lukasz@sieradz-praga.pl
tel. 696-458-972

Książka ks. Walerego Pogorzelskiego pt. „43 lata w kapłaństwie”

Sieradz, 1 czerwca 2018

Niewiele pozostało już osób, które znały i pamiętają ks. Walerego Pogorzelskiego, proboszcza parafii pw. Wszystkich Świętych w Sieradzu, pełniącego swą niełatwą posługę w latach 1923–1941. Na stronie Sieradz-Praga.pl umieściłem zakładkę w całości poświęconą tej wybitnej i cenionej przez mieszkańców Sieradza postaci. Można zapoznać się z biografią księdza Pogorzelskiego i obejrzeć interesujące zdjęcia, które do dzisiejszych czasów się zachowały.

ks Walery Pogorzelski   43 lata w kapłaństwie ks. Walery Pogorzelski 
Ksiądz Walery Pogorzelski, ur. 1870,  prałat domowy Jego Świętobliwości, kanonik Kapituły Kaliskiej, dziekan i proboszcz sieradzki; z prawej: okładka książki ks. Walerego Pogorzelskiego , wyd. Sieradz 1935.

Wśród ludzi interesujących się historią sieradzkiego Kościoła dość szeroko znana jest monografia Sieradza pióra ks. Walerego Pogorzelskiego, wydana w 1927 roku. Tym razem chciałbym się zająć inną interesującą i ważną publikacją, o której zapewne niewielu sieradzan wie. Mowa o wydanej w 1935 roku książce ks. Pogorzelskiego pt. 43 lata w kapłaństwie. Jest to bogata kronika miejsc i zdarzeń, w której autor w sposób prosty i przejrzysty opisuje swoją kapłańską drogę. Porusza wiele interesujących wątków, jak chociażby swój pobyt w seminarium, podróże zagraniczne, trudności towarzyszące utrzymywaniu podległych mu kościołów. Wspomina choroby, z którymi się zmagał, a jeden z rozdziałów poświęca wojnie światowej. Dla nas, sieradzan, szczególnie interesujący będzie rozdział poświęcony parafii pw. Wszystkich Świętych w Sieradzu, której przez 18 lat był proboszczem. Dzięki tym wspomnieniom możemy przekonać się, jak w owym czasie wyglądało życie w dziś dobrze nam znanej parafii.

Jestem wdzięczny Janowi Pietrzakowi, sieradzkiemu regionaliście, który udostępnił mi książkę ks. Pogorzelskiego, bym mógł się jej sieradzkim rozdziałem z państwem podzielić. Książka została wydana w połowie lat 30. XX wieku, toteż język wspomnień, a zwłaszcza ówcześnie obowiązująca pisownia, może utrudniać dzisiejszemu czytelnikowi lekturę. Redakcji językowej, a zwłaszcza uwspółcześnienia pisowni i deklinacji podjęła się p. Ita Turowicz, której niniejszym bardzo dziękuję. Chciałbym, by pamięć o zacnym proboszczu, którego ciało spoczywa na naszym cmentarzu parafialnym, przetrwała w umysłach i sercach sieradzan, a treść jego sieradzkich wspomnień towarzyszyła nam przez kolejne lata.

Ksiądz Walery Pogorzelski poprzez swoją posługę przybliżał ludzi do Pana Boga, udzielał rozgrzeszenia grzesznikom i wskazywał prawdziwą drogę tym wszystkim, którzy z niej zeszli i zbłądzili. Drogą tą był, jest i do końca świata pozostanie Jezus Chrystus. Poza posługą duchową ks. Pogorzelski dokonał wielu potrzebnych w owym czasie prac związanych z sieradzką kolegiatą, o których pisze w swoich wspomnieniach. Zachęcam do lektury tej bardzo interesującej publikacji, która przenosi nas w odległe lata jego kapłańskiego życia, w których Polska po latach niewoli odzyskiwała niepodległość. Warto czasami zwolnić tempo naszego życia i zagłębić się w lekturze interesującej i wartościowej książki. A zaręczam, że zaprezentowany niżej fragment książki ks. Walerego Pogorzelskiego przybliży nam barwnie i szczegółowo historię najstarszej parafii w Sieradzu.

