Związani z Sieradzem / s. Maria Urbanowicz (szarytka, 1907-2006)

Ita Turowicz / Opowieść o klasztornej dzwonnicy
13 lipca 2020
Moja Praga / Starorzecze Żegliny
20 lipca 2020

Sieradz, 28 stycznia 2020
aktualizacja: 16 lipca 2020

Wielu ludzi – za sprawą swojej szlachetnej osobowości, także z uwagi na przejawianą w życiu życzliwość, pracowitość, niesione bezinteresownie dobro – zapisało się w sposób szczególny w naszej pamięci. Jednak czas, który nieubłaganie mija, sprawia, że ta pamięć w jakimś stopniu nam się zaciera. Pamięć człowieka bywa ulotna, jednak nasz Bóg pamięta wszystkie uczynki spełnione względem bliźniego. Pięknie powiedział o tym wielki XVI-wieczny hiszpański mistyk, św. Jan od Krzyża: „Pod wieczór życia będziemy sądzeni z miłości”.

Kiedy przed kilkoma tygodniami byłem na sieradzkim cmentarzu parafialnym, robiąc zdjęcia, podeszła do mnie pani Teresa Stasiak, proponując, bym podszedł z nią do jednego z grobów, który chciała mi pokazać. Tym grobem, znajdującym się w bliskiej odległości od kościółka Świętego Ducha, był grób Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo, nazywanych potocznie szarytkami. Pani Teresa zaczęła mi opowiadać o tych zakonnicach, które przez ponad 100 lat, aż do 1987 roku pełniły posługę w naszym mieście, początkowo pracując w starym sieradzkim szpitalu, a gdy za rządów komunistycznych nie było to możliwe – posługiwały na różny sposób chorym i biednym mieszkańcom Sieradza. Dbały również o ministrantów w pobliskiej kolegiacie, by ich komże – jak wspomina Waldemar Kurek (ministrant) – były zawsze czyste i wyprasowane. Wielu mieszkańców zapamiętało je, jak jeździły rowerem do ludzi chorych, robiły zastrzyki, stawiały bańki, zmieniały opatrunki i pomagały w różny sposób. Tyle pozostało ciepłych i pięknych wspomnień…

W grobie szarytek na sieradzkim cmentarzu spoczywają zaledwie trzy siostry i „symbolicznie” upamiętniona została s. Maria Urbanowicz, której ciało spoczywa na warszawskich Powązkach. Pani Teresa wypowiedziała wiele ciepłych słów o szarytkach, wyrażając wdzięczność za to, co czyniły dla sieradzan, a szczególnie ciepło wspominając siostrę Marię. Zachęciła mnie, bym jej postać zechciał upamiętnić na swojej stronie internetowej, co niniejszym z wielką radością czynię. Żeby ten artykuł wzbogacić, sięgnąłem do  książki p. Ity Turowicz pt. „I wszystko w sny odchodzi…”, gdzie cały rozdział został poświęcony osobie siostry Marii Urbanowicz, z którą autorka za sprawą swojej mamy, p. Wandy Turowiczowej, szczerze się zaprzyjaźniła. Są to niezwykle ciekawe, spisywane podczas wielu lat znajomości, wspomnienia urodzonej w Wilnie siostry, którą koleje życia w pewnym momencie zaprowadziły do naszego miasta. I zapewniam, że czyta się je jednym tchem.

Zdjęcia, jakie pokazuję w tym materiale, pochodzą z archiwów rodzinnych p. Ity Turowicz, Andrzeja Stępnia i Waldemara Kurka, którym ogromnie i z serca dziękuję.

Ufam, że dzięki tej lekturze powrócą wspomnienia i postać siostry Marii Urbanowicz stanie ponownie „przed oczami” tych, którzy ją znali. Zechciejmy w naszych modlitwach podziękować dobremu Bogu za jej życie, ofiarnie oddane posłudze człowiekowi, w którym zawsze widziała Jezusa Chrystusa. Za ziemskiego życia niosła nam, sieradzanom, pomoc, nie oczekując niczego w zamian, a dzisiaj zapewne wstawia się za nami u Pana Boga.

Módl się, kochana Siostro Mario, za nami, biednymi grzesznikami.

Łukasz Piotrowski

                        
Siostra Maria Urbanowicz w dwóch odsłonach. Na pierwszej fotografii nosi charakterystyczny „skrzydlaty” kornet, taki, jakie siostry szarytki nosiły do końca II Soboru Watykańskiego, a na drugim zdjęciu – już „w skromnym granatowym weloniku”.

 

 

Jadwiga Kisielewska, szarytka z Warszawy
(poniższy tekst otrzymałem od p. Teresy Stasiak)

Ze spisu sióstr pracujących w Sieradzu wynika, że w latach 1884–1987 posługiwały w Sieradzu, zarówno w szpitalu, jak i przy parafii, 63 Siostry Miłosierdzia. Wśród nich była siostra Maria Urbanowicz, która – jak ufam – z nieba troszczy się nadal o Przyjaciół ze swego umiłowanego Sieradza…

Siostra Maria Urbanowicz urodziła się 1 kwietnia 1907 roku w Wilnie. Rodzice, Józef Urbanowicz i Maria z Bratkowskich, ochrzcili swoją córkę w kościele Wszystkich Świętych 12 kwietnia tegoż roku. Ojciec Marii był kolejarzem, należał do duszpasterstwa kolejarzy, które działało przy kościele Księży Misjonarzy w Wilnie. W dniu 13 listopada 1927 roku dwudziestoletnia Maria zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo i podjęła postulat w Szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie. W dniu 6  maja 1928 rozpoczęła seminarium (nowicjat), a 20 kwietnia 1929 roku odbyły się obłóczyny. Siostra Maria była dobrze przygotowana do życia, także wyrobiona duchowo.

