lukasz@sieradz-praga.pl
tel. 696-458-972

Z wyprawy za Bug wspomnienie Jacka F. Brzostowskiego

Jacek F. Brzostowski

Kiedy po odbyciu wycieczki na Ukrainę w sierpniu 2013 roku postanowiłem opisać swoje wrażenia, sytuacja polityczna w tamtym regionie przedstawiała się, rzecz jasna, inaczej niż dziś. Jednak nie chciałem już zmieniać tekstu, który powstał jako pewna całość i winien być w dalszym ciągu tak traktowany, wziąwszy jedynie poprawkę na czas jego powstania. Ufam, że wspomnienia te przedstawią „kraj ukrainny” od strony tak słonecznej, jak pełen słońca jest herb Podola przeze mnie odwiedzonego. A było tak:

W dniach od 13 do 18 sierpnia 2013 roku odbyłem wycieczkę objazdową po ziemi lwowskiej i Podolu. Nie są to Kresy w sensie ścisłym – terminem tym możemy określić co najwyżej tereny, które poza granicą wschodnią znalazły się w wyniku ustaleń traktatu ryskiego z marca 1921 roku. Jeszcze pod koniec XIX wieku na mapie niemieckiej pisano natomiast „Klein Polen” („Małopolska”) wielką wstęgą od Krakowa po Berdyczów (!).

Grupa była doborowa, dwudziestosiedmioosobowa, jechaliśmy małym autokarem, będącym w stanie dotrzeć również w miejsca mniej dostępne. Wśród uczestników znalazł się pan urodzony pod Zbarażem, który przybywał odwiedzić rodzinne strony. Przewodnik – pan Jan Przybył – były pracownik Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej, Ukrainę odwiedził już około dwustu razy, bardzo dobrze zna język ukraiński, traktowano go jak swojego już od granicy, ma również szerokie znajomości wśród miejscowej Polonii. W trakcie podróży zabawiał nas przesympatycznymi anegdotami i żartami.

Strona1
Rynek w Żółkwi. Nawet niewielkie miejscowości umieszczają na masztach i gmachach flagi narodowe. Nie wstydzą się ich. A my?

Przez przejście graniczne w Hrebennem (Rawie Ruskiej) przybyliśmy na pierwszy nocleg do Żółkwi. Miasteczko bardzo ładne, zadbane. Po wyjściu z autokaru podeszła do nas jakaś babiczka z pytaniem, czy jesteśmy z Polski. Usłyszawszy odpowiedź twierdzącą, odezwała się w słowach: „Panie, co się porobiło… Jak tu była Polska, był porządek, a teraz? Może się to jeszcze odwróci…”. Następnego dnia ruszyliśmy na Kamieniec Podolski, przez całe Podole, ukraińskimi drogami składającymi się głównie z dziur. Najlepsze są mniej więcej takie jak nasze dobre gminne lub gorsze powiatowe. Gdy Ukraińcy zorientowali się, że nie zdążą z budową dróg na czas przed Euro 2012, asfalt lali po prostu na trawę. Również efekty napraw dostrzegalne są co najwyżej przez rok, tak są one prowizoryczne. Po drodze mijaliśmy Busk, źródliskową miejscowość Bugu, Olesko, gdzie na zamku zgromadzono dzieła sztuki polskiej z rozległych okolic (oczywiście nie ma woli zwrócenia ich prawowitym właścicielom, a warunki przechowywania nie są najlepsze). Dalej mijaliśmy Podhorce, Złoczów, Zborów, aż trafiliśmy do Zbaraża. Tutaj zwiedziliśmy zamek, a także podeszliśmy pod kościół parafialny, gdzie ochrzczony został zmarły niedawno abp Ignacy Tokarczuk. Kościół ten jest unikatem ze względu na wklęsłą fasadę.

Strona2
Kościół parafialny w Zbarażu; ewenementem jest wklęsła fasada

Strona3
Klasztor bernardyński na dawnej pocztówce

Przez Tarnopol, Trembowlę (ruiny twierdzy i kościół parafialny o wielkich niegdyś wieżach, obecnie praktycznie ich nie ma) i Czortków przybyliśmy do Skały Podolskiej, przedwojennej granicy polsko-sowieckiej na rzece Zbrucz.