Łukasz Piotrowski

 

***

Ks. Prałat Walery Pogorzelski

 

43 LATA W KAPŁAŃSTWIE

 

NAKŁADEM AUTORA
SIERADZ 1935 – DRUK. ZAKŁ. WYCH. AKCJI DOBREJ KSIĄŻKI ZIEMI SIERADZKIEJ W SIERADZU.

 bp Karol Radoński

JEGO EXCELLENCYI
KS. BISKUPOWI KAROLOWI RADOŃSKIEMU
NAJDOSTOJNIEJSZEMU MEMU PASTERZOWI
W HOŁDZIE SKŁADAM TĘ PRACĘ

Ks. Walery Pogorzelski

 

Przedmowa

ks Walery PogorzelskiCzterdzieści trzy lata życia w kapłaństwie to wielki szmat czasu!… Najgłębsze dzięki składam Opatrzności za wielką łaskę, że powołała mnie do życia w najbardziej interesującym okresie dziejów świata. Nie z książek ni z opowieści, ale własnymi oczyma patrzyliśmy i na własnych osobach  doświadczaliśmy, i udział braliśmy w wielkiej światowej wojnie. Oglądaliśmy zawalenie się trzech najpotężniejszych tronów świata. Na naszych oczach zmartwychwstawała nam Ojczyzna! Wyrosłe w niewoli i długą niewolą doświadczane pokolenie nasze od lat kilkunastu raduje się swoją Polską.

 Poza doświadczeniami długiego okresu niewoli przeszliśmy przemarsze wojsk, pożogi, huki armat, widzieliśmy tyle krwi ludzkiej, krzywdy i rekwizycje wielkiej wojny. Przeszliśmy też jeszcze i okropność najazdu bolszewickiego. Doświadczamy obecnie czasów powojennych – zubożenia ekonomicznego, upadku przemysłu, handlu, rolnictwa, bezrobocia, załamywania się walut. Niepokoje w narodach, przewroty polityczne, zamachy, dyktatury, walki wewnętrzne. Bolszewię rosyjską z jej krwawymi okropnościami i destrukcyjnymi hasłami bezbożnictwa i światowego przewrotu. W tych ciężkich okolicznościach budowała się Ojczyzna nasza, wielkimi ofiarami i poświęceniem wszystkich.

Z widowni posterunku kapłana polskiego idą te pamiętnikarskie obserwacje przeżywanych czasów i wydarzeń, i udziału w nich autora. Świat stosunków i sytuacji Kościoła oraz duchowieństwa, świat życia i stosunków parafialnych w domu niewoli, przeżycia wypadków wojennych i zmian przeróżnych, politycznych i społecznych, za ostatnie prawie 50 lat na terenie prowincji są tematem niniejszego dziełka. Niech to wierne zobrazowanie przełomowego półwiecza będzie drobnym przyczynkiem – dokumentem do ujęcia całości wydarzeń.

Ks. Walery Pogorzelski

***

 

Sieradz*)

