, ale ks. Henryk powolutku rozgryza wszystkie. Śmieje się, kiedy jakiś rejestr „zapłacze się” wśród przycisków na klawiaturze: – Bez okularów nie widzę. W okularach szukam na węch…

Długie, szczupłe palce zwinnie przesuwają się po klawiszach trzech klawiatur. Tylko nogi „nieposłuszne” spóźniają się. Ma do nich żal. Całe życie chodził wiele kilometrów dziennie, ćwiczył i trenował, a teraz go zawodzą…
Ksiądz-organista wsłuchuje się w kolejne akordy odbijające się echem od ścian kościoła. Jeszcze kilka lat, trochę sprzętów i kurzu, a muzyka brzmieć będzie w tym kościele przepięknie – zapewnia.
– Dźwięk tych organów jest dostojny, ciągły, plastycznie słyszalny w górnych i dolnych rejestrach – mówi. – Każdy budowniczy ma własne wyobrażenie szaty brzmieniowej. Nie ma dwóch jednakowo brzmiących organów. Wielkość instrumentu, jego głos i barwa zależą od wnętrza. Nasz kościół Najświętszego Serca Jezusowego czekał na te największe organy z 51 głosami. Cyranowie z Wrocławia wybudowali wspaniały instrument, bo to majstrowie z prawdziwego zdarzenia.

Ksiądz Henryk jest szczęśliwy. Spełniło się jego największe marzenie. W Sieradzu, z którym związał się na więcej niż połowę swojego życia, postawiono instrument, jakiego nie ma w żadnym kościele centralnej Polski. Największe organy w Diecezji Włocławskiej i Łódzkiej. I jak tu nie zagrać „Alleluja”?
Ksiądz Wieczorek ma w sobie wiele z dobrego aktora. Potrafi wspaniale modulować głos, przepięknie czyta i recytuje. Wielu sieradzan przychodzi na niedzielne wieczorne msze po to, by słuchać jego kazań. Nie są wyszukane w treści, ale zawsze wygłaszane ze swadą, dowcipem, scenicznym zacięciem i niepozbawione pointy. Kapłan ma piękny i mocny głos. Wie, jak go wykorzystać. Lubi śpiewać, dlatego jego msze zawsze są w większej części przepełnione muzyką.
Ale to już ostatnie sieradzkie msze księdza Wieczorka. Planuje ostatecznie przejść na emeryturę i zaszyć się w domu dla kapłanów seniorów.
– Każdy aktor wie, kiedy zejść ze sceny – mówi. – Ja czekam tylko na pierwszy prawdziwy koncert organowy. A potem zajmę się moim „pa-praniem”…
W pokoiku-pracowni na poddaszu plebanii stoją proste drewniane meble. Regały uginają się od książek i ułożonych w równe stosy anologowych płyt. Te z muzyką organową i chóralną zajmują najwięcej miejsca. W chłodnym pomieszczeniu unosi się zapach terpentyny. W kąciku pod załomkiem dachu stoją sztalugi. Na półeczkach tubki i słoiki z farbami, starannie wyczyszczone wiązki pędzli.

Bez muzyki, śpiewu, malowania i czytania ksiądz Wieczorek nie wyobraża sobie życia. Te pasje towarzyszyły mu od wczesnego dzieciństwa. Do tego jeszcze sport. W gimnastyce nie miał sobie równych.
Opowieść o dorastaniu nie jest wesoła, choć ksiądz Henryk stara się wypełnić ją anegdotami, takimi jak ta o froterowaniu. Bo gdy Henryś był malutkim chłopczykiem, sadzano go na szczotkę, by mocniej dociskała do wypastowanej podłogi w salonie ciotki.
To właśnie „rada ciotek” ustaliła, że trzeba Henrysia wyrwać ze wsi i oddać pod opiekę pięknej wdowy, ciotki Heleny. Uznały, że opieka nad kilkulatkiem będzie dla niej najlepszym lekarstwem na smutki po stracie męża.
– Miałem tylko sześć lat, kiedy mnie z gospodarstwa ojca zabrali do wielkiego miasta. Zamiast biegać po wielkopolskich łąkach, musiałem jeździć tramwajami po obcym i ogromnym dla mnie Poznaniu. A do tego ciotka ostra była i nieugięta. Po każdej wywiadówce sprawiała mi solidne „smarowanie”.
To jej jednak zawdzięcza znajomość francuskiego, wrażliwość na muzykę, kolory, grę świateł. Ciotka pięknie malowała i zachęcała Henrysia do kształtowania plastycznych umiejętności.