Strona4

Do dziś widać na Ukrainie różnice w poziomie życia i kulturze w miarę przesuwania się na wschód. Przewodnik powiedział, że dzisiejsza Ukraina to w rzeczywistości dwa lub nawet trzy narody: do Zbrucza żyje się w jakim-takim dobrobycie (rozumianym tak jak u nas dwadzieścia pięć lat temu, bo w tym miejscu cywilizacyjnym jest teraz Ukraina). Tutaj bohaterami narodowymi są banderowcy, widać stawiane im pomniki, często okraszone czerwoną gwiazdą i/lub sierpem i młotem. To teren przedwojennej Polski, gdzie jednak Polaków aż tylu nie ma, bo rzezie nacjonalistów ukraińskich skutecznie ocalałych wypędziły. Od Zbrucza do Dniepru już biedniej, natomiast substancja narodowa zdrowsza, tam nie masz żadnych animozji do nikogo. Banderowcy to zbrodniarze, nie stawia się im pomników, Polacy to ludzie jak inni.

Strona5
Rejs po Dniestrze – rzeka kilkukilometrowej szerokości, jej dopływ jest dużo szerszy od Wisły

Podczas rejsu po Dniestrze kapitan Anton puścił na cały regulator przez dwie kolumny głośników „Rozszumiały się wierzby płaczące”, a później raczył nas „Wojenką”, „Ułanami”, „Sokołami” i innymi w pokrewnych klimatach – robi tak zawsze, gdy gości Polaków. Ludzie z tych obszarów mienią się prawdziwymi Ukraińcami, o ziomkach z zachodu mówiąc: „Nie, nie, to nie są Ukraińcy. To banderowcy”. Na tych terenach zamieszkuje dużo Polaków, gdyż przestały one należeć do Polski po rozbiorach, a carat nie zadał sobie trudu dokonania masowych przesiedleń. Potomkowie tamtych szlacheckich rodów żyją do dziś. I wreszcie na obszarach za Dnieprem niezwykle mocno odczuwalne są tendencje prorosyjskie. Świadomość narodowa słabo rozwinięta, mało jest także naszych rodaków.

Strona6
Panorama twierdzy kamienieckiej spod katedry

I tak oto, praktycznie po dwóch dobach jazdy z Sieradza, przybyliśmy do Kamieńca Podolskiego. Miasto niezwykłe, z ogromnymi perspektywami turystycznymi, na razie tak sobie wykorzystanymi. Miasto – antemurale christianitatis. Zdobyć Kamieniec przez setki lat oznaczało zdobyć Europę. Stąd twierdza obstawiona była załogą tak, że nawet mysz nie miała możliwości przemknąć się do miasta. Bo miasto swoją drogą, a twierdza swoją, to dwa różne kompleksy. Kamieniec jest naturalnie ufortyfikowany kilkudziesięciometrowymi jarami Smotrycza. Był nie do zdobycia, do napastników strzelano jak do kaczek, dopóki Turcy nie zaciągnęli podeń armat oblężniczych dalekiego zasięgu.

Strona7
Orzeł polski na Bramie Ruskiej w Kamieńcu.
Ucharakteryzowany na potrzeby filmu i tak został.

A dlaczego strzelano jak do kaczek? Bo – i jest to widoczne po dziś dzień – Kamieńca ze względu na położenie wśród jarów nie było widać, aż się do niego nie podeszło na odległość umożliwiającą skuteczny wystrzał z dział. A wtedy już za późno na ucieczkę. Przez dwadzieścia siedem lat, od 1672 do 1699 roku, miejscowość znajdowała się w rękach tureckich. Do bryły XV-wiecznej katedry dostawiono wówczas minarety. W traktacie karłowickim, na mocy którego Kamieniec wracał do Rzeczypospolitej, Turcy zastrzegli jednak, że jeden minaret zostanie oszczędzony. Jedynie na półksiężycu ustawiono odlaną w Gdańsku figurę Matki Bożej. Najczęstszym widokiem był podczas naszej wyprawy krzyż katolicki lub prawosławny na półksiężycu, stanowiący wyraz triumfu chrześcijaństwa nad islamem.

