lukasz@sieradz-praga.pl
tel. 696-458-972

o. Dolindo Ruotolo – Jezu, Ty się tym zajmij!

Sieradz, 12 stycznia 2018
aktualizacja: 17 marca 2018

ks. Dolindo2
Świadkowie opowiadają, że kiedy ks. Dolindo odprawiał Mszę Świętą, czuło się obecność Jezusa. Sam moment podniesienia trwał kilkanaście minut. „Zatracałem się wtedy” – opisywał ten moment ks. Ruotolo  

***

Z Joanną Bątkiewicz-Brożek, dziennikarką, autorką książki „Jezu, Ty się tym zajmij! O. Dolindo Ruotolo. Życie i cuda”,  rozmawia  dr Mariusz Błochowiak

Kim był ks. Ruotolo Dolindo?
Ksiądz Dolindo był neapolitańskim księdzem diecezjalnym. Mówię o nim „mistyk” i myślę, że tak trzeba go nazywać. Jest wzorem kapłana. Znamy jego modlitwę „Jezu, Ty się tym zajmij”, ale nikt nie wie, kto za nią stoi. To do ks. Dolindo Ojciec Pio odsyłał ludzi. Do San Giovanni Rotondo często przyjeżdżali wierni z Neapolu i okolic. Wtedy Ojciec Pio mówił: Po co tu przyjeżdżacie! Macie świętego kapłana w Neapolu, do niego idźcie, szczególnie w trudnych sprawach!

Z Pani książki wynika, że ks. Dolindo i Ojciec Pio raz się spotkali…
Udokumentowane zostało jedno spotkanie w 1953 r., kiedy ks. Dolindo przyjechał do San Giovanni Rotondo z arcybiskupem Neapolu. Jego marzeniem było spotkać się z Ojcem Pio. Stygmatyk wówczas na prośbę ks. Ruotolo o spowiedź, odparł, rozpościerając szeroko ramiona: Spowiedź? Tobie jest niepotrzebna! Dolindo, ty jesteś cały błogosławiony! Niewykluczone, że widzieli się także w Rzymie, choć ks. Dolindo nigdzie takiego spotkania nie opisuje. Wiadomo, że w 1920 r. jednocześnie toczył się proces Ojca Pio i ks. Dolindo w Świętym Oficjum. Obaj byli w tym samym czasie w Rzymie. W autobiografii ks. Dolindo notuje, że Ojciec Pio przyjeżdża do Rzymu i próbuje go znaleźć. Nie znamy jednak wszystkich szczegółów. Poza tym obaj mieli dar bilokacji, czyli stanu, w którym mogli równocześnie znajdować się w dwóch różnych miejscach. Stąd spotykali się częściej. Ojciec Pio był w ten sposób kilkakrotnie w Neapolu.

O ks. Dolindo mówi Pani, że był prorokiem. Dlaczego?
Na początku XX w. postulował to, co potem wprowadził Sobór Watykański II, np. przystępowanie do Komunii Świętej w Wielki Piątek, możliwość posiadania Pisma Świętego w domu czy odprawiania przez kapłanów – jeśli zachodzi taka potrzeba – dwóch Mszy Świętych w ciągu dnia.  Mówił o konieczności ewangelizacji na ulicach, o angażowaniu do tego świeckich. Te rzeczy były w tamtych czasach zupełną nowością. Dla nas są normalne.

Ksiądz Dolindo dużo też mówił o roli kobiet…
Tak. Użył nawet sformułowania „kapłańska misja kobiet”, co było źle zrozumiane. Myślano, że nawołuje do kapłaństwa kobiet, ale jego słowa nie miały z tym nic wspólnego. Natomiast dużo pisał o misji kobiety – obok kapłana – w niesieniu Ewangelii. Wiele z tych kwestii znalazło się później w liście apostolskim „Mulieris dignitatem” Jana Pawła II. Nie wiem, czy papież inspirował się myślą ks. Dolindo, ale niektóre teksty kapłana z Neapolu współbrzmią z papieskimi. Poza tym ks. Ruotolo jest wzorem pokory, oddania i zawierzenia wszystkiego Bogu. Pokazuje, na czym polega misja kapłanów. Mówi nawet, że kapłani powinni bać się tego, jak wielką moc otrzymują od Boga, ile mogą zdziałać w duszach ludzkich, jak ważna jest ofiara Mszy Świętej. Ksiądz Dolindo, podobnie jak Ojciec Pio, Mszę Świętą potrafił odprawiać do dwóch godzin, zastygał w momencie konsekracji nawet na kilkanaście minut. Uczestnicy tych Mszy opowiadali mi, że przebijała z nich czułość, ale też dawało się odczuć obecność Jezusa w kościele.

Ksiądz Dolindo mówił, że akt  zawierzenia został mu podyktowany przez Jezusa.  Czy rzeczywiście tak było?
To są słowa Jezusa. Ten neapolitański kapłan miał dar, jakim cieszyło się wielu świętych, np. św. Jan od Krzyża, czyli tzw. lokucji wewnętrznych – przez łaskę i światło Jezusa. Wiele słów spisał właśnie w ten sposób: nie tylko akt zawierzenia „Jezu, Ty się tym zajmij”, ale też inne modlitwy, wiele komentarzy do Pisma Świętego. Na karteczkach pisał: Jezus do duszy albo Maryja do duszy. W autobiografii ks. Dolindo stwierdza, że to nie są słowa, które pochodzą od niego. Czasem, kiedy kończył pisać, był zdziwiony, że coś takiego w ogóle wyszło spod jego pióra. Jestem przekonana, że w akcie zawierzenia „Jezu, Ty się tym zajmij” są słowa Jezusa. Język w tym akcie jest prosty, ewangeliczny, a zarazem współczesny. Ten akt nazywam skondensowanym „Dzienniczkiem” św. Faustyny Kowalskiej: Jezu, ufam Tobie i Ty się tym zajmij, Ty możesz robić w moim życiu, co chcesz; cokolwiek się dzieje, ja ufam, że Ty wiesz, co jest dla mnie najlepsze. Ksiądz Dolindo miał dar wyczuwania obecności samego Jezusa. W jego autobiografii, którą napisał na polecenie swego spowiednika, są momenty, w których mówi o dotyku, fizycznym istnieniu, wewnętrznym promieniu obecności Chrystusa. Podobne doświadczenia były udziałem s. Faustyny, która pisała, że aż paliła ją miłość do Chrystusa. W przypadku ks. Dolindo takie momenty często zdarzały się w czasie adoracji. Przed Najświętszym Sakramentem pisał większość modlitw czy akty zawierzenia. Wówczas czuł obecność Jezusa. Ten kapłan napisał aż 220 000 obrazków ze słowami Jezusa do poszczególnych osób. To jest ilość, którą udało się zgromadzić w czasie procesu beatyfikacyjnego. To są ewidentnie słowa inspirowane jakimś wewnętrznym światłem, które pochodzi spoza naszej ludzkiej ograniczonej świadomości. Co ciekawe, gdy ks. Dolindo rozdawał ludziom w kościele obrazki ze słowami: „Jezus do duszy”, często mówił, że wiele osób otrzymywało w nich konkretne wskazówki.