A.   Wiadomości wstępne

Sprowadziłem się do Sieradza w dniu 17 kwietnia 1923 roku, w okolicznościach niezbyt miłych. Ksiądz prałat Władysław Mikołajewski, 84-letni starzec, dla sędziwego wieku opuścił swoje pasterskie stanowisko; ale mimo że na perswazję ks. biskupa Zdzitowieckiego zrezygnować się zgodził, okazało się, że miał duszę pełną rozgoryczenia i żalu, którymi to uczuciami obciążył nic tu niewinnego następcę. Podkreślić muszę, że Pasterz całkowicie materialną stronę i dalszą egzystencję starcowi obmyślił. Zaszła jednak okoliczność nieprzewidziana starczego uporu, skutkiem czego ksiądz prałat Mik[ołajewski] nie przyjął kombinacji biskupa, ani nie przyjął probostwa, o które sam prosił, lecz wybrał trzecie: osiadł w Sieradzu prywatnie. Miało to dla mnie niepożądane następstwa, bo część parafian przy nim się skupiła, wytwarzając obóz dla nowego proboszcza niezbyt chętny. Ale i samemu czcigodnemu emerytowi stało się to dużą przykrością, bo com tylko zmienił w kościele, plebanii, ogrodzie, wszystko mu donoszono, a nawet słowa moje z ambony, nawołujące do ofiarności wobec tylu potrzeb, najzłośliwiej przekręcone, starcowi niby ze współczuciem opowiadano. Gdyby osiadł gdzie indziej, byłoby go to ominęło. Zmiany zajść w parafii musiały: w tym celu przecież dano młodszego księdza. Były więc obustronne przykrości. Ale stwierdzam, że cały ogół parafii w pełni rozumiał potrzebę zmiany na stanowisku proboszcza.

Stan materialny kościoła, plebanii, budowli, był już wprost rozpaczliwy, jak nigdzie w diecezji, a Sieradz to przecież powiatowe miasto. Wieża ko­ścielna świeciła dziurami i zaciekała, także i dach w paru miejscach, ołtarze brudne od starości, brak ławek i konfesjonałów, zakrystia i wszystkie w niej ornaty i bielizna — jedna stęchlizna. W plebanii wszystkie podłogi, futryny drzwi i okien zagrzybione i przegniłe, wilgoć sięgała do połowy ścian. Oba bu­dynki podwórzowe, drewniane, zaciekające, częścio­wo spróchniałe o złych dachach. W ogrodzie — gęsty las starych wybujałych drzew, mało które samym czubkiem rodziło, pod nimi zarośla krzaków. Przed plebanią i tuż przy kościele zajezdny plac dla fur­manek, na którym w niedziele, święta, jarmarki i targi stawały setki wozów i koni – zagnojone i cuch­nące od niepamiętnych czasów miejsce, wstrętne, ubliżające domowi Bożemu otoczenie!

Zamieszkałem na wikariatce, zaś rzeczy złoży­łem w stodole, gdzie całe 7 miesięcy spakowane prze­leżały.

 

B.   Prace materialne

Remont w plebanii. W pierwszą zaraz niedzielę sprosiłem parafian do plebanii, opróżnionej z mebli. Obraz kompletnej ruiny w zdumienie ich wprowadził; wszyscy uznali potrzebę i remontu, i składki, ale ludność była tak odzwyczajona od ofiarności (za 44 lata proboszczowania księdza prałata Mik[ołajewskiego] nigdy żadnych składek nie było), że te bardzo słabo wpływały. Nie czekając na parafię, rzuciłem swoich 6 milionów marek polskich; trzeba było robotę pchać, by się przed zimą wprowadzić. Wyrzucono wszystką zgni­liznę z podłogami, z futrynami drzwi i okien, wyrzu­cono zgnilizną i grzybem zakażoną ziemię na 60 cm, założono na fundamentach grubą papę, zmieniłem rozkład mieszkania, przesuwając ściany. Drzwi, okna, piece, podłogi – wszystko nowe. W połowie paździer­nika dopiero wprowadziłem się do plebanii. Ile kosztowały te roboty?

Dewaluacja pieniądza w owym czasie wprost uniemożliwia obrachunek. Wyłożę to na przykładzie. Duży piec kaflowy z pięknych dużych kafli w lipcu 1923 roku kosztował mnie 1/2 miliona marek, a już w listopadzie za jeden kafel płaciłem 2 miliony. Od­budowa całej plebanii kosztowała mnie 30 milionów, a już w marcu następnego roku za dorobienie jed­nej okiennicy zapłaciłem 36 milionów. Doszło w koń­cu do takiego absurdu, że jedno pudełko zapałek kosz­towało 1/2 miliona. U nas było z tym wprost roz­paczliwie. W Niemczech było jeszcze o wiele gorzej, tam bito wielomiliardowe, a nawet bilionowe banknoty. Łatwo zrozumieć, ile ten wciąż upadający pieniądz wytwarzał trudności przy godzeniu i opłacaniu rzemieślników, materiałów, a wszelkie kombinacje kosztorysowe, rozkłady na parafię po tygodniu już były wprost nieaktualne. Moc ludzi potraciła wówczas ca­łe majątki. Wczoraj wzięte za sprzedaż do­mu, placu, gospodarstwa etc. miliony – jutro już były bez wartości. To była istna katastrofa dla bardzo wielu.