W Zgromadzeniu prawie wszystkie siostry kierowano do Szkoły Pielęgniarskiej, dlatego i siostra Maria podjęła tam naukę na dwuletnich kursach, po czym jako dyplomowana pielęgniarka została posłana do służby w szpitalu w Kurozwękach.

W 1940 roku, na czas działań wojennych, skierowano Ją do Szpitala Św. Ducha w Warszawie. Trudne lata okupacji niemieckiej przeżyła w stolicy, niosąc pomoc, modlitwę i ofiarę wielu potrzebującym. Zawsze gotowa i zawsze otwarta na sprawy innych. Siostra Maria była wychowana w ukochaniu Ojczyzny, w miłości do wszystkiego, co Polskę stanowi. Jakże więc cierpiało jej serce, gdy widziała spaloną i zniszczoną Warszawę. Każdy zakątek tego miasta mówił o wielkim bólu. Ile trzeba była hartu ducha, żeby w obliczu takiej zagłady zachować wiarę, nadzieję i miłość, żeby wbrew rozpaczy i rozdzierającego bólu, wśród rumowisk i zgliszcz mówić ludziom o Bogu i nieść ludziom Boga. Siostra cierpiała też nad dziejami ukochanego Wilna, gdzie pozostała jej rodzina, która doznała tam wielu prześladowań i upokorzeń. Okres wojny miał zaprowadzić jednego z jej braci do Anglii, a jedną z sióstr na Ziemie Odzyskane. Dopiero w okresie tzw. odwilży siostra Maria mogła pojechać do Wilna, by odwiedzić pozostałą tam rodzinę.

W czerwcu 1945 roku siostra Maria pożegnała Warszawę, udając się do Kalisza, gdzie siostry prowadziły Ochronkę dla dzieci. Tu pełniła posługę siostry służebnej (przełożonej). Siostra Maria miała bardzo delikatny stosunek do dzieci. Kochała je, wspierała, dbała przede wszystkim o ich pobożność i miłość do Boga. Swą troską otaczała przez pięć lat wspólnotę sióstr i prowadzone przez nie dzieło.

Siostra Maria była do głębi pobożna. Dzieci prowadziła do Chrystusa przez serce Maryi. Wszyscy zapamiętaliśmy ją ze złożonymi rękoma, nawet w zwykłej rozmowie, jakby do modlitwy, nieustannie wzywającą opieki Maryi Niepokalanej. Gdy była już staruszką, zawsze zwracała się do Matki Bożej w postawie dziecka. Mawiała: zaraz to Matuchnie Niepokalanej powiem…. już klękam, dziecino… Siostra Maria zawsze nosiła przy sobie cudowne medaliki, różańce, szkaplerze, toteż nikt nie odchodził od niej bez obdarowania. Miała wprost dziecięco ufną siłę przekonywania i zachęty. Czuło się podczas spotkania, że czyni to z prawdziwej miłości do Matki Najświętszej.

Po wyjeździe z Kalisza podejmowała przez rok odpowiedzialność za nasz dom w szpitalu w Szczuczynie. Były to trudne lata. Nauka religii została wyrzucona ze szkół. Zgromadzenie posyłało wówczas wiele sióstr na kursy katechetyczne, wśród nich i siostrę Marię. Ten Warszawski Kurs Katechetyczny miał  się siostrze przydać wielokrotnie, gdyż służba przy parafiach oraz praca z dziećmi i młodzieżą ma zawsze charakter nauczający. Siostra umiała wykorzystywać wiedzę i doświadczenie. Lata 1951–1961 to czas posługi siostry Marii w domu parafialnym w Krośniewicach. Tutaj jako pielęgniarka społeczna odwiedzała chorych i ubogich. W tym okresie bardzo zbliżyła się do tajemnicy Bożego Miłosierdzia. Pochodziła przecież z Wilna, gdzie mieszkała i pracowała siostra Faustyna Kowalska, gdzie został namalowany pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego. W Kościele nie było jeszcze w tym czasie formalnie zatwierdzonego nabożeństwa do Jezusa Miłosiernego, ale siostra Maria miała pragnienie przyprowadzania ludzi do źródła tego Miłosierdzia. Otrzymała zgodę księdza proboszcza i poprosiła naszą malarkę, siostrę Zofię Gorzkowską, o namalowanie obrazu Jezusa Miłosiernego dla kościoła parafialnego w Krośniewicach. Obraz powstał, został poświęcony i umieszczony w bocznym ołtarzu, który rychło stał się miejscem kultu i do dzisiaj tam się znajduje.

W 1961 roku siostra Maria przyjechała do Sieradza, gdzie przez wiele lat była siostrą przełożoną małej wspólnoty szarytek i gdzie przepracowała 26 lat. Otaczała opieką chorych, katechizowała i dbała o zakrystię. Znana była w całym mieście. Codziennie, idąc ulicami Sieradza, poszukiwała największej biedy, pragnęła wkroczyć w każdą samotność. Niosła nadzieję i pociechę tam, gdzie jej brakowało. Kochała nade wszystko Boga i dzieliła się bogactwem swego serca, zdobywając dusze dla Pana. W każdym człowieku dostrzegała samego Jezusa, dlatego z odwagą zakasywała rękawy, by myć chorych, opatrywać ich rany, prać bieliznę, sprzątać mieszkania. Jeśli była taka potrzeba – przewieźć do szpitala, rozdawać żywność, nawiedzać biedne wielodzietne rodziny.  Na polu katechetycznym siostra Maria również czyniła wiele. Zorganizowała naukę religii dla 60 dzieci w wieku przedszkolnym. Macierzyńską miłością otoczyła ministrantów w liczbie na przestrzeni lat ok. 150. Ukazywała im wzór uczestnictwa we Mszy św., organizowała dla nich pielgrzymki do Częstochowy i innych sanktuariów.

