lukasz@sieradz-praga.pl
tel. 696-458-972

Ks. Henryk Wieczorek – „Okruchy życia”

Sieradz, 16 września 2017

Poniżej zamieszczone wspomnienie ks. H. Wieczorka, kapelana ss. urszulanek w Sieradzu – Monicach zostało spisane w lutym 2008 r. przez Mieczysława Sęsołę. Posłużyło ono Adamowi Sznajderskiemu do napisania biografii księdza zamieszczonej w książce Niezwykli, t. IV, Tuchów 2010, s. 202-208.

Józef Szubzda

***

DSC_0169Urodziłem się 22 IV 1915 r. Ojciec mój Jan był podoficerem wojsk pruskich. Jego zadaniem było kupowanie koni dla wojska. Mama, Leokadia z domu Pawlicka była krawcową w salonie mody w Berlinie. Brat i dwie siostry ojca mieszkali w Poznaniu. Była to rodzina patrio­tyczna, zaangażowana w odrodzenie Polski i w powstanie wielkopolskie. Do ścisłego kierownictwa ruchu narodowo-wyzwoleńczego należał mąż siostry ojca, Heleny — doktor prawa, adwokat, notariusz Feliks Koszut­ski. Ojciec w tym czasie kursował pomiędzy Poznaniem, Wieruszowem, a Berlinem. Był często wykorzystywany przez organizację niepodległo­ściową do przewożenia wiadomości do Berlina.

W Berlinie razem z matką mieszkałem rok. Potem rodzice prze­nieśli się do Pleszewa, gdzie mieszkaliśmy do końca I wojny światowej. Rodzice moi posiadali duże gospodarstwo rolne w miejscowości Piąt­kowo pod Poznaniem. Często jeździłem do Poznania do babci Józefy — matki mego ojca, która mieszkała u swojej córki Marty Koenig. Ciocia Marta wraz ze swym mężem Paulem (był Niemcem) byli właścicielami restauracji i Hotelu Mijljus k. Placu Wolności. Krótko po wojnie mąż ciotki Heleny – Feliks Koszutski, wielki człowiek i patriota, kupił Hotel Saski przy ul. Wrocławskiej. Pojechali z ciotką do Zakopanego, gdzie zachorował na grypę i zmarł. Po jego śmierci rodzina postanowiła, że zamieszkam u ciotki. Byłem najstarszym z rodzeństwa. Ciotka Helena była wykształconą, zamożną kobietą. Mieszkaliśmy przy ul. Św. Marci­na. Poszedłem do prywatnej szkoły Księdza Piotrowskiego przy ul. Gło­gowskiej. Od tej pory o moim wykształceniu decydowała ciotka Helena, ponosiła koszty mojej nauki i utrzymania. Oprócz majątku, jaki pozo­stawił jej mąż, administrowała Hotelem Saskim. W szkole nauka szła mi ciężko. Po trzech latach nauki zdałem wymagany egzamin do gimna­zjum. Było to Gimnazjum Marii Magdaleny przy Placu Bernardyńskim, z językiem francuskim i łaciną. Do rodziców jeździłem na święta i waka­cje. Po dwóch latach nauki przeniosłem się do gimnazjum humanistycz­nego im. Jana Kantego przy ul. Strzeleckiej. Oprócz języków uczono tam matematyki, chemii, fizyki. Dyrektorem szkoły był Czech -Vit Opatrny, wielki pedagog poznański. Uważano w szkole, że w przyszłości będę nauczycielem wychowania fizycznego i gimnastyki. Nie zaprzeczałem. Pamiętam także bardzo dobrze profesora od rysunku. Nazywał się Jan Mroziński. Był poznańskim malarzem. Od niego nauczyłem się sztuki malowania obrazów i robiłem to z wielką przyjemnością i pasją aż do niedawna. Nauczyłem się grać na organach kościelnych, poznałem ich budowę i zasady działania. Po latach zostałem rzeczoznawcą tego in­strumentu. Lata spędzone w gimnazjum wspominam z wielkim wzru­szeniem. Byliśmy wszyscy świadomi wywalczonej wolności i odzyskanej niepodległości. Kochaliśmy naszą Ojczyznę – Polskę. Modliliśmy się za powstańców wielkopolskich. Pamiętam powszechną radość tamtych dni. Należałem do harcerstwa oraz do szkolnego chóru. Nikt – poza ciot­ką Heleną – nie znał prawdziwych moich pragnień i marzeń zostania w przyszłości księdzem. Zaskoczeni byli także moi rodzice i nie wyrazili wymaganej zgody na moje studia teologiczne. Zgłosiłem się pomimo to do seminarium duchownego w Gnieźnie. Rozmawiałem z ks. rekto­rem Michałem Kozalem. Jednak z powodu braku zgody rodziców rektor odmówił przyjęcia. Radził mi, abym wstąpił do zakonu. Prosiłem po­nownie ojca, na kolanach, aby wyraził zgodę na moje studia teologiczne i uzyskałem jego błogosławieństwo. Wtedy napisałem list do Semina­rium Duchownego we Włocławku i lojalnie poinformowałem, że nie przyjęto mnie do seminarium w Gnieźnie, a ja bardzo chcę być księ­dzem. Po jakimś czasie dostałem odpowiedź: Pan Henryk Wieczorek jest przyjęty do Seminarium Duchownego we Włocławku.