Na przykład jakie?
Choćby dotyczące choroby, oddania długu czy śmierci. Wiele osób mówiło, że pod wpływem tych słów, które odczytywały na obrazkach, zmieniało swoje życie. Miałam okazję zobaczyć kilka takich segregatorów z obrazkami. Siostry franciszkanki, które mi je pokazały, zaproponowały mi to, co sugerują wszystkim ich odwiedzającym, a więc modlitwę i prośbę do ks. Dolindo, by wskazał, czy Bóg ma dla mnie jakieś słowo.  Faktycznie, odmówiłyśmy „Ojcze nasz” i krótką modlitwę zawierzenia, a następnie wyjęłam obrazek. Przeczytałam na nim zdanie idealnie dobrane do mojej aktualnej sytuacji życiowej. Ksiądz Dolindo był bardzo praktycznym kapłanem. Nawoływał do zawierzenia Bogu, ale też udzielał konkretnych wskazówek ludziom, którzy przychodzili do niego po porady, a nie tylko do spowiedzi. I mówił konkretnie: Zrób to, zrób tamto.

Ksiądz Dolindo od dzieciństwa strasznie cierpiał…
Tak. Zresztą, w dialekcie neapolitańskim jego imię Dolendo znaczy „cierpienie”. Takie imię nadał mu tata. I rzeczywiście, jego życie było naznaczone cierpieniem. Po pierwsze, żył w skrajnym ubóstwie i nędzy. W domu panował głód. W dzieciństwie biegał wokół domu, zbierał zioła, robił sobie sałatkę z bazylii, bo nic innego nie było do jedzenia. Czasem na stole były tylko pomidory. Drugą rzecz stanowi to, że bił go potwornie ojciec. Okrucieństwo rodzica jest niewytłumaczalne, bo spośród 11 rodzeństwa szczególnie był bity on i jego starszy brat Elio. To znęcanie się doprowadziło do uszkodzenia mózgu. Jako dziecko ks. Dolindo był lekko upośledzony i miał ogromne trudności z nauką. Ojciec przez pierwsze lata nie posyłał go do szkoły. Ksiądz Dolindo często mówi o sobie, że w tym okresie dzieciństwa był kompletnym kretynem. Tego określenia często używał.

Co ono oznaczało?
W tamtym okresie ks. Dolindo miał trudności z czytaniem i pisaniem. Mały Ruotolo długo nie chodził do szkoły, bo zakazywał mu tego ojciec, a wkuwał na pamięć całe strony, które dyktowały mu starsze siostry. Gdy zaczął chodzić do szkoły, stał się obiektem drwin i pośmiewiskiem. Był dzieckiem, które nigdy nie miało własnego ubrania. Zawsze było ono za duże. Po ojcu nosił spodnie związywane sznurkiem. Co ciekawe, ks. Dolindo nigdy nie pisał o tym, że ojciec był brutalny dla matki. Jednak matka po kilku latach – po konsultacji ze spowiednikiem – zdecydowała się uciec z domu z dziećmi… Wyobrażam sobie, jak bardzo trudne było to dla niej życie. Zdarzały się nawet takie momenty, że ojciec na kilka dni zamykał małego Ruotolo w ciemnej komórce ze szczurami za karę, bo np. chłopiec zniszczył mu jakieś prace – jego ojciec był wykładowcą matematyki. A w komórce Ruotolo klęczał i modlił się za rodzica. Grazia Ruotolo, bratanica ks. Dolindo, z którą rozmawiałam, powiedziała wprost, że tak zachowuje się człowiek święty. W swojej autobiografii, która liczy ponad 2000 stron, ks. Dolindo nie napisał ani jednego złego słowa o ojcu. Napisał natomiast takie zdanie: Mój biedny tatuś myślał, że w ten sposób dobrze nas wychowuje. Później, gdy ks. Dolindo został już kapłanem, przyszedł do niego zmarły ojciec. Był niemal w przedsionku piekła. Błagał  o litość, modlitwę, Mszę Świętą.  Dolindo przez kilka miesięcy odprawiał więc w jego intencji Msze Święte. Kolejny ważny czas to okres seminarium. Tam też było ciężko, choć ks. Dolindo poczuł się tam dobrze. Dostał świeże ubrania i nie chodził głodny. Poza tym całe życie marzył, żeby zostać księdzem. Tam, niestety, trafił na ojca duchownego, który się nad nim znęcał. Później nastąpił okres przesłuchań przez Święte Oficjum i czas zawieszenia w czynnościach kapłańskich, który trwał prawie 20 lat. To wszystko łączyło się z gigantycznym cierpieniem. Księdza Dolindo najbardziej męczyło to, że nie mógł odprawiać Mszy Świętej i udzielać Komunii Świętej.