Owocem pięknej służby siostry Marii, owocem jej życia, w którym zawsze świadczyła, że Bóg jest Miłością, stało się pięć powołań kapłańskich. Młodych księży otaczała swoją modlitwą i uczyła, jak głosić Chrystusa. Wśród wielu obowiązków część swego czasu oddawała także posłudze w zakrystii, dbała o bieliznę ołtarzową, szaty liturgiczne, wkładała całe serce w urządzanie uroczystości, adoracji i celebracji.

Siostrę Marię znał cały Sieradz. Żadna ludzka nędza nie była jej obca. Zawsze w gotowości do podjęcia ofiary dla bliźniego. Serce siostry Marii, prawdziwe serce szarytki pełne Boga, mimo upływu czasu i wbrew różnym dolegliwościom, zawsze było gotowe do pomocy.

Od listopada 1986 roku, spracowana i chora już siostra Maria przebywała w Domu Prowincjalnym na warszawskiej Tamce. Tu swój czas dzieliła na modlitwę i różne posługi w domu. Najczęściej można ją było znaleźć na tzw. chórku, zawsze ze złożonymi rękoma, zawsze oddaną modlitwie. A gdy miała jeszcze sprawne ręce, sama wykonywała różańce, szkaplerze i przekazywała je na misje. Powoli słabła. Jak zwykle spokojna i cicha, zasnęła w Panu 23 marca 2006 roku. Na jej pogrzeb przyjechało wielu przyjaciół z Sieradza i duża gromadka zaprzyjaźnionych kapłanów. Do dzisiaj na warszawskie Powązki, do grobu siostry Marii Urbanowicz, przyjeżdżają przyjaciele z Sieradza. Najczęściej ci, których codziennie na różny sposób wspomagała.

s. Jadwiga Kisielewska, szarytka z Warszawy

Na sieradzkim cmentarzu parafialnym, niedaleko kościółka Świętego Ducha, znajduje się grób Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo, zwanych szarytkami; fot. 30 października 2019
W grobie spoczywają: s. Maria Mianowska, zm. 28 stycznia 1904, s. Franciszka Studzińska, zm. 30 października 1930 i s. Pelagia Zarzycka, zm. 30 maja 1983 roku; fot. 30 października 2019

Na środku płyty nagrobnej widnieje zdanie z kazania Jezusa Chrystusa na Górze Błogosławieństw: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5,7); fot. 30 października 2019
Siostra Maria Urbanowicz zmarła 23 marca 2006 roku w Warszawie i spoczęła na Cmentarzu Powązkowskim. Sieradzki grób Sióstr Miłosierdzia opatrzony został symboliczną tabliczką poświęconą tej niezwykle zasłużonej i kochanej przez sieradzan szarytce; fot. 30 października 2019

 

==================================================================

 

Ita Turowicz

 

 Siostra Maria

 

Mama z siostrą Marią w naszym warszawskim mieszkaniu, Wielkanoc 1993

Starsi mieszkańcy naszego miasta pamiętają jeszcze charakterystyczne „skrzydlate” kornety mieszkających w Sieradzu i posługujących chorym sióstr miłosierdzia, zwanych szarytkami. Jako redaktorka książek spotkałam się kilka razy z błędną interpretacją ze strony autorów: „nazwa szarytki pochodzi od ich szarego stroju zakonnego”. Tymczasem szarytki noszą granatowe habity, dziś także granatowe welony, nazwa zaś pochodzi od francuskiego charité, czyli miłosierdzia. Pełna nazwa zgromadzenia brzmi Siostry Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo.

Zakon został założony w 1633 roku w Paryżu przez św. Wincentego i św. Ludwikę de Marillac i był pierwszym w Kościele katolickim, którego założyciel nie bał się „otworzyć klauzury” – w regule święty Wincenty napisał: „Obowiązki ich powołania nie mogą się pogodzić z klauzurą i zakonnym życiem”. Chodziło o to, by siostry mogły nieść pomoc jak najszerszym rzeszom ubogich, samotnych i chorych, w domach, szpitalach, sierocińcach. W 1652 roku sam święty Wincenty na prośbę Marii Ludwiki Gonzagi, żony króla Jana Kazimierza, wysłał do Warszawy pierwsze trzy szarytki (jeszcze przed oficjalnym zatwierdzeniem zakonu przez papieża Klemensa IX w 1668 roku). Czas ten na ziemiach Rzeczypospolitej był niesłychanie trudny – kraj nękały zarazy, najazdy szwedzkie, wojny kozackie, tureckie, przetaczały się, łupiąc ludność, obce armie. W czasie rewolucji francuskiej i okrutnej walki z Kościołem zgromadzenie przestało istnieć, wiele sióstr oddało życie za wiarę, sześć z nich zostało potem ogłoszonych błogosławionymi. W okresie napoleońskim zezwolono na działalność sióstr. Odrodzenie zakonu przyszło w XIX wieku. W 1830 roku w kaplicy domu macierzystego Sióstr Miłosierdzia w Paryżu przy ulicy du Bac Matka Boża objawiła nowicjuszce siostrze Katarzynie Labouré cudowny medalik Niepokalanego Poczęcia, którego kult miał się niebawem rozszerzyć na cały świat.

