lukasz@sieradz-praga.pl
tel. 696-458-972

Jacek F. Brzostowski

Strona1

Jacek Brzostowski urodził się 17 września 1993 roku. Mieszka w Sieradzu. Jest absolwentem I Liceum Ogólnokształcącego im. Kazimierza Jagiellończyka, obecnie studentem II roku medycyny na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi. Należy do działającego w Sieradzu Koła Literackiego „Anima”. Jest wszechstronnie utalentowany. Jego wielką pasją są: łacina, matematyka, poezja i muzyka klasyczna. Gra na fortepianie, flecie i organach.

Jest laureatem licznych regionalnych i ogólnopolskich konkursów literackich. Zdobył m.in.: I. miejsce w IV Ogólnopolskim Konkursie Literackim „Moja miłość” w Sieradzu, III miejsce w IX OKL „O Złote Pióro” w Warszawie, I miejsce w KL „Eko-Osiedle” w Sieradzu, dwukrotnie Nagrodę Główną w Konkursie Literackim Młodzieżowych Spotkań z Poezją Religijną „Poszukiwanie Światłości” w Sieradzu, dyplom uznania w III OKL „Płynąć pod prąd”, I miejsce i Nagrodę Prezesa Radia Ziemi Wieluńskiej w II OKP „W słowach utopieni” w Raciszynie oraz I miejsce w Międzywojewódzkim Konkursie Poetyckim „Moja szuflada” w Wieruszowie. Wyróżniono go w III OK Poetycko-Prozatorskim „Puls Słowa” dla lekarzy i lekarzy dentystów organizowanym przez Naczelną Izbę Lekarską oraz Okręgową Izbę Lekarską w Warszawie.

Wiersze Jacka były zamieszczone w antologiach Koła Literackiego „Anima” – Życie mi się zdaje i Optymistyka oraz w wielu almanachach pokonkursowych. W 2012 roku jego utwory w wersji polskiej i niemieckiej zostały opublikowane w wychodzącym w Austrii międzynarodowym roczniku „Reibeisen” (był najmłodszym poetą prezentowanym w tym numerze pisma i jednym z dwojga Polaków). W październiku 2013 roku ukaże się pierwszy tomik jego wierszy, zatytułowany Pociąg do nieba.

Osiąga również świetne wyniki w nauce, o czym świadczy choćby fakt, że jest sześciokrotnym stypendystą Prezydenta Miasta Sieradz oraz dwukrotnym Starosty Sieradzkiego.

Maria Duszka,
opiekunka Koła Literackiego „Anima”


===============

Jacek Brzostowski o sobie

Dominus custodit te, Dominus protectio tua super manum dexteram tuam…
Dominus custodit te ab omni malo.

Ps 121 (120), 7

Strona2

W zasadzie o człowieku powinni pisać inni, o ile uznają to za celowe. Niekiedy jednak skreślenie paru słów o SOBIE może być ciekawsze dla czytelnika niż cudze opinie – wszak są to słowa o kimś, kogo zna się najlepiej, choć nigdy do końca. Stąd też, zachęcony usilną perswazją pewnej przesympatycznej pani (o inicjałach IT), napiszę kilka słów, głównie z chęcią przybliżenia kilku moich pasji i co ważniejszych zainteresowań.

Należą do nich w pierwszym rzędzie organy (instrument muzyczny). Szczególną słabość do nich zacząłem przejawiać w wieku lat trzech, gdy razem z mamą chadzaliśmy co niedzielę (po „Ulicy Sezamkowej”) do kościoła na osiedlu Jaworowe, wówczas jeszcze będącego w budowie. Organy tamtejsze dopiero rozpoczynały swą aktywność pod palcami pana Idziego Matyszczaka, co rusz jednak oglądałem się na chór, by przyjrzeć się nowo powstającemu instrumentowi, pomyślanemu zresztą z dużym rozmachem. Po paru latach rodzice moi podjęli niewątpliwy trud kształcenia mnie w kierunku muzycznym. Począwszy od rytmiki w przedszkolu i szkole muzycznej, poprzez przesłuchania u profesora w Kaliszu, organistów z katedr włocławskiej i łódzkiej, skończywszy zaś na krótkim epizodzie w szkole organistowskiej w Lutomiersku. Krótkim dlatego, że pobieranie tam nauk wymagałoby praktycznie zamieszkania w tym miasteczku, by pogodzić kwestie muzyczne i gimnazjum w ramach jednej placówki salezjańskiej, a to nie bardzo mi się uśmiechało. Żal było czternastolatkowi porzucać Sieradz – był rok 2007.