Strona8
Figura Matki Bożej na zachowanym minarecie przy katedrze kamienieckiej

Strona9
Rzut oka na katedrę z minaretem

Strona10
Kazalnica muzułmańska zachowana w kościele dominikanów
(obecnie paulinów), wykonana z chrześcijańskich nagrobków
– unikat w tej części Europy

Po I wojnie światowej Kamieniec znalazł się niedaleko za granicą Polski. Dziś żyje tu 20 tys. Polaków, co stanowi piątą część ludności miasta. Zjawiskiem nieuniknionym jest ich asymilacja z Ukraińcami – praktycznie nie sposób spotkać rodziny czysto polskiej. Niestety, również język polski jest używany przede wszystkim w kościele – w domu rozmawia się w głównej mierze po ukraińsku lub rosyjsku (oba języki znacząco się od siebie różnią; ukraiński ma z polskim 18 procent słów wspólnych). Piętnastego sierpnia byliśmy w katedrze kamienieckiej na mszy św. z wielką procesją (miałem sposobność zagrać na organach dzięki uprzejmości organisty pana Stasia, cieszącego się estymą wśród tamtejszej społeczności polskiej). Niezwykłe było to wrażenie patrzeć, jak ludzie, którzy Polski nie widzieli już od pradziada (wojska nasze weszły tu na krótki czas około roku 1919), kroczą w procesji, śpiewając „Twoja cześć, chwała”, a na jej zakończenie „Z dawna POLSKI Tyś Królową, Maryjo”. Na ziemi obcej, a jednak swojej. Oni przecież nie porzucili swoich domów, zostali tam, gdzie się urodzili. Traktaty polityczne, układy graniczne, państwa zmieniały się, oni pozostali przy katedrze, przy biskupie. Zawsze wierni.

Biskupami na Wschodzie są Polacy lub ludzie o polskich korzeniach: wystarczy wspomnieć niedawno zmarłego administratora apostolskiego na Białorusi kard. Kazimierza Świątka, metropolitę lwowskiego kard. Mariana Jaworskiego, ordynariusza diecezji kamienieckiej bp. Jana Olszańskiego czy przewodniczącego Konferencji Episkopatu Ukrainy abp. Mieczysława Mokrzyckiego. Jest to uzasadnione m. in. tym, że na tych obszarach katolik to Polak. Autochtoni na Pokuciu, ziemi lwowskiej i Podolu są katolikami greckimi, na Wołyniu i całym Polesiu natomiast – wyznawcami prawosławia. W każdej mijanej przez nas wsi widać było cerkiewki, i to wcale nie małe, ze złotymi kopułami – choćby wieś była najbiedniejsza, cerkiew być musi, bo to też nobilituje. Po latach ucisku wyznaniowego przywiązanie do religii odżyło tu z nową mocą. Niestety, aby obsłużyć wszystkie te parafie, oddelegowywani są do nich ludzie tylko po przyuczeniu do posług obrzędowych. Na Wschodzie pop jest traktowany niemal jak rzemieślnik. Prawdziwym artystą od dusz pozostaje monach, mnich, człowiek najczęściej sędziwy, do którego ciągną nieraz całe pielgrzymki, bo on na ciebie spojrzy i powie ci twoje grzechy, podpowie, co należy w życiu zmienić na lepsze, jak to zrobić itd. Rozgrzeszenia nie daje się tu od razu. Najpierw trzeba odbyć dość długotrwałą pokutę, którą zadając, spowiednik mówi: „odpraw ją i przyjdź ponownie”. Takiego człowieka darzą wielką estymą nawet patriarchowie.

Na Ukrainie zegarki przestawiamy o godzinę do przodu. Jeśli więc ktoś chodził spać według polskiego czasu, a wstawał według ukraińskiego, tak jak ja, był ustawicznie niewyspany… Ale z drugiej strony – szkoda czasu na sen. Wrażenia czekały nas wszak na każdym kroku.