Sieradzkie szarytki, siostry Anna Majewska, Helena Modzelewska, Maria Pągowska, podczas procesji przeniesienia krzyża misyjnego z cmentarza parafialnego na plac przed kolegiatą, marzec 1946
Uroczystość Bożego Ciała w klasztorze Sióstr Urszulanek SJK w Sieradzu, której przewodniczył ks. prałat Apolinary Leśniewski. Z lewej strony ze świecą s. Agnieszka Szewczykówna, w prawym rogu (po powiększeniu zdjęcia) druga z sieradzkich katechetek, s. Maria Sobelówna; szarytka z prawej to prawdopodobnie s. Maria Urbanowicz; fot. 24 czerwca 1962.

W Sieradzu szarytki objęły opiekę nad szpitalem św. Józefa w 1884 roku. Poza posługą wobec chorych (70 łóżek w szpitalu właściwym plus pawilon zakaźny) i prowadzeniem gospodarstwa szpitalnego, zajmowały się 4-morgowym ogrodem owocowo-warzywnym, utrzymywały kilka krów, parę koni. Aż do czasu drugiej wojny światowej siostry w liczbie od czterech do sześciu mieszkały i pracowały w szpitalu, zaś po 1951 roku, kiedy władze komunistyczne nakazały usunięcie zakonnic ze służby szpitalnej, trzy szarytki posługujące chorym zamieszkały w drewnianym domku urszulanek na Toruńskiej, potem w mieszkaniu przy ulicy Warszawskiej. W listopadzie 1987 roku dom sieradzkich szarytek decyzją władz zakonnych został zamknięty, ale wdzięczna pamięć o nich wśród mieszkańców Sieradza nadal trwa.

Do czasu Soboru Watykańskiego II szarytki nosiły białe „skrzydlate” kornety z usztywnionego płótna. Były bardzo charakterystyczne, nadawały siostrom łatwy do rozpoznania wygląd, spotyka się je w bogatej ikonografii, ukazującej zakonnice w posłudze wśród łóżek szpitalnych, ale także na obrazach ukazujących je idące na śmierć z rąk oprawców w czasie rewolucji francuskiej.

Kornety były malownicze i dekoracyjne, ale jednocześnie wymagały od sióstr wiele zachodu. Trzeba je było krochmalić na sztywno i prasować, podczas wietrznej pogody wiatr dął w nie jak w żagle, w czasie deszczu potrafiły oklapnąć. A jednak siostra Maria wyznała księdzu infułatowi Leśniewskiemu, że po zmianie kornetów na granatowe skromne weloniki przez długi czas czuła się „niekompletnie ubrana”.

*

Siostra Maria przyszła na świat 1 kwietnia 1907 roku w Wilnie w rodzinie Józefa i Marii Urbanowiczów. Zmarła w warszawskim klasztorze szarytek na Tamce 23 marca 2006. Zabrakło jej tygodnia do ukończenia dziewięćdziesięciu dziewięciu lat. Miała trzy starsze siostry: Helenę, Jadwigę i Wandę, najstarszego brata Wacława (Antoni zmarł w dzieciństwie) oraz najmłodszego z rodzeństwa, Teodora.

 

Oto co zapisałam z licznych opowieści snutych przez lata podczas naszych wizyt w warszawskim klasztorze na Tamce, odkąd siostra Maria zamieszkała tam po likwidacji sieradzkiej placówki szarytek w 1987 roku. W święta Wielkanocne i Bożego Narodzenia wielokrotnie gościliśmy siostrę w naszym domu.

*

We wspomnieniach siostry Marii przechowała się taka scena. Wracała, kilkuletnia, ze szkoły, z tornistrem na plecach i warkoczami, tańcząc. Na ulicy. Taniec umierającego łabędzia z Jeziora łabędziego Czajkowskiego. Pląsała z przejęciem, robiąc skłony i piruety, gdy raptem, znalazłszy się tuż pod samym domem, usłyszała, jak siedząca w oknie mama mówi smutnym głosem do ojca: „Józiu, Józiu, i co z tej dziewczyny wyrośnie”. Tak dalece się tym przejęła, że owo wspomnienie stało się dla niej nieustanną zachętą do refleksji nad sobą: „co ze mnie wyrośnie”.

*

Rodzina siostry Marii, jak wszystkie rodziny urzędnicze w zaborze rosyjskim, została w czasie I wojny światowej ewakuowana do Rosji. Ojca, Józefa Urbanowicza, pracownika Kolei Wileńskich, skierowano do pracy w Petersburgu, a matka z dziećmi po rodzinnej naradzie wyjechała do Jarosławia nad górną Wołgą, gdzie miał swój dom brat ojca. Był to ten sam Jarosław, do którego po Powstaniu Styczniowym car zesłał arcybiskupa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, obecnie świętego, który przez dwadzieścia lat tam pracował, niosąc pomoc duchową i materialną setkom polskich zesłańców. Gdy pół wieku później mali Urbanowicze z matką dotarli do Jarosławia, okazało się, że brat ojca z żoną i dwójką dzieci nie żyją, zastrzeleni przez zbolszewizowanych Żydów. Po wielu miesiącach mieszkania w jedynym ocalałym na ulicy domu, wśród ruin spalonych i obrabowanych budynków, zjawił się ojciec i zabrał rodzinę do Carskiego Sioła pod Petersburgiem. Głód był straszny. Nie było chleba, soli, ziemniaków, nic. Jedli wodę zabielaną garścią mąki, herbatę z jakiejś trawy, ojcu zdarzało się ukraść na polach kapustę, czasami dostawali od kogoś obierki od kartofli i gotowali z nich zupę. Ojciec jako urzędnik kolejowy miał przydział dzienny na pół funta chleba.