A dlaczego ks. Dolindo miał sprawę ze Świętym Oficjum?
Całej tej historii towarzyszyła lawina absurdów. Zaczęło się to jeszcze wówczas, kiedy ks. Dolindo kończył seminarium. Ojciec duchowny, który go prowadził, przez jakiś czas spowiadał w Katanii na Sycylii pewną kobietę. Twierdziła ona, że ma wizje Pana Jezusa, który objawia jej różne rzeczy. Kobieta pojawiała się na ulicach z małym chłopczykiem, w wieku około 6 lat, i twierdziła, że przez tego chłopczyka objawia się Duch Święty. Niejaki ks. Volpe przyprowadził tę kobietę do ks. Dolindo, prosząc go o rozeznanie. W tamtych czasach to był głośny przypadek we Włoszech. Ksiądz Dolindo od początku odczuwał, że coś tu jest nie w porządku. Mówienie o tym, że Duch Święty znajduje się w dziecku, jest herezją. W końcu ktoś doniósł do Rzymu, że tych dwóch kapłanów spowiada tę kobietę. Była ona wzywana do Rzymu, a później zostali przesłuchani obaj kapłani. To był początek wielu nieporozumień. W tamtym okresie Święte Oficjum jakby z automatu zawieszało w czynnościach kapłańskich. Sprawa ciągnęła się za ks. Dolindo przez długie lata. Wstawiali się za nim nawet kardynałowie. W czasie pierwszego procesu w Świętym Oficjum podsunięto ks. Dolindo papiery, na których miał podpisać się pod stwierdzeniem, że ta kobieta jest zła, nikczemna i nie ma dla niej miejsca w Kościele. Jednak on, działając w zgodzie z własnym sumieniem, odmówił podpisania takiego dokumentu. Przez tę kobietę działo się też dużo dobra. Czuł, że jako kapłan nie może jej potępić. To był pierwszy zgrzyt. Po kilku latach sprawa ucichła. Oczyszczono ks. Dolindo z zarzutów, przywrócono go do kapłaństwa.  Zakończył się pierwszy epizod. Gdy wrócił do Neapolu, ojcowie misjonarze, u których składał śluby, nie chcieli go już przyjąć. Trudno mi to dzisiaj wytłumaczyć i ocenić, ale był on traktowany jak odrzutek. Przesłuchiwano go, zawieszano. W końcu siłą wyrzucono go ze zgromadzenia. Wtedy przygarnął go abp Rosano na południu Włoch jako swojego sekretarza. Tam zaczęła się mistyczna część życia o. Dolindo. Gdy jako kapłan diecezjalny powrócił do Neapolu, głosił dużo kazań. Wokół niego zaczęło gromadzić się grono córek i synów duchowych. W jednej z parafii zaproponowano, czy nie mógłby prowadzić stałych katechez Słowa Bożego. Faktycznie, coraz więcej ludzi przychodziło na spotkania do kościołów, miały miejsce liczne nawrócenia, dotyczyło to nawet ateistów czy ludzi związanych z mafią. Czuło się, że przez ks. Dolindo w szczególny sposób przemawia Bóg. Co ciekawe, wielu księży zniechęconych do kapłaństwa dzięki ks. Dolindo wracało do Kościoła. W historii ks. Dolindo pojawia się kolejny „jego krzyż”. Jedna z córek duchowych zaprasza go na spotkanie wokół Słowa Bożego. Jednak ktoś zaczyna donosić do Świętego Oficjum, że ten kapłan stwarza wokół siebie aurę świętości, ma grono słuchaczy i trzeba się temu przyjrzeć. Zaczyna się lawina kolejnych przesłuchań w Świętym Oficjum, która trwa ponad rok. Po roku przesłuchań ks. Dolindo zostaje suspendowany.

Co to znaczy?
Nie może odprawiać Mszy Świętej, nie może spowiadać. Może jedynie uczestniczyć we Mszy. Z czasem uzyskuje zgodę na głoszenie kazań, bo na początku zakaz obejmował także homilie. Co ciekawe, okazało się, że to jego córki duchowe donosiły fragmenty jego notatek, powyrywane strzępy myśli. Warto odnotować, że Święte Oficjum oczyściło ks. Dolindo ze wszystkich zarzutów. Kapłan pytał w Świętym Oficjum, dlaczego w takim razie nie może odprawiać Mszy Świętej? W odpowiedzi usłyszał, że chce wprowadzać nowości w Kościele, a Święte Oficjum tego się boi.
Co to były za nowości? Wszystkie zmiany w liturgii, które potem wprowadził sobór – o czym wspomniałam. Ale ks. Dolindo naciskał też, aby wszyscy mogli przynajmniej trzy razy pod rząd przystąpić do Komunii Świętej.

W tym samym dniu?
Nie, w tygodniu. To był przełom 1906 i 1907 r. Ksiądz Dolindo czuł, że Chrystus w Eucharystii dużo działa w ludzkich duszach. Kolejna sprawa, na którą zwrócił uwagę, to możliwość odprawiania dwóch Mszy przez kapłana w ciągu dnia. Wreszcie poruszył rolę kobiet w ewangelizacji, w apostolstwie. On nawet mówił, że gdy Pan Jezus chce stworzyć jakieś dzieło na ziemi, zwykle powołuje do tego kapłana, a wokół niego zawsze gromadzą się kobiety. Albo powołuje kobietę i u jej boku zaraz stawia kapłana. To jest taka wzajemna pomoc w ewangelizacji. Jednak było to źle rozumiane – jako chęć wprowadzenia kapłaństwa kobiet. Ksiądz Dolindo wprowadził nawet termin „dziewicze kapłaństwo kobiet”. Do dzisiaj nie wszedł on do użytku w Kościele…

A o co dokładnie mu chodziło?
Ksiądz Dolindo twierdził, że roli kobiet nie można spychać w Kościele, a jego punktem wyjścia był fakt zaczerpnięty z Ewangelii, że to kobiety były pierwszymi głosicielkami zmartwychwstania Chrystusa. Trzeba pamiętać, że ks. Dolindo mówi o tym na początku XX w. Kościół nie był otwarty na angażowanie kobiet. Dzisiaj jest zupełnie inaczej, a myślenie ks. Dolindo jest w pełni realizowane w Kościele, choć wtedy budziło strach. Sam ks. Dolindo był bardzo przywiązany do ubóstwa. Ludzie – tak jak o Ojcu Pio – mówili o nim, że widzi w ludzkich duszach. Jego postać powodowała w Kościele różne reakcje, po części zrozumiałe, po części przesadnie lękowe, ale i zazdrość. Przypadek ks. Dolindo jest niemal równoległy z przypadkiem Ojca Pio. Mamy tu niezrozumienie ich apostolstwa. Poza tym obaj mieli misję pójścia do kapłanów. Gdy ks. Dolindo zostanie wyniesiony na ołtarze, mógłby zostać patronem kapłanów.