Od pierwszego roku nauki wszystkie zajęcia i egzaminy odbywały się po łacinie. W języku polskim odbywały się wykłady z historii i filozofii. Moja łacina była prawie na zerowym poziomie. Dzięki ks. prof. Gruchalskiemu, który prowadził zajęcia z rozmówek łacińskich, polubiłem łacinę. Ciotce Helenie zawdzięczam biegłe opanowanie mowy polskiej, a ks. Gruchalskiemu dobrą znajomość łaciny. Pozostał mi jeszcze rok nauki, kiedy we wrześniu 1939 r. wybuchła wojna. Przydała się znajomość języka niemieckiego. Niemcy najbardziej zainteresowali się naszymi zbiorami książek. Był to cenny i ogromy zbiór. We Włocławku groma­dzono książki ze wszystkich kasowanych zakonów w czasach zaborów. Były tam książki w języku greckim, angielskim, francuskim, rosyjskim, łacińskim, polskim i niemieckim. Usłyszałem jak Niemcy mówią mię­dzy sobą, że zrobimy trochę ognia. Włączyłem się do tej rozmowy i za­cząłem im wmawiać, że tu jest bardzo dużo książek w języku niemiec­kim i nie mogą tego spalić. Najprawdopodobniej to uratowało bibliotekę, którą Niemcy później wywieźli do Poznania i złożyli w podziemiach ko­ścioła Św. Michała, gdzie dotrwała do dnia wyzwolenia. Na polecenie okupanta przerwano zajęcia w seminarium. Klerycy zaczęli rozjeżdżać się do domów. Otrzymałem pozwolenie wyjazdu do Poznania. Porusza­łem się po Poznaniu i rodzinnym Chludowie w sutannie, ponieważ taki był początkowo nakaz władz kościelnych. W Chludowie dostałem kart­kę od mojego kolegi z seminarium włocławskiego z dopiskiem Lecte Scriptum, że całe seminarium Włocławskie wraz z profesorami i Bisku­pem Kozalem zostało uwięzione. Budynki seminarium przerobiono na szpital wojskowy. Później taki sam los spotkał seminarium w Gnieźnie. W domu pomagałem ojcu w prowadzeniu gospodarstwa. Kiedyś po przyjściu do domu zastałem Niemca, który okazał się nowym właścicie­lem gospodarstwa rodziców! Ojciec został skierowany do pracy. W styczniu 1940r. ojcowie werbiści kazali mi zdjąć sutannę, abym nie drażnił Niemców. Posłuchałem. Za kilka dni widziałem, jak samocho­dami transportowymi wywożą wszystkich poznańskich księży do wię­zienia. Trafili do obozu koncentracyjnego Dachau, podobnie jak całe seminarium w Gnieźnie i Włocławku. Znów udało mi się uniknąć wy­wózki – los tak chciał. Udawałem parobka i pracowałem w gospodar­stwie Niemca. Byłem przekonany, że mi nic nie grozi, że jestem nowemu właścicielowi potrzebny. Było jednak inaczej. On chciał się pozbyć syna dawnego właściciela i zgłosił władzom, że jestem mu niepotrzebny. Do­stałem nakaz wyjazdu na roboty pod dzisiejsze Choszczno. Z Chudowa zabrano wtedy trzydziestu Polaków. Trafiłem do dużego gospodarstwa rolnego. Po moim wyjeździe na roboty ciotkę Helenę wysiedlono do Krakowa. To ona rozpoczęła starania o moje zwolnienie z