Kiedyś mama posłała po ten chleb siostrę Marię. Była tak strasznie głodna, że zaczęła wyskubywać miąższ ze środka. Szła coraz wolniej i wolniej, aż kiedy w końcu dotarła do domu, została jej w ręku sama tylko skórka. Na zapytanie matki, co się stało z chlebem, siostra Maria ze spuszczoną głową odpowiedziała: „Ptaszki wydziobały, wróbelki”. Po podzieleniu skórki na siedem osób (ojciec zrezygnował), mama powiedziała: „Widzisz, Marysiu, to nie wróbelki wydziobały, tylko ty się sama najadłaś, nie myśląc o innych. I teraz reszta dostanie tylko po kawałeczku skórki”.

Siostra okrutnie się spłakała. Powtarzała bez końca: „Przepraszam, przepraszam”. Było jej strasznie przykro nie tylko z powodu własnego egoizmu, ale i dlatego, że pierwszy i ostatni raz w życiu skłamała.

*

Z powodu głodu matka jeździła do coraz dalszych wiosek w poszukiwaniu żywności. Tego dnia wybrała się z najstarszym synem. Tknięty jakimś przeczuciem, namawiał ją, by nie wsiadali do wagonu kolejarskiego, który im przysługiwał z racji pracy ojca, ale „z innymi ludźmi”. Mama zadecydowała jednak inaczej i wsiedli do kolejarskiego. Ktoś z pasażerów miał maszynkę spirytusową, kiedy indziej siostra mówiła o mężczyznach wiozących bańki z benzyną. Od zapalonego papierosa zapaliły się opary benzyny, w wagonie wybuchł pożar, mama doznała okropnych poparzeń. Całe plecy i pośladki. Chyba 80 procent powierzchni ciała. W szpitalu wojskowym, do którego zabrał ją znajomy lekarz Rosjanin, leżała około dwóch tygodni. Lekarz chciał pobrać od dzieci przeszczepy skóry dla niej, ale matka się nie zgodziła. Wykluczone, powtarzała.

Dziesięcioletnia siostra Maria wraz z dwunastoletnią siostrą pielęgnowały ją. Wigilię spędzono przy jej łóżku. Rankiem trzeciego dnia świąt Bożego Narodzenia mama zmarła, w obecności samej tylko siostry Marii. Pozostawiła męża i siedmioro dzieci – trzech synów i cztery córki. Synowie: Wacław, Antoni, Teodor (ostatni z rodzeństwa, zmarły w 2007 roku Londynie), córki: Helena, Jadwiga, Wanda i Maria, czyli siostra.

Po powrocie z Rosji do Wilna siostrę Marię, podówczas jedenastoletnią, ojciec zaprowadził pod Ostrą Bramę. „To jest teraz twoja Matka. Ile razy będzie ci ciężko na sercu, przychodź tu, do Matki”. I tak już zostało.

Po latach, jako staruszka, siostra Maria powiedziała nam: „Kiedy się zastanawiam, jaki największy dar mi Pan Bóg ofiarował, to myślę o tym, że odebrał mi mamusię. Mamusia nas strasznie kochała i rozpieszczała. To tatuś wychował nas surowo i wymagająco. Dzięki niemu wszyscy wyszliśmy na ludzi”.

Ojciec siostry Marii, pan Józef Urbanowicz, urzędnik Kolei Wileńskich, trzymał w domu dwa psy (dwóch psów – jak mówiła siostra Maria). Był to As i Medor. Jeden codziennie przynosił gazetę, „Dziennik Wileński”, a drugi mięso ze sklepiku. Trzymał w pysku pałąk od koszyka, do którego wkładało się karteczkę z żądaną porcją mięsa i pieniądze, a zacny pies szedł do jatki, podawał koszyk, przyjmował wypełniony towarem i resztą oraz sumiennie wracał.

*

Brat siostry Marii wyjechał na dłużej, bodajże na studia politechniczne do Warszawy. Pewnego dnia podczas rozmowy w domu ktoś powiedział, że brat wraca o tej i o tej godzinie. As wyszedł z domu i przepadł. Wszyscy go szukali – w domu i w ogrodzie. Psa ani śladu. W końcu ojciec wypatrzył podkop zmyślnie wydrążony pod wysokim płotem. Okazało się, że kiedy pociąg wjechał na stację i brat wysiadł na peron, rzucił mu się na szyję, omal go z nóg nie zwalając, kudłaty As. Lizał go i radował się, że jego pan powrócił. Taki to był mądry pies.

*

Siostra Maria zawsze miała pociąg do pomagania biednym. Zapadła jej w pamięć często powtarzana przez ojca maksyma: „Co dasz ubogiemu, odda ci Pan Bóg w śmierci godzinie”. Kiedy przeczytała w gazecie o szarytkach, że posługują ubogim, postanowiła wstąpić do tego zakonu. Ponieważ była najmłodszą z czterech sióstr, bracia i ojciec bardzo byli z tego nieradzi. Postanowili wysłać siostrę do posiadłości zamożnego wuja pod Mejszagołą koło Wilna, aby tam podczas sezonu towarzyskiego otarła się o ludzi, może kogoś poznała i zbędne myśli porzuciła.

Wuj urządzał raz po raz huczne potańcówki, spraszając młodzież męską z okolicy i z Wilna. Siostra Maria jednak albo nie schodziła na tańce, albo stała jak kołek, nie zachęcając zalotników do żywszego zaangażowania. Wobec tego wuj postanowił, że skoro tak, to w czasie niedzielnych jazd końmi do kościoła w Mejszagole siostra Maria miała pozostawać w domu, by nie podsycać swojej wybujałej religijności.