Jeśli chodzi o pamiątki polskości w piśmie, kulturze, sztuce, to bardzo je rugowano
w pierwszych dekadach komunizmu – na obszarze do Zbrucza, bo za nim było już trochę lepiej. Tutaj – do dziś widać niechęć do Polaków, odbieranych jako potencjalni repatrianci. Nawet do konstytucji ukraińskiej wpisano artykuł, że za granicę nie wolno wywieźć niczego sprzed 1945 roku i bardzo się tego trzymają. Szkoda, tym bardziej, że Polska jako pierwsza uznała suwerenność Ukrainy w 1991 roku. Starocie różnego rodzaju można kupić na targu np. we Lwowie za grosze. Na Ukrainie wszystko jest dla nas 2-3 razy tańsze – nic dziwnego, że młodzi Polacy uczyli się przepływać pod powierzchnią Bugu na drugą stronę granicy – z jednym wyjątkiem dla Kijowa. Ta ogromna metropolia jest bardzo droga. Wiele dużych miast nie ma przed sobą przyszłości i bardzo się starzeje, z braku miejsc pracy dla młodych ludzi, którzy z tego powodu wyjeżdżają do rozwijających się ośrodków. Do takich wymierających miast należą m. in. Lwów i Tarnopol. Dobre perspektywy posiada natomiast Stanisławów.

Jednak bieda generalnie daje się dostrzec. Przeciętni Podolanie żyją z tego, co sobie sami wyhodują w ogrodzie i zagrodzie; spośród zwierząt często widziało się kozy, oczywiście kury, kaczki, gęsi, poza tym krowy i konie. Nawet większe zwierzęta bez widocznych oporów pasą się przy drodze w towarzystwie właściciela lub nie; inna rzecz, że ruch uliczny jest jednak mniejszy. Ukraina to kraj kontrastów – obok ład i zaporożców jeżdżą po drogach najnowsze mercedesy, skody i inne. Wielkiemu bogactwo towarzyszy wielkie ubóstwo. Obok pięknie odremontowanych kamienic – walące się zabytki, posklejane taśmą, choć tych jest na szczęście coraz mniej. Jeśli natomiast zabytki – to polskie, co znamienne, powoli i sukcesywnie remontowane. Do Zbrucza Ukraińcy uważają, że ich państwo winno rozciągać się od Sanu po Don (koncepcja wielkiej Ukrainy) i do dziś roszczą sobie pretensje do Chełmszczyzny i Zamojszczyzny. Ukraińska Armia Powstańcza opracowała nawet traktujący o tym specjalny dokument. Czym była UPA? Ta ukraińska bojówka wymordowała dziesiątki tysięcy Polaków w okropny i wymyślny sposób, siejąc jeszcze po wojnie postrach w Bieszczadach. Unicestwiła wiele wsi łemkowskich, bojkowskich i polskich, próbując zarazem ograniczyć wpływy stalinowskie w ukraińskiej SRR. Otóż we wspomnianym dokumencie zapisano, niedługo zresztą po uznaniu Ukrainy przez Polskę, że jeśli nasze państwo nie odda dobrowolnie Chełmszczyzny i Zamojszczyzny, to banderowcy odbiorą je na drodze wojny. Ciekawe, prawda? A kto u nas o tym wie? Wciąż niegasnąca popularność owych „banderowców” zwanych niekiedy „bandytowcami” u naszych wschodnich sąsiadów, zwłaszcza wśród młodzieży, wynika z  n i e w i e d z y  historycznej. Usuwajmy zatem historię ze szkół, a będziemy mieli w Polsce podobną sytuację.

Wracam tymczasem do pamiątek polskich. Na RYNECZKU w Olesku mieliśmy okazję zaobserwować przedwojenną tabliczkę graniczną. Na kościołach i wewnątrz nich zachowało się dużo napisów w języku polskim. We Lwowie na kamienicy tabliczka „Ulica Grodzickich 4″ (obecnie ulica Drukarska).