Strona3
Fragment organów w sieradzkim kościele Sióstr Urszulanek pw. św. Stanisława

Cztery lata wcześniej zacząłem uczęszczać do ogniska muzycznego na fortepian. Rozważaliśmy z rodzicami, czy nie zdecydować się na formę regularnej szkoły muzycznej, ale niestety byłem zbyt nieśmiały, zbyt wycofany jako dziecko, a praca na siłę daje gorsze efekty. Stąd też ognisko z jego indywidualnym podejściem do terminatora, tempem pracy, doborem granych utworów, pomijaniem zagadnień już znanych uczniowi, równoległym realizowaniem tematów dla niego nowych, było strzałem w dziesiątkę. Chodziłem tam trzy lata, czyniąc znaczne postępy. Później ze względu na wiek już mnie nie chcieli.

W międzyczasie wziął mnie pod swoje skrzydła pan Sławek Cieślak, organista z sieradzkiej kolegiaty, z którym kontakt miałem od czasu Pierwszej Komunii świętej – śpiewałem wówczas psalm. Podbudowany muzycznie przez ognisko, mogłem zasiąść przy organach i nawet grać na mszach świętych. Oczywiście rozwijałem się stopniowo, ale ustawicznie. W pewnym momencie pożyteczne okazało się odbycie kilku przesłuchań, abym w swej edukacji nie stanął w miejscu. O przesłuchaniach tych wyżej wspomniałem; dodam tylko, że moim talentem nikt się nie zachłysnął. Pan Sławek uczył mię ponadto śpiewu, później przez rok kontynuował to dzieło pan Eugeniusz Sej.

Czytelnik raczy mi wybaczyć nie najpiękniej prowadzoną chronologię, ale wiele działo się równocześnie i trudno przedstawić jaśniej minione wydarzenia.

Jako gimnazista grałem też na flecie – prostym, co jest łatwiejsze niż granie na poprzecznym. Mimo to wspominam ten epizod jako niemałą frajdę.

W końcu, na jesieni roku 2007, trafiłem do pani Ilony Kubiaczykówny z Akademii Muzycznej w Łodzi, która moje umiejętności muzyczne zechciała niejako uporządkować. Uczennica wspaniałych zachodnich szkół reprezentowała najwyższy poziom gry na organach. Instruowała mnie, jak siedzieć, jak trzymać ręce, gdzie winien znajdować się punkt oparcia ciała podczas gry (wszak działają wtedy ręce, nogi, często głos, a zawsze głowa), podawała tym podobne, a bardzo mnogie szczegóły. Usłyszałem wtedy od niej: „Grając tak jak teraz, będziesz w stanie wykonać wiele utworów. Ja nauczę cię grać tak, abyś mógł wykonać wszystkie”.

Strona4

I faktycznie, przez rok bardzo postąpiłem w sztuce muzycznej. Niestety, po jego upływie pani Kubiaczykówna postanowiła wyjechać do Stanów Zjednoczonych (z jej zdolnościami i wiedzą też bym pewno tak postąpił, znała kilka języków), polecając swego kolegę z Częstochowy, pana Jana Mroczka, reprezentującego tę samą zachodnią technikę. Z jego wiedzy i wskazówek korzystałem jeszcze przez dwa lata (w mojej klasie trzeciej gimnazjalnej i drugiej licealnej). Nie napomykam o trudzie częstych dojazdów i do Łodzi, i tym bardziej do Częstochowy, który podjął mój tato.

Strona5
Rodzice Jacka: państwo Maria i Jacek Brzostowscy z najmłodszym braciszkiem Bartkiem

Tak to kształtowały się burzliwe dzieje moich kwalifikacji muzycznych, które staram się ustawicznie podnosić, w chwili obecnej studiując (samodzielnie) teorię muzyki. Jej rozbudowane podstawy nabyłem „po drodze” – ostatecznie najlepiej uczyć się na konkretnych przykładach, a przez długi czas byłem praktykiem – ale nie została ona dostatecznie głęboko ugruntowana.