Nieszczęśliwa siostra Maria zrobiła sobie w pokoiku ołtarzyk i modliła się gorąco, ale w końcu nie wytrzymała. Wstała w którąś niedzielę bladym świtem i wyruszyła drogą przez las do Mejszagoły. Miała gorące pragnienie spowiedzi i komunii świętej. Szła, szła, aż zaszła. W zakrystii zastała tylko kościelnego, któremu powierzyła swój zamiar. Kazał iść, usiąść w nawie i czekać. Kiedy już ludzie zebrali się na mszę świętą, kościelny wystąpił na środek nawy i wskazując palcem na siostrę Marię, gromko obwieścił: „Panienko, do spowiedzi!”. Okropnie się spłoniła, idąc przez środek kościoła, odprowadzana ciekawskimi spojrzeniami.

Tymczasem w dworku wuja zapanowało wielkie zamieszanie i popłoch. Wszyscy szukają siostry Marii. Rozesłano konie na cztery strony świata. Ludzie rozbiegli się zasięgać języków. Ale wszystko na nic. Nikt nic nie widział i nie wie.

Koniec całej afery był taki, że wreszcie zezwolono siostrze na niedzielny udział we mszy świętej, widząc, że z krnąbrną pannicą nikt nic nie wskóra. Mimo całej jej potulności i słodyczy.

*

Starszy brat siostry Marii, wojskowy, bardzo chciał ją odwieść od zakonnych planów. Przekonywał: „Maryniu, będziesz musiała wstawać co dzień o czwartej rano i przez pierwszy rok po całych dniach wybierać mak z popiołu”.

Odpowiadała rezolutnie: „Przeczytałam w gazecie, że szarytek jest dwa tysiące. Skoro one wszystkie wybierały, to i ja będę”. Nic jej nie mogło powstrzymać.

Ojciec także rozpaczał, płakał. „Niech tamte trzy idą do zakonu, a ty zostań”, powtarzał. „Jak one mogą iść do zakonu, kiedy nie mają powołania”, broniła się siostra Maria. Zmartwiona łzami ojca, pobiegła do Ostrej Bramy, prosząc Matkę Bożą: „Powiedz mi, jak mam postąpić”. W końcu sam ojciec uciął wszystkie próby i namowy. Powiedział: „Nic już jej nie mówcie. Ona ma prawdziwe powołanie”.

Kiedy jednak przebywając w nowicjacie w Warszawie – na zaklinania brata wojskowego, by wróciła, bo w domu bez niej tak smutno – odpisała: „Do domu mogę wrócić, ale tylko w trumnie”, ojciec zalał się łzami i wyruszył do furty klasztornej szarytek wileńskich, żaląc się przed przełożoną: „To ja tyle lat dziecko wychowywałem, a ona mi pisze, że może do mnie wrócić, ale tylko w trumnie”.

*

Siostra Maria w trakcie nauki w szkole pielęgniarskiej odbywała praktykę w szpitalu. Sale chorych opatrzone były imionami świętych: sala św. Franciszka, św. Antoniego, św. Rodziny z Nazaretu. Jedna z sal miała tabliczkę: „Lues”. Kiedyś trzeba było coś zrobić przy chorym z tej sali, siostra Maria pobiegła więc do przełożonej pielęgniarek z wiadomością, że chory z sali ś w i ę t e g o L u e s a potrzebuje pomocy. Trzeba było widzieć minę przełożonej, która z osłupieniem wpatrzyła się w młodą siostrzyczkę – kpi czy o drogę pyta? Lues po łacinie znaczy syfilis. (…)

Nie mogę sobie odmówić przytoczenia w tym miejscu zasłyszanej całkiem niedawno historyjki związanej z szarytkami i szpitalem. Opowiedziała mi siostra Wiesława z warszawskiej Tamki. Otóż w 1987 roku, już po rozwiązaniu sieradzkiego domu szarytek, kiedy zakonnice po dziesięcioleciach nieobecności mogły wrócić do pracy w szpitalach, siostra Wiesława została skierowana do pracy pielęgniarskiej w miasteczku Z. Tymczasem dyrektor szpitala, wysoce partyjny, zapowiedział w kadrach, że nie chce mieć u siebie zakonnicy. Zdezorientowana młodziutka siostra nie wiedziała, co w tej sytuacji począć. Pomogła jej siostra-weteranka: „Nie martw się, dziecko”. Zadzwoniła do dyrektora, mówiąc swoim grubym głosem: „Cóż to, towarzyszu dyrektorze, słyszymy, że nie chcecie przyjąć do pracy zakonnicy. Niedobrze, czasy się zmieniły, teraz już wszędzie zakonnice pracują”. „A kto mówi?” – zapytał zaskoczony dyrektor. „To bez znaczenia” – odrzekła siostra, kończąc rozmowę. Następnego dnia rano, choć to była niedziela, do klasztoru przydreptał osobiście pan dyrektor, prosząc siostrę przełożoną o przysłanie mu do pracy zakonnicy, w kadrach już wszystko załatwił. Jeśli można, to od jutra.

*

W czasie wojny siostra Maria pracowała w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie, na oddziale znakomitego chirurga, doktora Felicjana Lotha. Także entuzjazm, a potem koszmar i grozę Powstania Warszawskiego tam przeżyła. Kiedyś, chyba przy wielkanocnym stole, tak nam powiedziała: „Przed wojną modne było hasło «Cukier krzepi». Nie przemawiało do mnie, jadaliśmy zawsze skromnie, o żadnym krzepieniu cukrem nikt nie myślał. Ale w czasie powstania przekonałam się, że to prawda. Zdarzały się dni, że nie miałyśmy nic do jedzenia, piłyśmy tylko wodę, a tu trzeba iść na nocny dyżur do szpitala, choć siły opuszczają. I kiedyś siostra kierowniczka dała nam, kilku siostrom pielęgniarkom, kostki skądś zdobytego cukru. Do kieszeni. Kiedy je zjadłam, dosłownie poczułam, jak siły mi wracają”.