– Największe kłopoty od początku gimnazjum miałem z łaciną – ksiądz Wieczorek nie ukrywa swojej achillesowej pięty z czasów wczesnej młodości. – Jakoś mi się te klapki we łbie tak poustawiały, że niczego spamiętać nie mogłem. Szkołę musiałem zmienić, żeby w końcu, już w czwartej klasie, pojąć łacińskie słówka i zawiłości gramatyki. A teraz brewiarz odmawiam po łacinie, pełen zachwytu nad pięknem i melodyjnością tego języka.
We wczesnej młodości pasji miał Henryk Wieczorek kilka. Nie była to jednak gra na fortepianie. Nie lubił lekcji, do których ciotka go przymuszała. A tymczasem umiejętność gry przydała się na studiach. W seminarium był jednym z trzech organistów. To wtedy po raz pierwszy miał okazję poznać organy „od środka”.

– W kościółku seminaryjnym budowano organy. Patrzyłem na pracę organmistrza Truszczyńskiego. Czułem, że to nie rzemiosło, ale wielki artyzm. Widziałem jego organy na Wystawie Krajowej w roku 1928. Słyszałem ich brzmienie. To właśnie wtedy rozkochałem się w organach i muzyce organowej.
W opowieści o 86-letnim życiu pomaga stary, oprawiony w brązową ramkę obraz – pamiątka I Komunii Świętej Henryka Wieczorka z 21 maja 1925 roku. Z tyłu obrazka zapisał najważniejsze daty ze swojego życia: przyjazd z Włocławka do okupowanego Krakowa w 1942 roku, kontynuacja studiów teologicznych, święcenia kapłańskie, których udzielił mu ks. bp. Godlewski i msza prymicyjna u sióstr sercanek w 1943 roku.

– W kwietniu 1945 roku wróciłem do Włocławka – ks. Wieczorek przypomina kolejne daty z życiorysu zapisanego symbolicznie na obrazie. – Pracowałem w parafii w Śpicimierzu, w kościele św. Jana we Włocławku i w tamtejszej katedrze. Potem był Kalisz, Sędzin, Lipno, znów Włocławek i wreszcie 18 sierpnia 1960 roku podsieradzkie Monice. Spędziłem tam 30 lat bez dwóch miesięcy. Od 28 marca 1990 roku „rezyduję” w parafii na osiedlu Jaworowe w Sieradzu.
Gdy ksiądz Wieczorek zaczął snuć opowieść o pielgrzymowaniu na Jasną Górę, a przeżył tych pielgrzymek „dwadzieścia pięć i pół”, rozdzwoniły się elektronicznie sterowane dzwony na dzwonnicy kościoła.

– Wzywają mnie na posterunek – mówi ksiądz Wieczorek szykując się do wyjścia. – Idę na mszę wieczorną. Pomodlę się z wdzięczności do Boga, że dał mi przeżyć 13 lat budowania naszych organów. Teraz upraszam go tylko o to, by pozwolił mi dożyć ich poświęcenia. Potem mogę już iść do nieba…

Artykuł nadesłali państwo: Elżbieta i Zbigniew Kowalscy z Sieradza.

 

 

========================================================================================

 

Pogrzeb Ks. śp. Henryka Wieczorka

 

Sieradz, 24 lutego 2012

„Nic dwa razy się nie zdarza”, pisała w swoim wierszu noblistka Wisława Szymborska. Jedyna i niepowtarzalna księga życia wspaniałego kapłana, księdza rektora Henryka Wieczorka, który swoją posługę na sieradzkiej ziemi pełnił ponad 50 lat, została zamknięta. Ksiądz Henryk Wieczorek otoczony modlitwą przez najbliższych odszedł do Domu Ojca w wieku 97 lat, w czwartek 16 lutego 2012 roku o godz. 23.