robót, abym mógł dalej studiować. Nawiązała kontakt z Duszpasterstwem dla Emigracji i wraz z ojcem Ignacym Posadżym doprowadzili do przeniesienia mnie do Krakowa. W kwietniu 1942 pojechałem do Krakowa i ukryłem się w klasztorze Franciszkanów. Powierzono mi funkcję odmawiania brewiarza u biskupa Godlewskiego. Biskup, wtedy już staruszek, był dla mnie bardzo życzliwy. Ocalał przed zagładą profesorów uczelni krakow­skich, ponieważ spóźnił się na spotkanie inauguracyjne. Niemcy nie wpuścili go do auli UJ, mimo że się głośno dobijał. Końcowy egzamin diecezjalny przed święceniami zdałem w Krakowie. Będąc w klasztorze zostałem zaprzysiężony jako żołnierz Armii Krajowej. Pierwsze msze odprawiałem w Krakowie. Nowo wyświęconych księży kierowano na wschodnie tereny przedwojennej Polski. Taki los spotkał także mnie. W ten sposób trafiłem do Ujkowic koło Przemyśla, jako wikariusz. Lud­ność była polsko-ukraińska. Podczas przejazdu pociągiem z Krakowa do Przemyśla skradziono mi wszystkie dokumenty. AK-owcy w Ujkowicach wyrobili mi fałszywe dokumenty na moje prawdziwe nazwisko, którymi posługiwałem się do końca wojny. W Ujkowicach po raz pierw­szy uczyłem dzieci religii w szkole. Dojeżdżałem także do szkoły w Orzechowcach. Parafia posiadała śliczny drewniany kościół, drewnia­ną plebanię i murowaną podpiwniczoną wikariatkę, w której zamieszka­łem. Nawała frontowa zastała mnie w kościele podczas odprawiania mszy. Wierni oraz ministranci uciekli w popłochu. Ziemia drżała od wybuchu pocisków i bomb. Kościół się trząsł. Pozostałem sam. Nie prze­rwałem mszy. Nie powiem, że się nie bałem. Kiedy skończyłem mszę i wyszedłem z kościoła, zobaczyłem uciekających Niemców. Kościół ocalał z pożogi wojennej, lecz w następnych latach spalili go Ukraińcy. Pod Przemyślem byłem do stycznia 1945 r. W kwietniu tego roku prze­niosłem się do Włocławka. Czekano na mnie już od lutego. Gdy się zjawiłem, dostałem reprymendę za spóźnienie od ks. Borowskiego: To jest ksiądz – pracujemy od lutego – a on się zjawia w kwietniu. Zostałem wikariuszem w Uniejowie nad Wartą. Kościół w Uniejowie był zbom­bardowany, a msze odprawiano w budynku gospodarczym przy zamku. Tam uczyłem dzieci religii, często pod gołym niebem, a jak padało, wchodziliśmy do pomieszczenia w zamku. Równocześnie byłem admi­nistratorem Spicymierza. Pamiętam tę uroczą wieś. Tam już od 300 lat, w dniu Bożego Ciała mieszkańcy układają dywany kwiatowe na drodze procesji. Msze odprawiałem w świetlicy wiejskiej. Uczyłem dzieci religii. Mieszkałem w prowizorycznym baraku przy zamku w Uniejowie. Na plebanii mieszkały wysiedlone rodziny niemieckie, które czekały na wy­jazd z Polski. Nie pozwoliłem ich z plebani wyrzucić, bo nie chciałem by byli bezdomnymi. W Uniejowie byłem kilka miesięcy.