Dlaczego?
Jego apostolat skutkował powrotem do Kościoła wielu księży, dzięki niemu odżywała ich wiara. Pan Jezus w czasie lokucji wewnętrznej poprosił o. Dolindo o to, żeby złożył akt ofiarowania za świętokradztwa kapłanów dokonywane w czasie Mszy Świętej. Ksiądz Dolindo złożył przyrzeczenie, że nigdy nie będzie brał zapłaty za odprawienie Mszy, kazanie, za cokolwiek. Wszystko oddał Bogu. Potem, jeśli wpływała jakakolwiek jałmużna, to on od razu oddawał ją biednym albo Kościołowi, nigdy nie zatrzymywał pieniędzy. Pan Jezus mówił do Ojca Pio przy stygmatyzacji, że bardzo cierpi z powodu grzechów kapłanów. Ksiądz Dolindo spisywał podobne rzeczy w czasie lokucji. Na wyraźne polecenie abp. Rossano przekazał te dokumenty papieżowi. Pisma zaczęły powoli budzić reakcje. Gdy dziś papież Franciszek mówi jakieś krytyczne uwagi o kapłanach, to budzi tym kontestację. Myślę, że taki był też przypadek ks. Ruotolo. Reagowano na niego z ostracyzmem w Kościele. Tymczasem on chciał uwrażliwić kapłanów na wielki sakrament, który mają w rękach. Męka Chrystusa odbywa się na ołtarzu w czasie każdej Eucharystii. To nie jest symbol ani przedstawienie, tylko realna rzeczywistość. Ksiądz Dolindo mówił nawet, że w tym momencie wierni powinni aż wstrzymać oddech z przejęcia, bo Chrystus oddaje się na ołtarzu. Kapłan musi mieć świadomość, że w rękach ma Jego Ciało. Sposób traktowania Ciała Pańskiego przez kapłana oddziałuje na wiernych, oni to czują. Ksiądz Dolindo mówił też o sakramencie spowiedzi. Naciskał na to, aby kapłani mieli świadomość, że przez Chrystusa została im powierzona ogromna moc. To jest ważny apostolat. Dzisiaj wielu młodych księży odchodzi od kapłaństwa. Ksiądz Dolindo, który doświadczył swoistego prześladowania, może być dla nich wzorem do naśladowania. Przecież ten kapłan przez 19 lat nie odprawiał Mszy Świętej. Pokornie, w sutannie, uczestniczył codziennie we Mszy Świętej. Do Komunii szedł ostatni. Przez te 19 lat nigdy nie powiedział złego słowa o Kościele. Enzina Cervo, jedna z jego najbliższych córek duchowych, w swoich notatkach opisała scenę. Pewnego dnia, rozmawiając z ks. Dolindo, powiedziała kilka zdań krytycznych pod adresem Kościoła. Ksiądz Dolindo od razu to uciął: Pamiętaj, że mówisz o Świętym Kościele Chrystusa. Nie masz prawa o nim tak mówić. Te słowa mocno mnie uderzyły w czasie pracy nad biografią ks. Ruotolo. Ludzie przechodzą w życiu różne etapy. Czasem można się zrazić jakimś księdzem, który np. podczas spowiedzi powiedział coś, co nas zraniło. Albo doświadczyć wręcz krzywdy w Kościele. I najczęściej człowiek się buntuje, czasem nawet przestaje chodzić do Kościoła. Tymczasem ks. Dolindo doświadczał ogromu cierpień od samego Kościoła, choć równocześnie był przez niego bardzo kochany. Przez wielu kardynałów i księży był uważany za świętego. Ksiądz Dolindo zawsze kochał Kościół. Powtarzał najprostszą i najpiękniejszą definicję Kościoła: Kościół to jest Jezus. Gdy się ma tę świadomość, to chociażby przychodziły stamtąd gromy, trzeba zaufać. Zaufać Chrystusowi i kochać Go w Kościele, bo to Jego Mistyczne Ciało.

Ksiądz Dolindo sformułował też postulat wprowadzenia do liturgii języków narodowych…
Tak. To też jest postulat przedsoborowy.

Czy ks. Dolindo był przeciwnikiem łaciny?
Nie. Ale uważał, że ludzie powinni rozumieć, co dzieje się na ołtarzu. Sobór Watykański II to lata 1962-1965. Dolindo umiera w 1970 r. Wówczas był już sparaliżowany. Mszę Świętą odprawiał głównie w domu, ewentualnie w pobliskiej parafii. Dostał wtedy pozwolenie na przechowywanie Najświętszego Sakramentu w domu, miał też swój własny ołtarz. Odprawiał Mszę Świętą także w rycie trydenckim. Uważał jednak, że Ewangelia powinna docierać do ludzkich serc i świadomości, stąd postulat języków narodowych. Ksiądz Dolindo w 20. latach XX w. mówił to, o czym potem będzie wspominał papież Jan XXIII. W życiu ks. Dolindo, podobnie jak i w życiu Ojca Pio oraz wielu innych świętych, obecna była realna walka duchowa, wręcz fizyczna z diabłem… W ostatnich latach życia, kiedy ks. Dolindo kończył swoje największe dzieło, książkę o życiu Matki Bożej – zresztą Maryja odwiedzała go przez wiele lat – przyszedł do niego demon. Powiedział mu, że zrobi wszystko, żeby nie napisał tej książki, że będzie mu to utrudniał. Choć mówi się, że demon jest inteligentny, wykazał się tu jednak kompletną głupotą. Temu świętemu kapłanowi powiedział, że będzie mu przysyłał tylu ludzi, iż ten nie będzie w stanie pisać. Tymczasem ludzie, którzy stali w tych kolejkach do ks. Dolindo, wracali do Boga!

Może to było mniejsze zło?
Być może. Natomiast demon atakował ks. Dolindo także fizycznie. W swoich notatkach Enzina Cervo, która opiekowała się ks. Dolindo przez ostatnie lata życia, pisze, że ona i jej brat Umberto znajdowali czasem księdza pod łóżkiem. On był przecież w połowie sparaliżowany i ludzka siła go tam nie rzuciła. Szatan dokuczał mu na różne sposoby. Co chwilę przytrafiało mu się mnóstwo rzeczy: wypadki,  potrącenia przez autobusy czy motocykle, szczególnie kiedy szedł głosić kolejne kazanie, czasem mówił do ośmiu dziennie. Ksiądz Dolindo w pewnym momencie był już trochę zniechęcony pisaniem książki o Matce Bożej. I tę scenę też opisuje Enzina: stałam wtedy na drabinie, a ks. Dolindo mówi: Tyle osób mi odradza pisanie, nie mam już siły. Może ja się nie nadaję do pisania? Wtedy Enzina odpowiada: Matka Boża się wszystkim zajmie, Jezus się wszystkim zajmie, a ksiądz niech siada do roboty. I w tym momencie – jak opisuje Enzina – jakaś nadludzka siła zrzuca ją z drabiny, ląduje w drugiej części pokoju. Ksiądz Dolindo jeszcze tego dnia zabrał się do pracy. Ten kapłan przez całe życie był uosobieniem pokory, a Szatan jej nie znosi.

Czy ks. Dolindo mówił coś na temat walki duchowej? Czy wspominał, jak się bronić przed diabłem, jak z nim walczyć?
Powtarzał: Świat dzisiejszy zachowuje się tak, jakby diabeł nie istniał, a mimo to robi wszystko pod jego dyktando. Uwrażliwiał wiernych na to, że diabeł kryje się w naszym życiu, że wszedł w nie tak sprytnie i tak po cichu, że my już mu przytakujemy. Jedyną bronią jest spowiedź, Msza Święta, częsta Komunia Święta, adoracja Najświętszego Sakramentu. Ksiądz Dolindo bardzo na to naciskał. Sam spędzał długie godziny przed Najświętszym Sakramentem. Naprawdę godziny! Dążył do tego, aby nie było dnia bez Komunii Świętej. Płaszcz sakramentu daje wierzącemu ochronę przed Złym. Kiedy Chrystus jest w człowieku, diabeł ma mniejszy dostęp do niego.