O śmierci księdza Henryka dowiedziałem się w piątek po południu. Wprawdzie nie było mi dane poznać go osobiście, ale jaką był osobą – mogłem się dowiedzieć z prasy, z opowiadań starszych mieszkańców Sieradza, jak i zaprzyjaźnionych księży. Był niezłomnym i bezgranicznie oddanym Bogu kapłanem. Do ostatnich dni swojego długiego życia, w ostatnich latach pełnego cierpienia i trudności z poruszaniem się, pełnił posługę w konfesjonale, jednając grzeszników z Bogiem. Biografię księdza Wieczorka i wspomnienia o nim pozwolę sobie zamieścić w innej zakładce, wraz ze zdjęciami, jakie wykonałem podczas kilku uroczystości z jego udziałem. Jestem wdzięczny dobremu Bogu, że mogłem uczestniczyć w ostatniej drodze księdza rektora. Dziękuję księdzu dr. Mirosławowi Miłkowi – proboszczowi parafii pw. Najświętszego Serca Jezusowego w Sieradzu – za możliwość sfotografowania całej uroczystości pogrzebowej.

W dniu 20 lutego 2012 roku o godz. 18 odbyła się z udziałem wielu księży eksporta ciała księdza Henryka Wieczorka z kaplicy pogrzebowej do kościoła pw. Najświętszego Serca Jezusowego. To w tej parafii na Jaworowym ksiądz Henryk spędził ostatnie lata swojego życia. Tego dnia Mszy św. przewodniczył ksiądz prałat senior Józef Frątczak, były proboszcz parafii Wszystkich Świętych.

Przy trumnie modlił się wieloletni przyjaciel ks. Henryka Wieczorka, ks.dr Tadeusz Miłek z parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Sieradzu. Ksiądz Tadeusz wygłosił wzruszające kazanie o swoim zmarłym przyjacielu; fot. 20 lutego 2012

Piękne słowa o zmarłym księdzu wypowiedział w kazaniu jego wieloletni przyjaciel, ksiądz dr Tadeusz Miłek z parafii Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Sieradzu.

Znałem księdza rektora od czasu, kiedy przybył do Sieradza, a byłem wtedy małym ministrantem i często służyłem mu do Mszy św. i doświadczałem bardzo często jego życzliwości dla mnie. Był obecny w różnych chwilach mojego życia. Pomagał mi chociażby wtedy, kiedy byłem w seminarium, kiedy odbywałem jako kleryk służbę wojskową i później w latach kapłaństwa

– mówił wzruszonym głosem ksiądz dr Tadeusz Miłek. Również w czasie rozmów z księdzem Tadeuszem mogłem usłyszeć wiele życzliwych, ciepłych słów o księdzu Wieczorku. Można było odczuć, jakim szacunkiem darzy swojego przyjaciela, księdza rektora.


Homilia ks. dr Tadeusza Miłka, proboszcza parafii pw. Najświętszej Maryi Panny – Królowej Polski w Sieradzu wygłoszona podczas pogrzebu śp. ks Henryka Wieczorka w dniu 20 lutego 2012 roku

Następnego dnia rozpoczęły się uroczystości pogrzebowe, w których wzięło udział kilkudziesięciu kapłanów z diecezji włocławskiej i kaliskiej. Mszy św. przewodniczył biskup pomocniczy włocławski Stanisław Gębicki wraz z biskupem seniorem Bronisławem Dembowskim. Kazanie wygłosił ksiądz dr Marian Bronikowski, proboszcz parafii Wszystkich Świętych w Sieradzu. Księdza rektora żegnali: rodzina, kapłani, przyjaciele, ministranci, chór parafialny, młodzież, poczty sztandarowe, setki mieszkańców Sieradza i okolic. Na różnych sieradzkich portalach internetowych można było przeczytać wiele życzliwych słów i osobistych wspomnień o księdzu Henryku. Najciekawsze wypowiedzi postaram się opublikować na stronie, by ocalić jak najwięcej informacji o tym szlachetnym i ofiarnym kapłanie.