Na Wszystkich Świętych w 1945 r. zostałem przeniesiony do kościoła pod wezwaniem Św. Jana we Włocławku. Proboszczem był ksiądz Antoni Borowski. Byłem tam około dwóch łat. Z czasem stałem się rzeczoznawcą organów z ramienia Kurii Włocławskiej i dokonywałem odbiorów technicznych nowych lub remontowanych organów. Przez jakiś czas byłem wykładowcą z zakresu działania i budowy organów w seminarium we Włocławku. Po dwóch latach pobytu we Włocławku doczekałem się własnej parafii w Michelinie pod Włocławkiem. Byłem tam rok. Stamtąd poszedłem do Sędzina koło Inowrocławia, na administratora parafii. Tam się zajmowałem oprócz duszpasterstwa pszczelarstwem, tkactwem i dużo malowałem. Okoliczni ludzie przychodzili do mnie po porady sadownicze i lekar­skie. Dla młodzieży zorganizowałem w stodole salę gimnastyczną z przyrządami gimnastycznymi. Jeździłem na rowerze do okolicznych szkół na religię. Młodzież skupiała się wokół kościoła. Aby odciągnąć młodzież od kościoła, władze partyjne zdecydowały o budowie sali gim­nastycznej przy miejscowej szkole. Kiedy naszą parafię odwiedził biskup, miejscowa ludność zorganizowała mu tradycyjne przyjęcie z ustrojony­mi drogami, bramami i orszakiem konnym. Było dużo kwiatów, chorą­giewek biało-czerwonych oraz stroje ludowe. Po wizycie biskupa zosta­łem ukarany grzywną w wysokości trzystu złotych za zorganizowanie banderii konnej. O tej sprawie powiadomiłem wiernych z ambony. To wywołało zastrzeżenie do mojej osoby. Kiedy kupiłem zapas nafty do oświetlenia kościoła, zjawiła się komisja z zarzutami, że wykupiłem naf­tę przydzieloną do sprzedaży dla całej gminy. Zażądano zwrotu. Nie od­dałem. Kiedyś przyszła delegacja z poleceniem, abym bił w dzwony ko­ścielne o dwunastej przez piętnaście minut. Zapytałem: dlaczego? Odpowiedzieli – Jak to! Ksiądz i nie wie? Stalin umarł. Odpowiedzia­łem – No to co? Niech mu dzwonię tam gdzie umarł. Poszli do kościel­nego. Odesłał ich mówiąc: ksiądz nic nie mówił. Jednak podczas mojej nieobecności wysłano kilku uczniów ze szkoły, którzy musieli dzwonić. W najbliższą niedzielę ogłosiłem wiernym, że zostało popełnione nad­użycie. Poświęconych dzwonów użyto do celów politycznych, a dzwony mają służyć celom religijnym i dla waszego pożytku. Pomimo wszystko wspominam ten okres bardzo przyjemnie. Skargi od władz partyjnych do Kurii Włocławskiej spowodowały, że przeniesiono mnie do Sieradza.