W 1925 roku pobudowałem zakrystię od połu­dnia o dwóch oknach żelaznych, trojgu dębowych drzwiach, terakotowej posadzce, szafie skarbowej i piecu. Zaraz po wysuszeniu ścian wyprowadziłem ornaty i bieliznę ze starej zakrystii. W parę lat po­tem ufundowałem komplet mebli dębowych zakrystyjnych; obszerne komody z nastawą, dwie szafy ścienne, konfesjonał. Koszt ogólny zakrystii z me­blami wyniósł ponad 13 000 złotych.

W tymże 1925 roku budynki podwórzowe roze­brałem, dokupiłem dużo nowego drewna, przeniosłem podwórze plebańskie w inne miejsce, na którym po­budowałem długi budynek na wysokiej podmurówce. Stare podwórze włączyłem do ogrodu, ale splantowanie go do poziomu ogrodu kosztowało wiele wozów ziemi i pracy ludzkiej, i mojej.

Ogród plebański, jak wspominałem, starzyzna i zarośla, zaraz w pierwszym roku zacząłem rudować; w ciągu tego i następnych lat cały ogród wy­kopałem, wszystką ziemię zregulowałem na 75 cm głęboko, później splantowałem do jednego poziomu. Przez to usunęło się moc pieńków, korzeni, cegieł, fundamentów po starych budowlach. Zasadziłem naj­szlachetniejsze gatunki drzew, agresty, porzeczki, wi­no, wszystko na tak spulchnionej ziemi poszło wspa­niale, tak drzewo, jak i warzywa. Ostatni kawałek ogrodu zregulowałem w 1932 roku. Wszystkie te robo­ty kosztowały bardzo wiele pieniędzy i pracy. Ro­biłem dla dobra miejsca i następców-kolegów.

Elektryczne światło w kościele zaprowadziłem w roku 1926 i w latach następnych uzupełniałem. Koszt instalacji, lamp, tablic etc. przeniósł 4 tysiące zło­tych. Ale pełne oświetlenie jest wspaniałe i ogrom­nie dodaje uroku nabożeństwom. Ostatnio oświetlo­ny został obraz MB Częstochowskiej w wielkim ołtarzu oraz pięć ołtarzy bocznych,

W 1926 roku dokonała się epokowa rzecz w dzie­jach kolegiaty. Oto na moje usilne zabiegi i dzięki poparciu burmistrza p. Ignacego Mąkowskiego, Rada Miejska powzięła uchwałę, mocą której skasowała rynek — zajazd przed kościołem i plebanią, i uliczkę z placem oddała kościołowi. Dla potomnych po­daję, że to było wprost najwstrętniejsze miejsce: kupy gnojów i fetor jeden; tędy przepędzano woły, świnie, owce na rzeź do szlachtuza; tędy wywożo­no nieczystości z kloak miejskich, tuż pod oknami plebanii pod kościołem. W targi zaś i jarmarki tak pozastawiano każde miejsce wozami i końmi, że lite­ralnie ani z wikariatki, ani z plebanii nawet do koś­cioła przedostać się nie było można.