Strona11
Pamiątka polska na jednej z kamienic lwowskich

Poza tym parę całkiem współczesnych śladów: już od granicy ceramika łazienkowa marki „Koło” lub „Cersanit”, głośniki kościelne firmy „Rduch”, no i, co dla nas chyba najważniejsze, msze święte w języku polskim, co polskość naszych rodaków bardzo cementuje, choć nie możemy się łudzić, proces asymilacji na Wschodzie zachodzi, powoli, lecz nieubłagalnie. Najbardziej przez mieszanie narodowości w małżeństwach, choć ma ono też swoje dobre strony. Przypomina się mi w tym miejscu opowieść o dramacie w rodzinach mieszanych małżeństw. UPA kazała mężom mordować żony-Polki i na odwrót. Pewnego razu do ojca Ukraińca przyszedł syn sympatyzujący z tą organizacją i powiedział: „Ojcze, musimy zabić matkę. Przecież ona jest Polką!”. I co zrobił ojciec? Zabił syna. Zgodnie z zasadą „usuniesz zło spośród siebie”. Fermentu siać nie wolno.

Strona12
Zamek chocimski, za nim Dniestr

Z Kamieńca mieliśmy wypad do Chocimia, gdzie dwukrotnie w dziejach pobito Turków. Za drugim razem, w 1673 roku, Sobieski zwyciężył zwlekaniem. Był listopad, Turcy nieprzywykli do mrozów, kostnieli na padającym śniegu z deszczem, wiało, panowało przeraźliwe zimno. Sobieski pod Chocimiem jednak nie atakował. Dopiero gdy napięcie wzrosło do maksimum – uderzył. I zwyciężył. Ale! To był król, który nie przypisywał zwycięstw sobie, lecz Bogu! Jego słynne „venimus, vidimus, Deus vicit” spod Wiednia i fakt, że swym dzieciom kazał poświęcać codziennie dwie godziny na sprawy Boże, dowodzą tego niezbicie. Odwiedziliśmy też Okopy św. Trójcy, w których Zygmunt Krasiński umieścił akcję „Nie-boskiej komedii”. Z niegdysiejszej twierdzy pozostały jedynie dwie bramy: Lwowska i Kamieniecka. Miejsce niezwykłe: z jednej strony Zbrucz i granica sowiecka, z drugiej Dniestr i granica rumuńska, ale w tym miejscu do rzeki było ze trzydzieści metrów w dół. Wrażenia niesamowite!

Strona13
Widok na Dniestr z Okopów św. Trójcy

Strona14
Cudowna figura Matki Bożej Jazłowieckiej (kopia, bo oryginał znajduje się w Szymanowie); większość cudownych obrazów podobnie udało się wywieźć na zachód, dzięki czemu przetrwały, ale nie wróciły już na dawne miejsca

Strona15
Widok na Zbrucz z Okopów św. Trójcy; po lewej stronie dawny Związek Radziecki

Następnego dnia ruszyliśmy z Kamieńca Podolskiego z powrotem do Żółkwi. Inną drogą, najpierw przez Borszczów do Jazłowca. Tutaj w 1999 r. wróciły trzy siostry niepokalanki, które ponownie przejęły zakład naukowo-wychowawczy, po ich wydaleniu wraz z tutejszymi Polakami w roku 1946. W pięknie odrestaurowanym parku grobowce sióstr i założycielki klasztoru – bł. Marceliny Darowskiej. Następny na trasie był Buczacz, gdzie widzieliśmy dwa piękne kościoły i ratusz, a także sześćsetletnią lipę.

Strona16
Sześćsetletnia lipa w Buczaczu, gdzie w 1672 roku podpisano „haniebny” pokój z Turkami, na mocy którego oddawano Imperium Osmańskiemu wschodnie tereny Rzeczpospolitej

Pod nią podpisano w 1672 roku upokarzający dla Polski pokój buczacki z chanem krymskim, o rok tylko poprzedzający zwycięstwo Sobieskiego pod Chocimiem. Dalej przez Podhajce udajemy się do Brzeżan, nieopodal których urodził się marszałek Edward Rydz-Śmigły. Tutaj zamek Sieniawskich, a właściwie jego ruiny, ładny kościół parafialny na wzgórzu (obok komendy UPA – tak też było w Skale Podolskiej, trzeba wtedy ostrożnie i dyskretnie fotografować). Wreszcie przez Rohatyn (kościół św. Mikołaja) i Bóbrkę minęliśmy Lwów i wróciliśmy do Żółkwi. Tam nocleg.