Byłem rektorem kościoła św. Stanisława i jednocześnie kapelanem w szpitalu. Nie pozwolono mi jednak uczyć religii w szkołach, bowiem władze partyjne przypięły mi etykietkę nieprawomyślny. W Sieradzu by­łem tylko trzy miesiące. Skierowano mnie do Lipna pod Włocławkiem, gdzie byłem administratorem parafii. Do Sieradza na stałe przyszedłem w połowie łat sześćdziesiątych. Zamieszkałem w klasztorze ss. urszula­nek w Monicach. Byłem tam prawie 30 lat. W kolegiacie sieradzkiej od­prawiałem msze, w niedzielę miałem zawsze dwa kazania na sumie i na nygusce. Nadal nie zezwolono mi uczyć religii w szkołach. Skupiłem się na głoszeniu Słowa Bożego z ambony. Podobno kazania moje ludzie pa­miętają do dzisiaj. Zająłem się także organami w sieradzkich okolicznych parafiach. Z młodzieżą miałem kontakt poprzez organizowanie różnych wyjazdów do Warszawy, Poznania, Krakowa, Wrocławia i Czę­stochowy. Wkrótce włączyłem się w organizowanie corocznych piel­grzymek pieszych – przeważnie młodzieży na Jasną Górę. Byłem na tych pielgrzymkach dwadzieścia pięć i pół raza. Był taki rok, że władze polityczne miasta Sieradza wymyśliły, że każdy uczestnik pielgrzymki winien mieć zaświadczenie lekarskie o szczepionkach przeciwko zarazie pielgrzymkowej. Ponieważ nikt takiego zaświadczenia nie uzyskał, piel­grzymkę odwołano. Wyruszyłem więc sam. Na Jasnej Górze czekała na mnie wiadomość od ks. Apolinarego Leśniewskiego, abym natychmiast wracał. Cofnięto zakaz wymarszu i pielgrzymka ma wyruszyć następne­go dnia rano. Wróciłem i następnego ranka poprowadziłem pielgrzym­kę. Był to jedyny przypadek, że pielgrzymka z Sieradza przyszła w innym niż zawsze terminie, po uroczystościach. W 1990 r. utworzono nową parafię w Monicach. Przyjechał nowy proboszcz ks. Grzegorz Karolak. Przeniesiono mnie do nowo wybudowanego domu parafialnego, przy budującym się kościele na Osiedlu Jaworowym w Sieradzu. Przyjął mnie bardzo gościnnie i zaopiekował się mną budowniczy tego kościoła, ks. proboszcz Józef Kucharski. Był to wspaniały człowiek. Budował ten ko­ściół od 1984 r., w okresie kiedy nie było materiałów budowlanych, a budowa kościołów nie była akceptowana politycznie. Włączyłem się czynnie w budowę, a przede wszystkim pomyślałem o organach. Namó­wiłem ks. Kucharskiego, abyśmy pojechali do Wrocławia, do organomistrza Józefa Cynara, którego znałem. Proboszcz uważał ten pomysł za zbyt wczesny, lecz w końcu dał się przekonać. Pan Cynar przyjął nas bardzo gościnnie, oprowadził po wrocławskich kościołach, gdzie działa­ły jego organy, i podpisał z nami umowę na budowę organów na 44 gło­sy. Koszty wykonania i montażu miały być uregulowane w bonach do­larowych. Kiedy po jakimś czasie organomistrz wykonał część organów, bony dolarowe zostały zlikwidowane. Pan Cynar namówił nas na zbu­dowanie organów na 51głosów, godząc się, aby dodatkowe głosy wyko­nać za pół ceny. Problemem pozostaje pogłos, jaki daje wpływ betono­wych ścian kościoła, które nie tłumią dźwięków. Z biegiem czasu – gdy przybędzie obrazów i zmieni się wystrój kościoła, akustyka znacznie się poprawi i te organy będą brzmieć ładniej. Będąc w kościele na Jaworo­wym dużo malowałem. Moje obrazy zabrała najbliższa rodzina. Wiszą także w pobliskiej szkole nr 10 i w naszym domu parafialnym.

Ks. Henryk Wieczorek
„Na Sieradzkich Szlakach” 2/2011