Inną z moich pasji jest język łaciński. Ostatnio odwiedziłem panią prof. Henrykę Kosecką z sieradzkiego Jagiellończyka, która mnie przesłuchała, stwierdziła, co umiem, i doradziła, na co zwrócić szczególną uwagę. Rozbawiły mnie jej słowa, że umiem nawet za dużo, gdyż wcale tego nie czuję. Łacinę zgłębiałem sam na podstawie dobrych podręczników, również przedwojennych. Miałem z nią kontakt od wielu lat na gruncie kościelnym – ostatnio z ks. Drzewieckim odprawiliśmy mszę łacińską w Charłupi Małej (ja oczywiście przy organach). Mój wujeczny dziadek, śp. ks. Władysław Olejniczak, był wybitnym łacinnikiem, jego ostatnią wolą, niespisaną zresztą, było przekazanie mi książek po sobie, wśród nich wielu cennych woluminów, wydawnictw przedwojennych, brewiarzy, egzemplarzy Pisma świętego, podręczników do łaciny, greki, francuskiego. Przeczytał Biblię 70 razy po polsku, 20 po łacinie, 3 po grecku, zamierzał również przestudiować ją po hebrajsku, tego jednak planu nie zdążył zrealizować. Moim osobistym marzeniem jest zostać kiedyś świętym, jestem miłośnikiem i fascynatem Kościoła katolickiego, a łacina pozostaje do dziś oficjalnym jego językiem.

Strona6 Strona7

Strona8 Strona9

Pani Kosecka przyznała, że gramatyka łacińska to „krecia robota” dla studiującego, ale „voloir c’est povoir” – chcieć to móc. Prof. Kazimierz Jędrzejewski, anatom (studiuję medycynę w Łodzi, idąc w ślady rodziców), jako jeden z nielicznych ludzi w Polsce mówi płynnie po łacinie – co stoi na przeszkodzie, aby pójść też w jego ślady? Język ten jest wciąż językiem ludzi wykształconych, erudytów. A statystycznej młodzieży dzisiejszej brakuje fantazji, jeśli zdobywają się na koncept, bywa on żałosny, czasem niesmaczny, w najlepszym zaś razie nikogo niczego nie uczy. A przecież w każdej chwili możemy się rozwijać, również duchowo. W książce „I wszystko w sny odchodzi…” Ity Turowicz wyczytałem, że dawniejszym dzieciom wystarczyło dać dwa patyki i trzy kamienie, i już wymyślały sobie zabawy. Dzisiaj dwie wywrotki patyków i trzy kamieni to za mało.

Wiele zawdzięczam nauczycielom w gimnazjum i liceum, którzy wspierali mój rozwój w wielu kierunkach, zwłaszcza polonistycznym, matematycznym, historycznym. W gimnazjum pani Bożena Słupiankowa nakłoniła mnie do spróbowania poezji. Na początku wiersze były beznadziejne, ale później pod kierunkiem poetki, pani Marii Duszki, wśród członków Koła Literackiego „Anima”, do którego przystąpiłem, weszły na drogę ewolucji. Decydującą jednak rolę odegrała w tym lektura utworów wielkich poetów, bo jak to powiedziała kiedyś Julia Hartwig , „poezja powstaje z rany zadanej przez innego poetę”. Teraz mam już na koncie kilka całkiem udanych tekstów. Przy okazji wieczorów poetyckich organizowanych przez koło grałem nieraz na pianinie parę chwytliwych utworów.

Liryka jest dla mnie dobrym sposobem na spojrzenie z dystansem naokół. Ostatnio – przez zeszłoroczną chorobę nowotworową, którą przeszedłem pozytywnie z gronem bliskich i wielu ludzi dobrej woli, a także za sprawą świeżo podjętych studiów – nie napisałem nic nowego, ale z drugiej strony, dobry wiersz musi się zrodzić niejako sam, jak to ująłem: „wiersze piszą się same, nie potrzebują poety, jedyne, co mogę zrobić, to cierpliwie wołać je po imieniu”. To swego rodzaju błysk, którego doświadcza się przy obieraniu ziemniaków lub innej, nierzadko mało poetyckiej czynności.