Ksiądz Dolindo wypowiadał się też na temat Polski…
Tak. Bardzo kochał Polskę.

Dlaczego?
Wiedział, że jesteśmy wierzącym narodem, który jest wpatrzony w Matkę Bożą. Wielu imigrantów z Polski przyjeżdżało do Neapolu i mieszkało tam, a także w Rzymie. Ksiądz Dolindo znał Polaków, przychodzili na jego Msze Święte. Wyprorokował pontyfikat Jana Pawła II. Do hrabiego Witolda Laskowskiego, jednego z polskich dyplomatów, napisał list na odwrocie kartki z Matką Bożą. W wiadomości, który zaczyna się od słów „Maryja do duszy”,  podkreślił, że to z Polski przyjdzie nowy Jan, który „poza jej granicami, heroicznym wysiłkiem zerwie kajdany nałożone przez tyranię komunizmu”.  Tę kartkę z listem przechowywał abp Hnilica w Watykanie.  Nie wiem, czy Jan Paweł II ją widział. W każdym razie jest to proroctwo odnoszące się do pontyfikatu Jana Pawła II. Ksiądz Dolindo dużo modlił się też za Polskę.

Ksiądz Dolindo mówił, żeby odwiedzać jego grób. Dlaczego?
Nie tyle by odwiedzać, ale – i to jest jedno ze zdań jego testamentu, który córki duchowe umieściły na płycie nagrobnej – kiedy się już przyjdzie do jego grobu, by zapukać. Ja nawet zza grobu odpowiem ci: ufaj Bogu! To jest przesłanie, które ściśle łączy się z aktem zawierzenia „Jezu, Ty się tym zajmij”. Ksiądz Dolindo w każdej sytuacji powie: Ufaj Bogu, choćby nie wiem, co się działo. Choćby waliło się życie, trzeba ufać Bogu. Do grobu tego kapłana przychodzi codziennie mnóstwo ludzi. Pielgrzymi modlą się, pukają w grób. Niektórzy całują zdjęcia o. Dolindo, znowu pukają i odchodzą.

Pukają?
Tak. To też część neapolitańskiej kultury ludowej i tradycji.

Czy oprócz modlitwy „Jezu, Ty się tym zajmij” są jeszcze inne modlitwy tego kapłana?
Istnieje m.in. druga modlitwa, którą ks. Dolindo często czytał albo odmawiał w czasie Bożego Narodzenia. Ja bym ją nazwała drugim aktem zawierzenia. W tej modlitwie Jezus mówi: Odpocznij przy moim Sercu. To jest niezwykle czuła modlitwa, w której Chrystus odwołuje się do swoich narodzin, swojej kołyski. To są słowa Pana do każdego z nas. Sens jest mniej więcej taki: cokolwiek się w życiu dzieje, jakkolwiek jesteś nerwowy i wzburzasz się, odpocznij, przylgnij, przytul się do Mnie, odpocznij przy Mym Sercu. Ja cię poprowadzę, ukołyszę cię, ukojenie zaznasz w Moich ramionach. Oprócz tego  ks. Dolindo zostawił m.in. piękne rozważania różańcowe – tzw. różaniec zawierzenia – czy rozważania Drogi Krzyżowej. Ubolewam, że one nie wyszły poza Neapol i Włochy.

Czy jest jeszcze jakiś aspekt, który można by poruszyć?
Ksiądz Dolindo był niezwykle błyskotliwy w teologii, filozofii. Już w seminarium zaczął pisać przepiękne traktaty, kazania, które na prośbę arcybiskupa głosił w całym Neapolu. Proszono go o wygłaszanie rekolekcji w seminariach. W dwóch seminariach był też ojcem duchownym, bo miał moc przepowiadania Słowa Bożego. Napisał 33 tomy komentarzy do Pisma Świętego, a każdy tom ma około 2000 stron. Moim zdaniem to jest niemal doktor Kościoła. A do tego pozostawił przepiękną historię życia Jezusa, która stanowi komentarz do Ewangelii. I traktat dla kapłanów, który ma prawie 500 stron, a ponadto książka o Duchu Świętym. To wielki apostolat pisania, głoszenia Słowa Bożego przez tekst. Trzeba dodać, że książki ks. Dolindo, które miały imprimatur władzy kościelnej, rozchodziły się szybko, były używane nawet przez kardynałów piszących do tego prostego kapłana gratulacje i podziękowania, twierdząc, że po lekturze tych książek sami czuli dotyk miłości Boga. Ale te wszystkie pisma ks. Dolindo trafiły kiedyś na indeks ksiąg zakazanych. Znajdowały się za… książkami pornograficznymi. Kardynał Ascalezi, ówczesny arcybiskup Neapolu, powiedział, że wszystkie diabły z piekła uwzięły się na to, żeby utrudnić ten apostolat, aby skomplikować duszom ludzkim dostęp do Boga.

Święte Oficjum dopatrzyło  się jakichś herezji?
Nie. Ksiądz Dolindo miał kilku zatwardziałych wrogów, m.in. o. Vaccarię z Papieskiego Instytutu Biblijnego, przyjaciela o. Gemellego, który tak zaciekle walczył z o. Pio. Obaj zarzucali ks. Ruotolo np. zbytnią prostotę w wyjaśnianiu Ewangelii. Ale nigdy nie dostał korekty. Prosił o nią. Zadeklarował absolutne posłuszeństwo i że naniesie stosowne poprawki, nawet najmniejszy przecinek. Nigdy nie dostał żadnej odpowiedzi. Nie doczekał przywrócenia jego pism do druku, mimo że papież Paweł VI ogłosił zniesienie Indeksu Ksiąg Zakazanych. Dopiero kilka lat po śmierci nowe wydania komentarzy do Pisma Świętego ujrzały światło dzienne.

Miesięcznik Egzorcysta, lipiec 2017

 

***

Dolindo2Kiedy do ojca Pio przychodziły tłumy, mówił: – Idźcie lepiej do ks. Dolindo!
Ten kapłan z Neapolu, mistyk, zostawił modlitwę, którą podyktował mu sam Jezus. Modlitwę o efekcie piorunującym.