Zapamiętałam opowiadanie siostry o ewakuacji szpitala pod koniec powstańczego zrywu. Przewożono, przenoszono, prowadzono chorych i rannych do Konstancina pod Warszawą. Z Mokotowa ponad dziesięć kilometrów. Siostra niosła na plecach rannego powstańca z postrzałem w płuco. Nie wiadomo, skąd wzięła na to siły. Pomoc Boża i adrenalina, jak to w sytuacjach ekstremalnych. Młody chłopiec krwawił i po jakimś czasie cały habit siostry przesiąknięty był krwią. Po iluś kilometrach siostra poczuła, że w żaden sposób nie zdoła dalej iść. Położyła rannego na skraju drogi i sama też padła bez czucia, pomyślała: tu umrzemy. Tymczasem na drodze pokazał się młody człowiek, Polak, który przystanął nad leżącymi. Nachylił się nad rannym, poszukał pulsu – nie trzeba było, był już zimny. Siostra niosła przez całe kilometry martwego. Umarł na jej plecach. Teraz mężczyzna podźwignął siostrę i zaniósł ją do bliskiego już Konstancina, gdzie rozmieszczano rannych i chorych warszawiaków.

*

Siostra Maria żywiła wielką cześć dla zielonego szkaplerza Matki Bożej – objawionego młodej szarytce, siostrze Justynie Bisquyburu, w 1840 roku – wielokrotnie przekonując się o jego skuteczności. Sama wykonała dziesiątki, albo i setki tych szkaplerzy, rozdając je potrzebującym, także za naszym pośrednictwem. Zielony szkaplerz, tłumaczyła nam, poświęcony przez księdza, można nosić w kieszeni albo na sobie, lub nawet położyć w pokoju osoby, dla której się prosi o łaskę. Byle codziennie odmówić modlitwę: „Niepokalane Serce Maryi, módl się za nami teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”. Kiedyś, jeszcze w Sieradzu, przyszła do siostry znajoma pani, uskarżając się na męża, który do kościoła nie chodzi, Pana Boga nie szanuje i okropnie bluźni. Trudno w domu wytrzymać. Siostra Maria poradziła, by żona wszyła mężowi do odzieży zielony szkaplerz. Tak też się stało. Kobieta, nic nie mówiąc małżonkowi, spruła szew w pasie spodni, wsunęła zielony szkaplerz i zgrabnie zaszyła. Codziennie też zanosiła ufną modlitwę. Po pewnym czasie przychodzi do niej mąż. Zmieniony na twarzy i przejęty. Mówi żonie: „Posłuchaj, od paru tygodni coś mnie uwierało w pasie, jakoś swędziało, nie dawało spokoju. W końcu miałem tego dość, cichaczem rozprułem szew w pasku spodni i zobaczyłem, że tam siedzi obrazek Matki Boskiej. Taki zielony, z sukna. Zdrowo mnie to trzepnęło. No bo jeżeli ktoś w fabryce, szyjąc spodnie, włożył tam Matkę Boską, i ta para trafiła akurat do mnie, to chyba jest to jakiś znak. Wiesz, pójdę do spowiedzi”. Od tego czasu skończyły się przekleństwa i bezbożne życie. A siostra Maria tylko szeptała: „Jakaś Ty dobra, Maryjo”.

Siostra Maria podczas jednej z sieradzkich pielgrzymek na Jasną Górę; „matkowała” ministrantom, dbała o ich posiłki, czystość komeżek, wypoczynek
W obecności sieradzkiej asysty na Jasnej Górze, arch. Waldemara Kurka

Siostra Maria wśród grupy swoich ministrantów podczas 382. Pieszej Pielgrzymki Sieradzkiej na Jasną Górę. Młody ksiądz z prawej strony to ks. Tadeusz Miłek, sierpień 1982

Dwadzieścia pięć lat pobytu siostry Marii Urbanowicz w Sieradzu było bardzo pracowite. Jeździła rowerem do chorych, robiła zastrzyki, zakładała i zmieniała opatrunki, potrafiła wyprać bieliznę i umyć podłogę. Pomagała na różne sposoby. Wspierała biednych. Pamiętam opowiadanie o spotkanym na ulicy zmarzniętym na kość biedaku, któremu oddała swoje rękawiczki. „Panie szanowny – powiedziała – niech pan to przyjmie, widzę, że pana ręce są całkiem odmrożone, a ja sobie zrobię drugą parę”. Pan szanowny chętnie przyjął, a potem jeszcze siostra kupiła mu cukier i chleb.

Siostra poza posługą pielęgniarską zajmowała się ministrantami i dbała o czystość kolegiaty. Pracowała niezmordowanie, nie szczędząc sił. Komże i alby były zawsze świeżo wykrochmalone i wyprasowane, kwiaty na ołtarzach świeże. Staraniem siostry Marii został w bocznym ołtarzu po prawej stronie kolegiaty umieszczony obraz Jezusa Miłosiernego, objawionego wszak siostrze Faustynie w mieście rodzinnym siostry Marii, Wilnie. Siostra też wdrożyła wśród sieradzkich pań odmawianie koronki do Miłosierdzia Bożego. Pytała każdorazowo po naszym powrocie z Sieradza: „A koronkę do Miłosierdzia nadal odmawiają?”. Cieszyliśmy się, mogąc odpowiedzieć: „Odmawiają, droga siostro Mario, odmawiają”.

Wiersz poświęcony siostrze Marii Urbanowicz

Wśród złotych zbóż, maków czerwieni
Miłosierny Chrystus chodzi po polskiej ziemi.
Do sieradzkiej Kolegiaty zawędrował
I w bocznym ołtarzu się ulokował.