***

spaceruję po śniegu –

nie zasłużył na karę moich śladów
ani razu nie zawiódł Pana Boga
dosłowny do perfekcji
kołderka dnia nocy dywan
współczesny dowód na istnienie nieba

w każdym jego słowie płonie człowiek –

przytulony do przeciwnej strony wiatru

***

Zasługą pani Duszki było wydrukowanie moich wierszy w austriackim roczniku literackim o zasięgu międzynarodowym „Reibeisen”, jako jednego z dwojga Polaków i najmłodszego z twórców. Wiersze przetłumaczyła dr Małgorzata Półrola z Uniwersytetu Łódzkiego.

Wiele zawdzięczam także pani Małgorzacie Wiśniewskiej-Olejnikowej, która zatroszczyła się o status olimpijczyka dla mojej osóbki w XL Olimpiadzie Języka Polskiego i Literatury. Pomogła mi bardzo w tym przedsięwzięciu (pięcioetapowym, należało napisać sumarycznie trzy półnaukowe prace). Przed etapem wojewódzkim, który miał moc zwolnić mnie z matury z języka polskiego i dać wstęp wolny bez żadnych innych egzaminów nawet na Uniwersytet Jagielloński, brała mnie za chabety, zamawialiśmy pizzę i słuchałem całego materiału z klasy maturalnej, gdyż wówczas byłem dopiero w drugiej licealnej. Miało to miejsce po godzinach jej pracy, od piętnastej do dwudziestej pierwszej, przez niemal tydzień. Wspominam te dni z dużym sentymentem, tym bardziej, że cel został osiągnięty – nie zdawałem trzech egzaminów państwowych z języka polskiego, zaliczono je na pięć. A czego się dowiedziałem z tej materii (w klasie biologiczno-chemicznej), ile lektur przeczytałem przy tej okazji, to moje, czyż nie? Dzięki jej zaangażowaniu zdobyłem wiele wysoko punktowanych nagród w ogólnopolskich i innych konkursach literackich, wyszukiwała bowiem regulaminy konkursów, pakowała i wysyłała maszynopisy.

Zainteresowanie matematyką w gimnazjum zawdzięczam pani Danucie Kałuziakowej. To za jej sprawą doszedłem w olimpiadzie gimnazjalnej prawie do najwyższego etapu, a to dużo, zważywszy, że powinowactwo mojego mózgu do matematyki ogranicza się do wspólnej litery „m”. Był to dobry podkład pod zadeklarowaną maturę rozszerzoną z tegoż przedmiotu, który to materiał przerabiałem z moim wujem i ciocią z Wielunia w ciągu niewielu ponad dwóch tygodni (czekając na drugie z dwunastu podanie chemioterapeutyków). Efekt osiągnęliśmy lepszy niż po sześciu latach katowania fizyki rozszerzonej z doskonałym skądinąd nauczycielem – panią Janiną Jadownicką. To dzięki matematyce dostałem się na medycynę, a maturę z niej traktowałem prawie jak rozrywkę – cóż mi zaszkodziło napisanie jednego egzaminu więcej? Zdawałem sobie jednak sprawę, że fizyka może mi nie pójść tak, jakbym sobie tego życzył. Łapali się wszyscy za głowę, cztery rozszerzenia, co ty robisz, wariacie, itd. W konsternację wprawia mnie pytanie: „A po co ci to?!”, które słyszę. Jeszcze nie muszę wiedzieć, po co, to się dopiero okaże. Może po latach, może szybciej. Trzeba czasem pójść na całość. A fizyka przydała mi się do biofizyki medycznej.

W latach gimnazjalnych przez prawie dwa lata uczyłem się francuskiego, też z niezłym rezultatem, bardzo polubiłem ów język, w końcu ma z łaciną wiele wspólnego. Jest z całą pewnością od niej prostszy. Poza tym lubię język niemiecki, angielski mniej.