Strona17
Orzeł polski na ścianie zamku Sieniawskich w Brzeżanach

Piątego dnia zwiedzaliśmy Lwów, kulturalną stolicę Małopolski (Kraków był ośrodkiem naukowym). Tutaj tyle zabytków, że nie będę się o nich szczegółowo i wyczerpująco rozwodził. Rozwodził się natomiast pan Jakub Sieprawski, podobno najlepszy przewodnik po tym mieście (wg p. Janka Przybyła, który ostatecznie wie, co mówi na te tematy). Mówił on najczystszym bałakiem, czyli gwarą lwowską, zaciągając charakterystycznie. We Lwowie mieszka od trzech pokoleń. Jego rodzinie nic się nie stało w zawierusze wojennej, bo dobrze żyła z Ukraińcami.

Strona18
Kamienica „Czarna” na rynku lwowskim. Parcele na rynku były bardzo drogie. Najczęściej miały tylko trzy okna szerokości. Sześciookienne to rzadkość – miał taką król i osoby wybitnie zasłużone dla państwa. Liczba pięter w górę równała się liczbie pięter pod ziemią (piwnice).

Wspomnę tylko jedyną na świecie czarną kamienicę z piaskowca, największy w mieście kościół św. Elżbiety, zbudowany na dziale wodnym – z jednej strony rzeki spływają do Morza Czarnego, a z drugiej do Bałtyckiego, oraz operę lwowską, do dzisiaj im. Salomei Kruszelnickiej, piąty teatr Europy pod względem piękna, kunsztu wykonania. Lwów według mnie urokliwszy od Krakowa, a na pewno może się poszczycić porównywalną liczbą zabytków. Pan Jakub po ostatniej opłaconej minucie oprowadzania pokazał nam, gdzie warto kupić dobry alkohol, kawę (bardzo nastrojowy sklep wyłącznie z tą używką), włoską pizzę, ręcznie wykonywane słodycze czekoladowe, suweniry itp. Najlepsza kawa na Ukrainie, Franz Josif, kosztowała równowartość około 160 zł za kilogram, stąd też nabyłem tylko 10 dag. Na spróbowanie.

Miejskie ulice Ukrainy wyłożone są niezwykle często przedwojenną kostką brukową. Najczęściej w doskonałym stanie. Nawet ona była ułożona w swego rodzaju wzory – kiedyś wszystko z założenia musiało być nie tylko funkcjonalne, ale też piękne.

Jak już wspomniałem, jeśli na Wschodzie kościół katolicki, to dla Polaków. Tam, gdzie gmina polska większa, tam ów kościół jest najczęściej w niezłym stanie. Natomiast w miejscowościach, gdzie jej nie ma lub się zasymilowała, świątynia nieraz stoi w ruinie; w jej wnętrzu rosną drzewa, zielsko porasta resztki dachów, portali. A to sprawia bardzo smutne wrażenie, tym bardziej, że każdy z tych obiektów to perła, zabytek, ślad polski. I praktycznie co wieś, co miasteczko, to te ślady w mniej lub bardziej wyraźnej formie są widoczne. Serce się kraje również na widok kościołów zamienionych na posterunki policji, biblioteki, sale koncertowe, gimnastyczne, baseny, więzienia dla małolatów (tak było w Buczaczu).

Strona19
Widok na Dniestr z Okopów św. Trójcy, za rzeką przedwojenna Rumunia. Był to trójstyk granic – za Zbruczem ZSRR, za Dniestrem Rumunia, a w klinie utworzonym przez obie rzeki Polska