Kiedy widzisz, że sprawy się komplikują, powiedz z zamkniętymi oczami w duszy: „Jezu, Ty się tym zajmij!”. Czyń tak za każdym razem! Czyńcie tak wszyscy, a ujrzycie wielkie, nieustające i ciche cuda! Daję wam słowo, na moją miłość 
– Jezus podyktował te słowa ojcu Dolindo Ruotolo w latach 40. XX wieku. Neapolitański tercjarz franciszkański, dziś sługa Boży, spisał w 33 tomach swoje duchowe przeżycia mistyczne, wskazówki dla kapłanów oraz to, co dyktował mu Jezus. Jego teksty są szczere, kipią pokorą i są trafną diagnozą kondycji dzisiejszego człowieka, są niczym kadr z często niełatwego życia kapłana.

Trwa proces beatyfikacyjny Neapolitańczyka. To do niego św. o. Pio kierował ludzi. „Idźcie do ojca Dolindo!” – odsyłał pielgrzymów kapucyn.
 A o. Dolindo wręczał im „Akt całkowitego oddania Jezusowi”. „Nie kombinuj nic, tylko módl się tak, jak Jezus prosi” – dodawał. 


Mamo, będę księdzem

Wszyscy w Neapolu znają adres przy via S. Chiara pod numerem 24. Dolindo Ruotolo przychodzi tu na świat 6 października 1882 r. Jest piątym z jedenaściorga rodzeństwa. W domu panuje skrajna nędza. „Tata nie pozwalał kupić nam zimowych ubrań. Bał się, że nie starczy na żywność” 
– wspomina włoski kapłan w swojej autobiografii zatytułowanej „Dolindo znaczy cierpienie”. „By przeżyć, zrywałem zioła, wygrzebywałem resztki z popiołu: łodygi kopru, rzodkwi, bazylii i robiłem z tego… sałatkę”. Kiedy pod dom podjeżdża dostawca chleba, dzieci wskakują na kosze, by pozbierać okruchy. Biegają boso, bo nie ma na buty. 
Ojca Dolindo wspomina: „Bił nas strasznie, za byle co”. Na zgrzyt klucza w zamku z rodzeństwem uciekają. „Chowałem się do skrzyni pod łóżkiem”. Ale dodaje: „Biedny tata wierzył, że biciem i surowością dobrze nas wychowa. Ale nie żywię do niego złych uczuć. Odprawiam msze za jego duszę”. Dolindo lubi zajmować się młodszą siostrą. „Jej kołyska stała pod obrazem św. Alfonsa z Liguori. Nie wiem czemu, ale patrząc na niego, myślałem o konającym Jezusie”. 
Surowa postawa ojca jednak odbija się na dziecku, zabija jego dziecięcą niewinność. Jako nastolatek Dolindo przechodzi „czas ciemni”, pierwszą Komunię przyjmuje obojętnie. „Byłem małym troglodytą, nie dzieckiem. Nie odczuwałem nic, żadnych mistycznych doświadczeń, żadnego kontaktu z Bogiem. Popadałem w coraz śmielszy grzech. O Jezu, wybacz mi!” – pisze po latach. Ale notuje również: „Myślałem, że Bóg jest też surowy, jak tata. Czemu nikt nie opowiedział mi o Jezusie?”. 
Dolindo jednak jest jakby naznaczony przez Boga, i to już
w 11. miesiącu życia. Odczuwa wtedy silne ukłucia i na grzbiecie dłoni pojawiają się czerwone ślady (znikną na jakiś czas, by pojawić się w wieku dojrzałym). Rodzice alarmują lekarzy. „Przyjechał dr Fabiani, żeby mnie zbadać i wykonać zabieg. (…) Babcia trzymała mnie za rękę. Strasznie płakałem, a mój brat Elio chciał rzucić się na lekarza, żeby przestał”. Dziecko szybko przechodzi kolejną operację, ma guza na policzku. Każdy zabieg jest bolesny, nie ma jeszcze wtedy takich środków przeciwbólowych. Cierpienia fizyczne z okresu niemowlęcego są niczym zapowiedź późniejszych wydarzeń. 
Od urodzenia chłopczyk ma niezwykły dar obcowania z Bogiem. „Choć byłem żywym dzieckiem, lubiłem samotność. Kiedy promienie słońca wpadały do pokoju, czułem, jak wypełniała mnie radość, jakby dotykał mnie Bóg. Nie umiałem jeszcze wtedy się modlić, ale pamiętam, że spływał na mnie wielki pokój”. 
Neapolitańczyk pisze też: „Mama opowiadała mi, że kiedy miałem dwa lub trzy latka, a ona wracała ze mszy, czekałem na nią w drzwiach. Wspinałem się na paluszki, żeby ją ucałować w usta i poczuć Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie”. I dodaje, że kiedy mama robiła poranną kawę – a wstawała codziennie o czwartej – modliła się. Dolindo przybiegał wtedy do kuchni i powtarzał za mamą modlitwę. „Raz wspiąłem się na paluszkach na kolana mamy. Musiałem mieć trzy, cztery latka i oświadczyłem: zostanę księdzem!”.


– Dolindo, lampa!