Wiadomość o darowiź­nie tego rynku trzymałem w tajemnicy przed ludem, ale mobilizowałem grosze i materiał. Pewnego po­niedziałku umówionych 12 murarzy z pomocnikami rozwaliło stare ogrodzenie, a nowym murem zagro­dzili dostęp wozów na ów odwieczny ich zajazd. Stało się to w ciągu jednego dnia ku zdumieniu miasta, a już zdumienie przybywających na targ włościan granic nie miało. „Przecie w niedzielę by­liśmy w kościele i stara ogroda była, a tu przez je­den dzień jedno rozwalone, a drugie już stoi”. Przez dwa tygodnie głośno protestowali o to na „nowego księ­dza”. „Kiej nas tu nie chcą, do inszej parafii pójdzie­my”, ale dokonane w dalszym ciągu zmiany całko­wicie ich uspokoiły.

Z tej okazji dałem całe nowe ogrodzenie wokoło kolegiaty: murowane filary, że­lazne przęsła, podmurówka pod przęsłami. Udało mi się namówić różne osoby na ufundowanie przęseł. Mianowicie ofiarowali po jednym przęśle: ks. W. Po­gorzelski, Magistrat sieradzki, Policja sieradzka, p. Józef Modelski, pracownicy więzienia, urzędnicy Starostwa, Poczty, urzędnicy skarbowi, Narodowa Or­ganizacja Kobiet, p. Roman Grzesik, cech szewców, cech rzeźników i p. Kazimierz Lipiński, w którego fabry­ce przęsła te, masywne z żelaza kutego, zostały wy­konane. Koszt tego wraz z bramami, furtkami, robo­cizną, cementem etc. etc. wyniósł nad 8000 złotych. Ko­legiata znalazła się na obszernym placu. Plac został zniwelowany, przekopany na 60 cm głęboko, rozpla­nowany. Michał Danielewicz, znany w całym kraju wybitny ogrodnik, ofiarował gratis 300 krzewów. Państwo Stanisław i Bronisława Danielewiczowie, właści­ciele historycznego Wójtostwa, ufundowali figurę Matki Bożej Częstochowskiej z piaskowca kosztem 3800 złotych. Poświęcona przeze mnie w dzień odpustowy MB Szkaplerznej wobec kilkunastu kapłanów i tłumów ludu – to już zgasiło ostatecznie wszelkie żale włościan do placu zajezdnego**. Figura została oświetlona w koronie 26 lampkami elektrycznymi. Zaprowadzone krzewy, rośliny, żywopłoty, kwiaty i róże stworzyły przepiękne otoczenie świątyni, czym mało gdzie jaki kościół poszczycić się może. Później ustawiłem 26 cementowych ławek wkoło kolegiaty. A także ułożyłem szeroki chodnik z płyt ce­mentowych od probostwa do zakrystii i wzdłuż koś­cioła do ulicy. Również cały front przed kolegiatą wylałem cementem.

Lata 1926–1927. Dobudowałem skrzydło plebanii od północnego zachodu — 9 metrów frontu, 19 me­trów szczytu. Powiększenie wobec szczupłości ple­banii było niezbędne tak dla księdza, jak urządze­nia kancelarii parafialnej. W związku z tym od ogrodu pobudowałem dużą oszkloną werandę. Koszt tych robót przeniósł 15 000 złotych. Przedtem nabyłem plac bezpośrednio obok kościoła za cenę 2500 złotych. Był on niezbędny bądź pod przyszłą budowę sali parafialnej, czy mieszkania dla służby kościelnej. Był ongi dom drewniany dla organisty i kościelnego, ale zniszczał za księdza Mikołajewskiego; nowego nie pobudowano i dotąd ani organista, ani kościelny nie mają mieszkań.

Odebranie cmentarza grzebalnego z rąk magi­stratu. Za rządów rosyjskich prezes dozoru kościel­nego, burmistrz czy wójt w imieniu dozoru, gospodarzyli na cmentarzach. W związku z konkordatem, wystą­piłem o zwrot i odtąd proboszcz objął gospodarkę. Zaprowadziłem tam szerokie ulice i cały wzorowy porządek; zachęciło to wszystkich do dekorowania grobów, co wprost w piękny park cmentarz za­mieniło.