Ks. śp. Henryk Wieczorek cieszył się ogromnym szacunkiem

Ksiądz Henryk Wieczorek spoczął na cmentarzu komunalnym w Kłocku obok budowniczego kościoła i pierwszego proboszcza parafii Najświętszego Serca Jezusowego, księdza Józefa Kucharskiego.

Wprawdzie smutny to czas, gdy odchodzi ze świata bliska i szanowana przez nas osoba, ale wierzymy, że prawdziwe szczęście odnajdziemy po drugiej stronie. Jestem głęboko przekonany, że z księdzem Henrykiem Wieczorkiem spotkamy się w krainie miłości i wiecznego życia – w niebie.

Księże Rektorze, Twój owocny czas pobytu na ziemi dobiegł końca, doszedłeś do Pana, który Cię powołał do Twojej świętej drogi życia, ubogiego życia w kapłaństwie.

Na koniec przytoczę raz jeszcze słowa księdza dr. Tadeusza Miłka, które wypowiedział na zakończenie swojego pięknego kazania w czasie Mszy św. w przeddzień pogrzebu.

Czcigodny Księże Rektorze, my Ci dziś dziękujemy za to, że nas uczyłeś, iż w życiu najważniejszy jest Pan Bóg. Dziękujemy za Twoje piękne kapłaństwo, za półwiekową posługę w naszym mieście. Jesteśmy Ci wdzięczni za to, kim byłeś i co czyniłeś dla Kościoła, dla nas, za to świadectwo kapłana, także szczerego, uczciwego, dobrego obywatela, zatroskanego o naszą Ojczyznę, o jej przyszłość. Zatroskanego o miejsce Boga w naszym życiu. Prosimy, wstawiaj się za nami u Boga i proś dla nas o łaskę dobrego życia, abyśmy tak jak Ty zasłużyli kiedyś na odważne i ufne przyjęcie śmierci, a tuż po jej przejściu byśmy spotkali zmartwychwstałego Chrystusa witającego nas słowami: „Dobrze, sługo dobry i wierny, wejdź do radości twojego Pana”. Amen.

Będąc na cmentarzu komunalnym, pamiętajmy, by chociaż na chwilę zatrzymać się przy grobie księdza Henryka Wieczorka, zapalić znicz i zanurzyć się w modlitwie. Pamiętajmy o kapłanie pielgrzymie, który 52 lata pracowitej posługi spędził w Sieradzu, uczestnicząc również w 25 pieszych sieradzkich pielgrzymkach na Jasną Górę. Poniżej pragnę podzielić się zdjęciami, które wykonałem w czasie uroczystości pogrzebowych śp. księdza Henryka Wieczorka.

 

Eksporta ciała śp. ks. Henryka Wieczorka 20 lutego 2012 roku z kaplicy pogrzebowej do kościoła pw. Najświętszego Serca Jezusowego w Sieradzu, gdzie następnie odbyła się Msza św.

 

 

Dnia 21 lutego 2012 roku odbyła się uroczysta Msza  św. pogrzebowa z udziałem księży biskupów diecezji włocławskiej oraz kilkudziesięciu kapłanów przybyłych pożegnać śp. ks. Henryka Wieczorka.

 

 

========================================================================================

 

Wspomnienia Ireny Witkowskiej o ks. Henryku Wieczorku

Sieradz, 28 lutego 2012

Pragnę dziś zamieścić piękne wspomnienie o księdzu Henryku Wieczorku pióra sieradzanki, mieszkającej obecnie w Łodzi, pani Ireny Witkowskiej z d. Teodorczyk. Pierwszy jej tekst na stronie Sieradz-Praga.pl nawiązywał do niezwykłej książki pani Ity Turowicz I wszystko w sny odchodzi… i można go przeczytać w zakładce Listy do Autorki. Pani Irena m.in. tak napisała o tej książce: Dzięki Pani memuarowi odżywa tak bardzo wiele wspomnień (podobnie jak u wielu uczestników spotkania w sieradzkim magistracie), że czasami wstaję w nocy, by powtórnie przeczytać pewne fragmenty.