W 1895 r. rodzice Dolinda rozstają się. Ma wtedy 13 lat. „Najboleśniejszy dzień w moim życiu” – pisze. Mama, po konsultacji ze spowiednikiem, zapisuje dwóch najstarszych synów do szkoły dla przyszłych misjonarzy (Scuola Apostolica dei Preti della Missione). „Mój brat cierpiał z tego powodu, a ja przyjąłem to obojętnie. Szybko nastrój ładu, porządek, jaki tam panował, zasiały pokój w moim sercu. Na korytarzu stała figura św. Józefa. Zatrzymywałem się przy nim i wtedy czułem radość i pokój, jak wówczas, kiedy byłem małym chłopcem, w promieniach słońca” – pisze Dolindo.
Przełom w życiu Dolinda nastąpi w czasie modlitwy. „Odmawialiśmy z kolegami Różaniec. Nagle zauważyłem obrazek Matki Bożej oparty o książkę. I mówię: »Jeśli chcesz, bym został kapłanem, zrób coś, daj mi mądrość, bo widzisz, że jestem kretynem«”. I nagle podmuch wiatru z okna podrywa obrazek, tak że wizerunek Maryi ląduje na czole Dolinda. „Poczułem, jakbym się wybudził z uśpienia” – notuje. Neapolitańczyk jednak przeżyje sporo upokorzeń ze strony nauczycieli i trudny czas w szkole misjonarskiej. Między innymi doświadczy surowej kary ze strony spowiednika za to, że w konfesjonale wyznaje za mało grzechów. „Każdą zniewagę oddawałem Jezusowi. Całkowicie oddawałem Mu wszystko” – pisze ks. Dolindo.
Rok 1898 to czas nawrócenia. „Powierzono mi opiekę nad lampką przy tabernakulum. Gasła często z powodu niskiej jakości oleju. Poprosiłem Anioła Stróża, by mnie budził w nocy, kiedy będzie gasła. I o różnych porach czułem, jak jakaś ręka mnie dotyka i szepce: »Dolindo… lampa!«. Zawsze zdążyłem na minutę przed wypaleniem się światła”. 
Po święceniach nowicjatu Dolindo chce wyjechać na misje do Chin. Przełożony jednak odmawia: „Ty zostaniesz męczennikiem serca. Musisz tu czekać”. Proroctwo, które szybko się spełni. W 1902 r. umiera ojciec Dolinda. Przed odejściem powie: „Nie wiem, czemu traktowałem Cię synu najsurowiej. Może Pan pozwalał na to, bo chciał, byś był najlepszym z moich dzieci. Wybacz mi synu, kochałem Cię bardzo”. Młody kleryk zapisuje to w pamiętniku. I notuje uwagi ojca: Dolindo, nigdy nikogo nie osądzaj, nie szemraj przeciw innym, nawet jeśli będą robić ci krzywdę. 
„Tata umierał w poczuciu winy i w cierpieniu z powodu rozpadu naszej rodziny” – komentuje neapolitańczyk. Dolindo jest po śmierci ojca nerwowy i zgorzkniały. „Gdyby nie radykalna nagana przełożonych, nie wiem, co by było” – pisze. „Serce człowieka jest tajemnicą. Często przechodzi kryzysy radykalne. Potrzeba znaleźć wtedy siłę, która je podniesie. Wystarczy jedna rysa, rana na czas nieuleczona, a człowiek staje się jej ofiarą, co niszczy jego duszę, prowadzi ją do śmierci”.
Dolindo potrzebuje dyspensy Watykanu na święcenia. Jest za młody. Na wyczekanej Mszy prymicyjnej nie ma ani ojca, ani mamy Dolinda. Razem z rodzeństwem nie dojechała z powodu wypadku powozu. Wpada do kościoła na samą Komunię. „Teraz to nie ona dała mi poczuć zapach Jezusa, a ja mogłem dać jej Go moimi dłońmi” – notuje Dolindo, nawiązując do scen z wczesnego dzieciństwa.


Jezus dyktuje

Przełożeni kierują Dolinda od razu do pracy z młodymi seminarzystami. Trafia najpierw do Lecce, potem do Taranto, gdzie jest kierownikiem duchowym. Jako kapłan prosi coraz częściej Jezusa: ześlij na mnie krzyż. „Nigdy nie czułem się mistykiem. Ale kiedy modląc się, tak siadałem w kaplicy, czułem, jak zanurzam się w Bogu. Cały. Tak, że nie czułem własnego ciała”.
Ks. Ruotolo jest przenoszony z seminarium do seminarium, niemal w całych Włoszech. Wszędzie słyszy od biskupów miejsca: „Zreformował mi ksiądz seminarium, ożywił, dzieją się cuda!”. „Ja tylko oddawałem wszystko Jezusowi” – zapisze ks. Dolindo. Spowiada się u niego coraz więcej ludzi. Ale pewnego dnia pojawia się Serafina G. z Katanii. Kobieta twierdzi, że ma widzenia, przepowiada m.in. obie wojny światowe, czy ustawę o laickości we Francji. Nie wiadomo, czy to z jej intuicji, czy samego ks. Ruotolo, w jego zapiskach znalazła się notatka o „Janie, który przyjdzie z Polski i uratuje Europę przed komunizmem”. Kobieta twierdzi też, że ma wizję Ducha Świętego. Sprawa dostaje się do prasy. Ks. Ruotolo jest przerażony, pyta w modlitwie, czy wizje te są diaboliczne. Serafinę badają lekarze. Stwierdzają dobry stan psychiczny Sycylijki. Ks. Ruotolo, ufając jej przekazom, jest kilkakrotnie wzywany przed Święte Oficjum. W Rzymie przeżywa kolejny kryzys wiary w życiu. Chce nawet rzucić sutannę. Walczy, ale modli się krótko: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Ks. Ruotolo twierdzi, że to słowa, jakie w duszy, w ciszy, przed Najświętszym Sakramentem dyktuje mu sam Jezus.

W jaki sposób Chrystus nawiedza tego kapłana – nie wiadomo. Po bolesnych doświadczeniach ze Świętym Oficjum ks. Dolindo nie dzieli się tym z nikim. W jego autobiografii pojawia się nagle taka nota: „Oto słowa dla ludzkości, słowa, które prosił przekazać mi Jezus. Były mi pomocą w każdym cierpieniu”. Ks. Ruotolo nie przypuszcza, że po pół wieku obiegną świat, a w dobie internetu będą linkowane przez setki tysięcy fanów na Facebooku. Brzmią jak przekazana przez św. Faustynę modlitwa: „Jezu, ufam Tobie”. Świadectwa ich – jak piszą internauci – „piorunującego działania” można liczyć już w milionach. Przytoczę je tu w obszernym fragmencie, bez komentarza. Kiedy ks. Ruotolo trafi na ołtarze, zapewne i ta modlitwa zostanie wpisana na listę najważniejszych. Jezus mówi:

„Z jakiegoż to powodu wzburzony ulegasz zamętowi? Oddaj Mi swoje sprawy, a wszystko się ułoży i uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, każdy akt prawdziwego oddania i zawierzenia mi przyniesie owoc i rozwiąże napięte sytuacje. Całkowicie zdać się na Mnie oznacza nie zadręczać się i nie wzburzać, nie popadać w desperację, nie napinać się nerwowo, prosząc Mnie, bym idąc waszym zamysłem, przemienił wzburzenie w modlitwę. Całkowicie zdać się na Mnie znaczy zamknąć ze spokojem oczy duszy, odwrócić niespokojną myśl i zamęt i zdać się tylko na Mnie, modląc się słowami: »Ty się tym zajmij«”.

„(…) Zamknij oczy i pozwól Mi działać, zamknij oczy i pomyśl o teraźniejszości, odwróć wzrok od przyszłości jak od pokusy; odpocznij we Mnie, ufając w Moją dobroć, a zapewniam cię na Moją miłość, że kiedy zwrócisz się do mnie słowami: »Ty się tym zajmij«, oddam się tej sprawie całkowicie, pocieszę cię, wyzwolę i poprowadzę. I kiedy będę musiał poprowadzić cię inną drogą niż tą, którą zaplanowałeś, będę ci przewodnikiem, wezmę na ramiona, przeprowadzę cię, niosąc jak matka niemowlę na rękach, na drugi brzeg. To twój racjonalizm, tok rozumowania, zamartwianie się i chęć, by za wszelką cenę zająć się tym, co cię trapi, wprowadza zamęt i jest powodem trudnego do zniesienia bólu. Ileż to mogę zdziałać, czy mając na względzie potrzeby duchowe, czy też materialne, kiedy dusza zwróci się do mnie słowami: »Ty się tym zajmij«, kiedy zamknie oczy i się uspokoi.