Budowa domu dla grabarza, budowa grobowca dla księży i ogrodzenia. Stał na cmentarzu duży grobowiec rosyjski, rujnujący się już, wewnątrz pu­sty. Rozebrałem go aż do piwnicznego sklepienia; tę dolną część po przerobieniu wewnątrz i zabeto­nowaniu nakrycia obróciłem na grobowiec dla księży sieradzkich. Tam pochowałem ks. prałata Mikołajew­skiego, tam też przeniosłem z cmentarza szczątki ks. kanonika Jarmickiego i ostatniego dominikanina sie­radzkiego, o. Kołomińskiego. Tam i sobie też obra­łem miejsce. Ze wspomnianej rozbiórki zyskałem spo­ro cegły, z niej więc dałem 60 metrów ogrodzenia cmentarnego (w miejsce drewnianego); poza tym zaś w rogu cmentarza pobudowałem dla grabarza domek, którego dotąd nie było, a bez czego i cmentarz nie miał opieki, ani ludzie nie wiedzieli, gdzie graba­rza mają szukać. Koszt posesji grabarskiej wyniósł 4200 złotych.

Reperacje wieży 1928–1929. Górna część wieży, kopuła kryta żelazną blachą, zaciekała, drze­wo gniło, świeciła dziurami. Dwa lata zbierałem fun­dusze, wreszcie przystąpiłem do robót. Wszystko chore drzewo w wiązaniu usunięto, kopułę obito dwucalowymi nowymi deskami, pokryto wszystko miedzią. Krzyż na wieżycy to moja ofiara. Pod krzy­żem bania miedziana w ogniu złocona. Założyłem piorunochron. Koszt ogólny wyniósł 18 500 złotych. Reperacja dolnej części 1931 rok. Dzwony postanowiłem zawiesić w wieży; ponieważ zaś kiedyś je stamtąd zdjęto, jakoby dla słabości murów, postanowiłem sprawę gruntownie i rzeczowo zbadać. Rewizja miej­scowych architektów wypadła niekorzystnie. Wo­bec czego udałem się do województwa w Łodzi i stamtąd na moją prośbę delegowano specjalną komisję, w skład której weszli: inż. arch. Nostrypke z Kalisza, inż. arch. Ślósarski i arch. Jan Ratajewicz z Sieradza. Komisja istotnie znalazła poważne braki, nakazała zankrowanie (ściągnięcie szynami) w pięciu miejscach, po czym dzwony mogą bezpiecznie zawis­nąć. Te roboty trwały około ośmiu tygodni i koszto­wały mnie 6200 złotych, co mi bardzo uszczupliło fundusz dzwonowy.

Zakup i poświęcenie dzwonów w 1931 roku. Wobec świeżego, a tak kosztownego remontu wieży zawahałem się z nabyciem dzwonów, ale jakoś do­bry Pan Bóg natchnął i mnie, i dobrych ludzi, a i „for­tele” pomogły, nadspodziewanie poszło. Udało mi się namówić do większych ofiar na dzwony: Rada mia­sta Sieradza uchwaliła zakupić jeden osobny 600-ki­lowy dzwon. (Dałem mu imię „Ignacy” — imię za­służonego dla kościoła burmistrza p. Mąkowskiego, kazałem też wyryć na nim herb miasta Sieradza). Zjednałem 11 osób, które ofiarowały każda po 500 złotych, mianowicie: ks. W. Pogorzelski, pp. Stanisław i Bronisława Danielewiczowie, Bronisław Danielewicz, Józefostwo Modelscy, Zdzisławostwo Modelscy, Julianostwo Łempiccy, Jadwiga Kowalska, Kazimierzostwo Lipińscy, Jadwiga Kisielewska, pp. Smoczarscy, Tomaszewicz i pracownicy kolejowi drogowi, Brac­two św. Anny, Trzeci Zakon św. Franciszka. Nazwis­ka tych dobrodziejów wyryłem na dzwonie „Św. Anna” wagi 1100 kilo. Trzeci dzwon „Walery”, 1835 kilo, (imię swego patrona mu dałem) ma wyryty długi napis fundacyjny z datami etc. Dzwony, ich okucia, żelazne rusztowanie pod dzwony – to koszt ogólny 20 000 złotych. Dzwony wzięte z firmy „K. Schwabe” z Białej koło Bielska.