I na koniec jeszcze jedna kwestia – obecnej granicy polsko-ukraińskiej. Najczęściej autokary są puszczane nieco sprawniej, gdy tylko celnicy dowiedzą się o turystycznym charakterze wycieczki. I mowa tu o celnikach ukraińskich, gdyż polskim jest wszystko jedno, kto opuszcza Rzeczpospolitą i jednocześnie Unię. Natomiast przy powrocie ewentualnym problemem mogą stać się nasi. Do Unii jednej osobie dorosłej wolno wwieźć litr wódki i trzy paczki papierosów. Przy naszym wjeździe padło pytanie (a była głęboka już noc), czy ktoś ma ze sobą coś ponad te limity. Wszyscy chórem i z uśmiechem na twarzy oznajmili, że absolutnie nie, ale każdy uważał, by nie ruszyć nogą, bo dzwoniło jak przy kościele – obkupiliśmy się we Lwowie, cała zatem gorzelnia znajdowała się w bagażu podręcznym, a do szczegółowej, acz wybiórczej kontroli poszły bardzo zgodne z regulaminem torby pakowane w Żółkwi. Niemniej, pomimo dość sprawnych przejść przez granicę, straciliśmy za każdym razem w sumie około półtorej godziny.

Przewodnik nasz powiedział, że w obecnej dobie nie ma takiego strachu jechać samemu na Ukrainę co dwie dekady temu, byle samochód zostawiać na strzeżonych parkingach, albowiem rejestracja mówi sama za siebie. Skądinąd wiemy, że celnicy ukraińscy potrafią samochód rozebrać na części i niekoniecznie prawidłowo go później złożyć, stąd lepiej wziąć nieco gorszy i starszy model. Poza tym szerzy się korupcja, myśmy mieli dać jakąś kawę, żeby przyspieszyć odprawę celną, ale nikt nie chciał odżałować Franza Josifa; mimo to jakoś poszło. Na trasach częste są relikty przeszłości, tzw. GAJe, zwane „DAJami”, tzn. posterunki policyjne, na które też trzeba uważać, jeśli nie chcemy, aby nasz portfel zanadto schudł. Nie powinno się rozwijać zbytniej prędkości, co zresztą i tak jest trudne.

Strona20
Czrnoziemy ukraińskie

Na Ukrainie płaci się w hrywnach (100 kopiejek), tj. około 40 groszy (!). Do zeszłego roku jeszcze za Lwowem bez problemu płaciło się w złotówkach, teraz, chyba w wyniku jakiejś inspekcji, kontroli, nie jest to możliwe, i to od samej granicy.

Większość z nas czuła się tu jak w domu, całkiem swobodnie porozumiewając się po polsku lub (dalej) po rusku. Co jednak ciekawe, wybuch radości po przekroczeniu granicy nie daje się łatwo opisać.

Strona21
Przedwojenna tabliczka graniczna

Strona22
Marszrutka ukraińska. Na Ukrainie przepisy drogowe są tylko dla ozdoby, jeździ się, jak kto chce. Kierowcy marszrutek potrafią w jednej ręce trzymać telefon komórkowy, w drugiej papierosa, kierować łokciami i jeszcze krzyczeć na innych, jak prowadzą. Nigdy nie wiadomo, kiedy taki pojazd przybędzie i dokąd jedzie. Zgadzać się musi tylko kierunek.

Strona23
Nagrobek z przykatedralnego cmentarza w Kamieńcu Podolskim

Trudno powiedzieć wszystko o naszej wspaniałej wycieczce. Zarysowałem jedynie jej kontury. Przez pięć i pół dnia zobaczyliśmy naprawdę dużo, pokonawszy dwa tysiące kilometrów. Za rok wybieram się na Litwę i Białoruś – szykuje się jeszcze ciekawszy i bogatszy program, siedmiodniowy. W planie mnóstwo miejscowości i atrakcji. Przewodnicy mogą planować trasy dojazdowe, co czyni wyjazd fascynującym i nie do końca zaplanowanym, spodziewanym, przewidywalnym. Zainteresowanym powiem, że biuro nazywa się „Wilejka”, siedzibę ma w Łodzi i zajmuje się wyjazdami wyłącznie na Wschód, na nasze prawdziwe Kresy, tereny utracone po układzie jałtańskim, również na miejsca kaźni wojennej. Polecam gorąco tego typu wypady, bo one też nas kształtują i uczą wrażliwości na bardzo nieraz trudny los naszych rodaków w tamtych stronach.


Jacek Brzostowski

Fotografie (poza zdjęciem twierdzy kamienieckiej
oraz figury Matki Bożej w Kamieńcu) są mojego autorstwa