W wolnym czasie jeżdżę konno, czytam książki (nie tylko podręczniki medycyny), nieraz żegluję (choć nie jest to moją pasją), lubię wędrówki górskie i wycieczki rowerowe z moimi braćmi i tatem. Jako organista zastępuję kolegów i koleżanki po fachu, gdy zachodzi taka potrzeba, a zachodzi, gdyż praca organisty jest niewdzięczna – każdego dnia na posterunku, a w rodzinie lubi się dużo dziać. Jestem miłośnikiem staropolszczyzny, Kresów, międzywojnia. Szczepić na mnie nowe zainteresowania próbuje już od lat przyjaciel rodziny, kolega ze szkolnej ławy mego taty, ks. Wojtek Jadownicki, syn pani profesor, częsty u nas gość. Sam żegluje, nurkuje po całej Europie na głębokości do 40m, jeździ konno, a w ogóle w razie potrzeby ima się wszystkiego.

Biskup Czesław Lewandowski napisał książkę zatytułowaną „Wszystkim dziękuję”. Stała się ona swoistym testamentem. Ja, choć nie wybieram się w ostatnią podróż, podpisuję się pod tymi słowami. W istocie, wszystko zawdzięczam rodzicom, nauczycielom, wychowawcom, przyjaciołom, ludziom zaangażowanym w krzewienie starej, dobrej, sprawdzonej szkoły kultury, dobrego smaku, prostego moralnego kręgosłupa. Wymienienie wszystkich tych osób byłoby zgoła niemożliwe, urażonych mimo to, przepraszam.

W październiku wychodzi we współpracy z panią Gosią Jurkowską mój tomik, literacko dopracowany przez panią Duszkę. Nosi tytuł Pociąg do nieba. Przez bardzo długi czas nie zamierzałem wydawać zbioru swoich utworów, a tym bardziej nie myślałem o jego myśli przewodniej. Po analizie najlepszych tekstów okazało się, że motyw nieba, rozumianego zawsze jako coś dobrego i pięknego, pojawia się w nich najczęściej. Sądzę, że za mało o nim myślimy, mimo że tęsknota za nim jest w nas wpisana.

Wiersze dojrzewają w świadomości poety, a to ich dojrzewanie połączone z lekturą twórczości innych autorów poprawia warsztat. Dobry tekst „pisze się sam”, powstaje ze swoistego błysku, spostrzeżenia, trafnego wniosku, do których dołączają się następne słowa. Dobry wiersz winien być niezwykle precyzyjny, lapidarny, nie może być pisaniem dla pisania. Co więcej, poeta musi umieć bawić się językiem, wykorzystywać go w całości jako tworzywo, ceniąc jego środki stylistyczne, a zwłaszcza wieloznaczność. Stąd w kilku moich tekstach niespodziewane myślniki, półpauzy, odwrócone nawiasy, czasem złamane wersy. Czyni to je wiele bogatszymi.

***

– panie kowalski widział pan swój nekrolog?
– daj pan spokój nie zdążę na pogrzeb
mam już plany na dwa tygodnie w przód
ale wyślę delegację
)małżonka ma mało ruchu – bolą ją włosy
chętnie pójdzie(

znałem się głównie z widzenia
wiem tylko że miałem zawsze temperaturę
trzydzieści sześć i sześć
a Śmierć pozwę nie dalej jak jutro
mam znajomości
to niedopuszczalne żeby przeszkadzała
porządnym obywatelom – w życiu!
tymczasem wybieram się w podróż
wezwano mnie służbowo jako świadka
zapomniałem tylko dokąd
przypuszczam że niedaleko
mam ze sobą nic nie brać
żadnej walizki ani samochodu
idę pieszo zupełnie sam
tak sobie myślę że wezmę jednak dokumenty służbowe

choć ostatnio wszystko mi leci z rąk

***

Zarysowałem mniej więcej swoją sylwetkę, choć ci, którzy mnie znają, mogliby dodać jeszcze co nieco o moich wadach, problemach, trudnościach. Dopiero od niedawna chociażby zacząłem się więcej uśmiechać. W gimnazjum trzeba było uczęszczać przez pewien czas do psychiatry, bo mój perfekcjonizm w zetknięciu z nowym środowiskiem dorastającej młodzieży wywołał natręctwa – a było ich o wiele więcej i do dziś nie brakuje, chociaż są innej natury. Swoją drogą nadmiar wiedzy szkodzi… Któż jednakowoż nie boryka się ze sobą, mniej lub bardziej? A przecież każde ziarnko piasku pochłonięte przez ostrygę może stać się perełką. Tą ostrygą jesteśmy my, wsparci Bożą łaską, z którą obyśmy chcieli współpracować.


Jacek Franciszek Brzostowski