Dzisiaj pani Irena pragnie podzielić się swoim pięknym zapamiętaniem „Niezłomnego” kapłana, śp. księdza Henryka Wieczorka. Przywołując w pamięci wspomnienia z młodzieńczych lat, pisze, jak dużą rolę odegrał w jej życiu ten kapłan. Ponieważ w tekście pojawia się wspomnienie jego pasji – malarstwa – pozwoliłem sobie dodać kilka zdjęć obrazów, które namalował ksiądz Wieczorek. Za udostępnienie ich pragnę podziękować ks. dr. Tadeuszowi Miłkowi z parafii NMP Królowej Polski w Sieradzu.

Łukasz Piotrowski

***

Wspomnienia pani Ireny Witkowskiej z d. Teodorczyk o ks. Henryku Wieczorku

W dniu 21 lutego 2012 roku na cmentarzu w Kłocku pożegnaliśmy księdza Henryka Wieczorka. Dla mnie – kapłana nieodłącznie związanego z Sieradzem, a dawniej, szczególnie z domem zakonnym Sióstr Urszulanek w Monicach. Do dziś mam przed oczami jego wysoką postać, zmierzającą w niedzielny poranek na mszę św. o godzinie 10. Charakterystycznie ubrany w pelerynę i czarny kapelusz, przez co nosił przydomek Zorro. Podczas sumy spowiadał w konfesjonale stojącym naprzeciw wejścia na ambonę. Po czym sam odprawiał następną mszę. Moja ciocia i wujek Bielawscy z Częstochowy, ilekroć byli w Sieradzu, zawsze starali się iść na mszę, podczas której kazanie głosił ksiądz Wieczorek. Były one dla nas wyjątkowe – nie ze względu na obecne czasem treści polityczne, zaczerpnięte z Radia Wolna Europa, bo te znaliśmy niemal na pamięć, jako że tato był namiętnym słuchaczem tej rozgłośni – ale  ze względu na spojrzenie kaznodziei na otaczającą rzeczywistość. Do dziś gdzieś błądzi w zakamarkach pamięci sformułowanie: „…Ksiądz się musi modlić za tych, co gadają pod chórem, za tych, co śpią w ławkach i tych, którzy się modlą” albo przy okazji przekazywania informacji o nadaniu sakry biskupiej przez Ojca Świętego kolejnym kapłanom „Podobno pierścienie, które otrzymali, mają szlachetne kamienie. Czy tak jest, czy też są syntetyczne, nikt nie będzie dochodził, bo nie wypada sprawdzać Papieża”. Wtedy to bawiło i zastanawiało. Teraz po latach uważam, że ksiądz Wieczorek pokazywał nam, iż nawet takie sytuacje mają ludzkie oblicze ze wszystkimi słabościami.

W uroczystość św. Szczepana kultywowano zwyczaj obsypywania księdza ziarnem owsa na pamiątkę ukamienowania pierwszego męczennika. Byłam kiedyś przerażona, zobaczywszy, jak rolnicy nie szczędząc ziarna, z wielką zapalczywością celują w kapłana. Rozpromieniłam się, ujrzawszy zadowoloną twarz księdza Wieczorka, radego chyba z faktu, że tradycja w narodzie nie ginie.

Był kapłanem budzącym wielki respekt. Kiedy rozpoczynała się na Krakowskim Przedmieściu kolęda, dzieci interesował najbardziej fakt, po której stronie chodzi ks. Wieczorek. Bały się, że to on złoży ich rodzinie wizytę duszpasterską, ponieważ był bardzo surowy i wymagający. Zeszyty do katechezy musiały być w doskonałym porządku, a i na krótki egzamin z podstaw wiary należało być przygotowanym.