Poświęcenie odbyło się 8 listopada 1931 roku, przy olbrzymim tłumie wiernych, przez J.E. biskupa Karola Radońskiego, pasterza diecezji. Zaproszeni „rodzi­ce chrzestni” złożyli w ten dzień 2500 złotych na swo­ich spiżowych chrześniaków. Na dzwonach ciąży jeszcze parotysięczny dług.

Rozbiórka dzwonnicy „Szubienicy”. Około 1890 roku, za prałata Mikoł[ajewskiego], zdjęto z wieży dzwony w oba­wie o jej bezpieczeństwo; i dla ich zawieszenia, w ro­gu cmentarza przy froncie, zbudowano z cegieł czte­ry filary wysokie, w rząd ustawione, przesklepione w górze; pomiędzy nimi zamieszczono dzwo­ny. Była to szkarada, zyskała popularne miano „Szu­bienicy”. Po wprowadzeniu nowych dzwonów na wieżę „Szubienicę” zaraz rozebrałem kosztem 600 złotych.

Budowa Domu Katolickiego, rozpoczęta w 1929, dokończona 1933 roku. Na placu, który w roku 1925 nabyłem, wystawiłem mury budowli. Wobec braku funduszów musiałem robotę przerwać i to aż na cztery lata. Przez ten czas spłaciłem długi na budowie ciążące, odbudowałem wieżę, zakupiłem dzwony. Od­czuwając niezbędną potrzebę Domu Katolickiego, własnej sali parafialnej etc., po specjalnym porozu­mieniu się z Pasterzem diecezji ks. biskupem K. Radońskim, mimo braku gotówki, postanowiłem rzucić na szalę swój kredyt i weksle, i roboty wykończyć. W kwietniu rozpoczęli murarze i cieśle, zakończo­no w lipcu. Plac cały dostał od ulicy Farnej mu­rowane ogrodzenie, a od kościoła podmurówkę i na tym pięć żelaznych kutych przęseł, jak wkoło fa­ry.

Kaplicę z ołtarzem dla urządzania nabo­żeństw „polowych”, przy większych uroczystościach i konkursie ludu, ufundowałem w szczycie Domu Katolickiego wychodzącym na cmentarz kościelny. Wobec częstych obchodów narodowych lub organizacyjnych, powiatowych, niejednokrotnie mury kościelne są zbyt szczupłe. Kaplica uzupełni tę potrzebę na bardzo dłu­go. Po uroczystym poświęceniu w dniu 1 września 1933 roku przez ks. biskupa Radońskiego, Dom Katolicki rozpoczął swą zbożną akcję: odczyty, zebrania, przedstawienia kinowe, jasełka, teatrzyki etc. etc. Wówczas dopiero publiczność zrozumiała potrzebę tego domu i jego kulturalną rolę w życiu.

Stroje ludowe sieradzkie usilnie popierałem cały czas, również i z ambony. Wprowadziłem ten barwny, kraśny strój i do kościoła: przykrycia ołtarzowe, dywany, chorągwie i sztandary, co się powszechnie w całej okolicy przyjęło. Na procesje tylko ten strój był protegowany stale przeze mnie.

 

Cdn.

 

*) Wiadomości historycznych dotyczących miasta Sieradza, jego przeszłości czy też osób, tutaj nie podaję. Wszystko to zostało szczegółowo opisane w obszernej Monografji Sieradza wydanej przeze mnie w 1927 roku, do której łaskawych czytelników odsyłam (przyp. autora).  

**) Magistrat obmyślił inny plac zajazdowy w pobliżu (przyp. autora).