Ołtarz zawsze w kwiaty przybrany
I światłem świec rozpromieniany,
A Chrystus, wskazując na serce swoje,
Mówi: „Stąd płyną dla was łaski zdroje”.

Siostra Maria o cześć i chwałę Jego dbała
I na koronkę wiernych zapraszała.
Modlą się codziennie starzy i młodzi,
A Chrystus łaskami życie ich słodzi.

Trzeba tylko zaufać Jemu,
Boskiemu Sercu Miłosiernemu.
W trzeci piątek każdego miesiąca
Msza święta, od serc żarliwych gorąca.

W której lud Boży ręce błagalnie podnosi,
O zbawcze łaski dla grzeszników prosi.
Błogosław, Chryste Panie, dobrej siostrze Marii,
Do serca miłosiernego czule ją przygarnij.

Wiersz napisała sieradzka nauczycielka,
pani Maria Raczyńska

 

*

Siostra Maria, o ascetycznej naturze i gorącym sercu, miała kilka miłości, którym była wierna przez całe życie. Kochała Pana Jezusa i Matkę Bożą. Kochała Polskę. Kochała biedaków i nieszczęśliwych. Kochała ubóstwo. Jej cela w klasztorze na Tamce była tak skromna, jak tylko można sobie wyobrazić. Łóżko, stolik, szafa, trzy krzesła i maszyna do szycia, na której nieustannie łatała i reperowała bieliznę sióstr, szyła puryfikaterze i stuły dla księży – kilku z jej sieradzkich ministrantów poszło do seminarium i zostało kapłanami. Pierwszym zmartwieniem, kiedy otrzymała jakiś prezent, było jak najszybsze oddanie go komuś z licznych znajomych i przyjaciół, do których mieliśmy szczęście się zaliczać.

Właściwie odziedziczyliśmy siostrę Marię po mojej mamie. Panie bardzo się przyjaźniły. Siostra służyła gorącym wsparciem po śmierci w 1981 roku drugiego z moich braci, Jaśka. „Myślałam, że mamusia zwariuje, że ona tego nie przetrzyma”, mówiła po latach, kręcąc głową siostra Maria. „Ale to święty człowiek, potrafiła oddać cały ból Panu Bogu”. Oddanie bólu Panu Bogu nie znaczy, że człowiek przestaje cierpieć. Przecież widziałam płacz mamy, jej straszliwą tęsknotę, czasami ciche, na klęczkach, „dlaczego”. Kiedy kilka lat później czytałam wydane przez dominikanów Notatniki Anny Kamieńskiej, uderzyła mnie trafność jej refleksji: „Czy ktoś, kto osiągnął wielką dojrzałość wewnętrzną, nie zna już tej całej szarpaniny, wahań, upadków, ciemności? Czy może trwać w niezmiennej pogodzie i świetle? Nie byłby już wtedy człowiekiem. Ideał mędrca wschodniego, który nigdy nie zapłakał, jak Chrystus nad grobem przyjaciela, ani się nie zatrwożył, jak Chrystus przed męką, jest sztuczny i bezpłodny. Mędrzec i święty musi doświadczać tych samych stanów, a różnica polega na tym, że umie on odnosić wszystko do najwyższej Miary. Ale poza tym może nim miotać wszystko, co ludzkie”. Głębokość i mądrość myśli Anny Kamieńskiej była owocem jej wielkiego osobistego cierpienia.

Kiedy siostra Maria opuściła Sieradz i zamieszkała na Tamce, mama prosiła, bym jej złożyła wizytę. I tak się zaczęła nasza wieloletnia i „dozgonna” przyjaźń. Miała się także przysłużyć samej siostrze.

Wkrótce po przybyciu do Warszawy siostra Maria zaniemogła. Miała okropne bóle nóg, nie mogła się na nich utrzymać. Leżała. Wielokrotne konsultacje specjalistów, także sprowadzanych do klasztoru, nic nie dawały. Siostra słabła w oczach, nie opuszczała już łóżka, a kiedy próbowała się podnosić, mdlała. Siostry, wyczerpawszy wszystkie możliwe środki, doradzały jej oddanie cierpień Panu Bogu i cierpliwe przygotowywanie do spotkania z Nim. Tak też siostra czyniła („Bez woli Bożej nic się nie dzieje”, wielokrotnie i w różnych kontekstach nam przypominała).

Ja jednak nie umiałam się pogodzić z sytuacją. Poprosiłam siostrę o zdjęcia rentgenowskie, wszystkie wyniki badań i zaczęłam szukać pomocy. Znalazłam ją w gabinecie IZIS na Świętokrzyskiej, gdzie prowadziła praktykę lekarską pani doktor, która w Moskwie praktykowała medycynę chińską. Rok wcześniej pomogła mojej warszawskiej cioci Zofii Turowiczowej na bolące kolana. Pani doktor, obejrzawszy zdjęcia i wyniki analiz, powiedziała, że chyba będzie mogła pomóc siostrze, żeby ją przywieźć. I tak się zaczęły sesje farmakopunktury. Na pierwszą trzeba było siostrę wnieść po schodach na piętro. Po drugiej zeszła już sama. A gdy zakończyła wszystkie zabiegi, była sprawna i nie odczuwała bólu. Żyła jeszcze potem bez kłopotów ze strony nóg dziewiętnaście lat.

My i nasze dzieci też wiele zawdzięczamy siostrze Marii. Zawsze służyła niezawodną modlitewną pomocą. Gdy dzwoniłam w nagłej opresji z prośbą o modlitwę, siostra Maria odpowiadała niezmiennie: „Dziecino, już klękam”.

(Ita Turowicz, I wszystko w sny odchodzi… Memuar sieradzki,
Warszawa 2010, s. 237–247)