W moim życiu ksiądz Wieczorek odegrał ważną rolę. Jako licealistka rozważałam, co w przyszłości chciałabym robić. Jednym z planów było studiowanie architektury. W rozmowie z Grażyną Nitecką, wtedy studentką chyba już czwartego roku architektury we Wrocławiu, usłyszałam, że pobierała u księdza lekcje rysunków. Zajęcia te okazały się potem bardzo pomocne, zwłaszcza w kontekście ćwiczeń z malarstwa podczas studiów i dlatego namawiała mnie, bym spróbowała przekonać księdza do udzielenia mi lekcji. Oczywiście nie miałam odwagi, by samej rozmawiać z księdzem, tylko wysłałam mamę. Ksiądz się zgodził. W pierwszych zajęciach uczestniczyli również ministranci, a później dołączyła Dzidka Kowalczyk (która w przeciwieństwie do mnie faktycznie zdawała na architekturę, kończąc ją potem na PŁ). Wracając do pierwszych zajęć – w odróżnieniu od ministrantów – byłam nieludzko spięta i nie potrafiłam wykrztusić z siebie ani słowa.

Kiedyś ksiądz polecił nam, byśmy udali się do okalającego klasztor sadu, gdzie pasły się krowy, i jeden z chłopców rzucił wesoło, że chyba będziemy rysowali krówki, na co nasz nauczyciel: „Portretów rodzinnych dzisiaj nie będzie”. W duchu śmiałam się niemiłosiernie, ale zachowywałam powagę. Kolejna lekcja, która utkwiła mi w pamięci, również w plenerze. Jesienny zachód słońca i polecenie, by namalować rosnącą w pobliżu brzozę. Coś tam starannie mazaliśmy i w pewnym momencie ksiądz wziął ode mnie pędzel i na białej korze mojego drzewa namalował fioletowe cienie. Szok. I wtedy zobaczyłam, że rzeczywiście w świetle zachodzącego słońca tak wygląda kora. Nie jest wcale biała! Podczas dalszych lekcji malowaliśmy martwe natury przygotowane przez naszego nauczyciela. Zwykle na początku objaśniał nam, na co mamy zwrócić uwagę i przekazywał istotne wskazówki, a później pozwalał szaleć pędzlem po kartonie według własnego uznania. Na koniec omawiał efekty naszej pracy. Bardzo ciekawym doświadczeniem było przedstawianie nam jego własnych prac malarskich w różnym świetle, łącznie z kwarcowym.

Martwa natura pędzla ks. Henryka Wieczorka

Mimo że ostatecznie nie wybrałam architektury, to lekcje te odegrały i wciąż spełniają w moim życiu ważną rolę. Pracując w szkole jako matematyczka, zostałam uznana za „specjalistkę od spraw plastycznych” z okazji różnych uroczystości, począwszy od dekoracji, a kończąc na stronie graficznej wszelkiego rodzaju dyplomów. Obecnie będąc na emeryturze, wykorzystuję zdobytą wówczas wiedzę w pracy charytatywnej na rzecz Stowarzyszenia „Muminki” w mojej parafii. Bardzo żałuję, że nigdy nie przełamałam się, by po latach raz jeszcze i szczególnie serdecznie podziękować księdzu Wieczorkowi za te wspaniałe spotkania, które nauczyły mnie innego spojrzenia na świat, łącznie z tym lekko ironicznym wejrzeniem we własne słabości. Dlaczego nigdy nie podeszłam i nie pozdrowiłam go bardzo serdecznie, jak wielokrotnie miałam ochotę to uczynić? Miałam świadomość, że jest to wielki intelekt. Często prosił, byśmy wrzuciły z Dzidką do skrzynki listy adresowane do utytułowanych osób z UJ. Wielokrotnie widziałam go spacerującego po sieradzkich wałach z Antoine’em Cierplikowskim. Czułam zbyt wielki respekt i szacunek i nie zdobyłam się na ten ludzki gest, który odkładałam na później. Zegnaj, mój Drogi Nauczycielu.

Irena Witkowska
(dla znajomych Goga)
Łódź

Dwa inne z licznych obrazów ks. Henryka Wieczorka