Otrzymujecie niewiele łask, kiedy się zamartwiacie. Wiele zaś łask spada na was, jeśli tylko modlitwa wasza staje się pełnym zawierzeniem i oddaniem się Mi. W bólu i cierpieniu prosisz, bym działał, ale tak jak ty tego chcesz… Nie zwracasz się do Mnie, a chcesz jedynie, bym się dopasował do twoich potrzeb i zamysłów. Nie jesteś chory, skoro prosząc lekarza o pomoc, sugerujesz mu leczenie.

Módlcie się tak, jak was nauczyłem: »święć się imię Twoje«, czyli bądź pochwalony, uwielbiony w mojej potrzebie. »Przyjdź królestwo Twoje«, czyli niech wszystko, co się dzieje, przyczynia się do stwarzania Twojego królestwa w nas i na świecie. »Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi«, czyli to Ty wejdź i działaj w tej mojej potrzebie, (…) Jeśli powiesz mi naprawdę: »bądź wola Twoja«, czyli jakbyś mówił: »Ty się tym zajmij«, wkroczę z całą moją mocą i rozwiążę najtrudniejsze sytuacje. (…)

Powiadam ci, że się tym zajmę i podejmę działania jak lekarz. Uczynię nawet cud, jeśli będzie to potrzebne. Masz wrażenie, że sytuacja się pogarsza? Nie burz się; zamknij oczy i mów: »Ty się zajmij«. Powtarzam ci, że się tym zajmę, że nie ma potężniejszego lekarstwa niż moje działanie z miłości”.

Gość Niedzielny 48/2014
Joanna Bątkiewicz-Brożek


***

O. Dolindo Ruotolo. Życie i cuda. Jezu, Ty się tym zajmij!

Dolindo

Pierwsza biografia autora potężnej modlitwy „Jezu, Ty się tym zajmij”

Mistyk. Posiadał przedziwny wgląd w duszę człowieka – napisał ponad 220 tysięcy imaginette, obrazków z proroczym słowem skierowanym do konkretnej osoby. Niezwykle ceniony przez o. Pio, który często odsyłał do niego penitentów. Kapłan heroicznie wierny Kościołowi, mimo że szczególnie doświadczany: z powodu oskarżeń nieprzychylnych mu osób, wielokrotnie stawiany przez Świętym Oficjum, oskarżany o herezję, z wieloletnim zakazem odprawiania Mszy Świętej i głoszenia homilii. Jest Sługą Bożym. Trwa jego proces beatyfikacyjny.

KIM JEST O. DOLINDO RUOTOLO, KAPŁAN, KTÓREMU JEZUS PODYKTOWAŁ JEDNĄ Z NAJSKUTECZNIEJSZYCH CHRZEŚCIJAŃSKICH MODLITW?

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki. Jej lektura bardzo mocno mnie poruszyła i zapewne poruszy każdego, kto po nią sięgnie. Rozpala serce miłością ku Bogu i do poświęcenia Jemu wszystkiego, bez wyjątku.
Z serca każdemu polecam!
O. JÓZEF WITKO OFM

Z wielką radością przyjąłem wiadomość o tym, że powstała ta książka. Z jeszcze większą radością ją przeczytałem. I od razu pragnę przestrzec Czytelnika: autorka to złodziejka. Skradnie wam każdą wolną chwilę. Dlaczego? Bo od świadectw o neapolitańskim kapłanie trudno się oderwać. A po przeczytaniu zostaje dojmujące łaknienie poznawania księdza Ruotolo więcej i więcej…
KS. PROF. ROBERT SKRZYPCZAK

JOANNA BĄTKIEWICZ-BROŻEK – dziennikarka, publicystka, tłumaczka, współautorka książki Mam odwagę mówić o cudzie (wspólnie z prof. Januszem Skalskim). Obecnie współpracuje z portalami Vatican Insider oraz Aleteia.

 

***

W twej duszy jest niebo. Konferencje i świadectwa – ks. Dolindo Ruotolo

ks. Dolindo

„Ksiądz Dolindo przyciąga uwagę, bo to święty na czas kryzysu.”
ks. prof. Robert Skrzypczak

Przeczytaj świadectwo duchowej córki ks. Dolindo Ruotolo i jego wyjątkowe katechezy
Niezwykłe świadectwo Enziny Cervo, najbliższej duchowej córki ks. Dolindo, do niedawna było zamknięte w archiwach rodzinnych i w aktach postulatora procesu beatyfikacyjnego. Tymczasem historia ks. Dolindo wywołuje kolejne pytania. Jak widzieli go najbliżsi? Jak się modlił? Jakie cuda wypraszał za życia i po śmierci? W kościołach Neapolu wytrwale głosił do ośmiu kazań dziennie – co mówił podczas nich?
Odpowiedz na nie zawiera ta bezcenna relacja świadka życia i śmierci autora potężnej modlitwy Jezu, Ty się tym zajmij! oraz cykl jego niepublikowanych w Polsce katechez o potędze Bożej miłości.

Ks. prof. Robert Skrzypczak – wykłada teologię dogmatyczną na Papieskim Wydziale Teologicznym i w seminarium duchownym w Warszawie. Stale współpracuje z redakcją „Gościa Niedzielnego”.

 

***

On urodził się świętym. Święty Antoni, Franciszek czy Augustyn – oni wszyscy najpierw wiedli ziemskie, czasem wręcz upojne życie, a potem nawracali się i stawali się świętymi. A ks. Dolindo świętym się urodził.

Które dziecko w wieku dwóch lat czuje Jezusa żywego na ustach mamy, zapach Jezusa na jej płaszczu, kiedy wraca ze Mszy? A Dolindo to czuł. Które dziecko, bite do krwi, z otwartymi ranami po operacji, któremu ojciec wykręca ręce, a potem zamyka je w komórce z węglem i szczurami, w bezgranicznym strachu modli się za tego samego tatę i wychwala Boga? Kto wystrugałby potem własnymi rączkami  krzyż i całował go z miłości do Męki Chrystusa? Powtarzam to wszędzie: urodził się świętym. Który kapłan odsunięty na dwadzieścia lat od odprawiania Mszy i od spowiedzi nie tylko zostanie w Kościele, ale i będzie go kochał? I nie pozwoli powiedzieć o Kościele złego słowa? Heros pokory! Kto przed tymi, którzy obrzucają go oszczerstwami, klęka i błogosławi im? Święty.

Grazia Ruotolo
 
najbliższa żyjąca krewna Sługi Bożego
ks. Dolindo Ruotolo, styczeń 2015 roku