lukasz@sieradz-praga.pl
tel. 696-458-972

Sieradzki cmentarz i jego mieszkańcy – wspomnienia Ity Turowicz

Z książki Ity Turowicz „I wszystko w sny odchodzi”

Strona 001Bywają cmentarze piękne, zadbane jak ogrody, bywają ciche i zadumane jak wiejski zakątek, albo dostojne i monumentalne jak warszawskie Powązki, bądź też zimne,anonimowe i wiatrem przewiane jak podstołeczna Wólka Węglowa, gdzie chyba najsmutniej spocząć. Jaki jest nasz stary sieradzki cmentarz? Ze swoim prastarym kościółkiem Świętego Ducha, z szumem starych brzóz i kasztanów, świergotem ptaków w ich koronach, ze swoimi legendami, wciąż rosnącą liczbą znajomych nazwisk na tablicach i nagrobkach? No cóż, jest swojski, bliski sercu i miły. Najlepiej o tym świadczy fakt, że nigdy nie brakuje tu żywej duszy, zawsze spotyka się ludzi, szukających spotkania z bliskimi, zakrzątnięcia wokół mogilnych grządek i rabatek, a choćby i posiedzenia chwili w zadumie nad życiem i przemijaniem. Mało jest w dzisiejszym, zaprogramowanym na pośpiech życiu miejsc zachęcających do takiej refleksji.
Mnie szczególnie bliska jest myśl wyrażona kiedyś przez kardynała Josepha Ratzingera, dziś papieża Benedykta XVI, zamieszczona w jego medytacji na uroczystość Wszystkich Świętych: „Cmentarz – plac żałoby i przemijania – staje się oto miejscem nadziei. (…) Widać to w zewnętrznym wystroju cmentarza: zdobią go kwiaty i drzewa, taki mały raj pokoju w niespokojnym świecie, taki znak nowego życia”.
Gdy idzie się od strony miasta, już na wysokości muru cmentarnego poprzez korony drzew, ciemna wśród zieleni, przeziera wieżyczka kościółka Świętego Ducha. Czy ktoś może wyobrazić sobie nasz stary cmentarz bez jego charakterystycznej, wiekowej sylwetki i skojarzeń, jakie budzi? Odsyła nas natychmiast do wiary praojców, którzy ważne sprawy własne i Ojczyzny kierowali w pierwszym rzędzie do Boga.
Rycerstwo Ziemi Sieradzkiej, wystawiwszy dwie chorągwie przeciw Krzyżakom, na błoniach pod Grunwaldem wraz z 34 tysiącami Jagiełłowego i Witoldowego wojska z pełnych serc, nie szczędząc płuc i gardeł, wznosiło hymn do Bogarodzicy. Na polu jednej z największych bitew średniowiecznego świata okryło się sławą, odbijając z rąk Krzyżaków wielką chorągiew Królestwa (za co Sieradz otrzymał przywilej używania do pieczęci czerwonego, przysługującego tylko królom laku). A po powrocie w domowe pielesze rycerze jako wotum dziękczynne w 1416 roku wystawili ten właśnie drewniany kościółek. Umieli z całych sił prosić, ale i dziękować…
Że zaś tak odległe zwycięstwo mogło nawet po pięciu wiekach kłuć w oczy, niech
świadczy fakt wydania w czerwcu 1935 roku w Prusach Wschodnich zakazu sprzedaży i rozpowszechniania Krzyżaków Henryka Sienkiewicza. A także to, iż przez cały okres okupacji gestapo intensywnie acz bezskutecznie poszukiwało ukrytego w 1939 roku (początkowo w Lublinie, potem w grobowcu na wiejskim podlubelskim cmentarzu) obrazu Matejki Bitwa pod Grunwaldem, ukazującego wielką klęskę Niemców. Minister propagandy Trzeciej Rzeszy Goebbels wyznaczył ogromną nagrodę za odnalezienie płótna lub choćby informację o nim. Bliższą zaś Sieradzowi dygresję o wciąż żywej tradycji grunwaldzkiej znalazłam w krótkim wspomnieniu pióra Janiny Mrozińskiej o obozie harcerskim „Strażnica”, zorganizowanym przez hufiec sieradzki w Perzynach nad Jeziorem Zbąszyńskim, na ówczesnym pograniczu niemieckim, w lipcu 1939 roku. Po drugiej stronie jeziora obozowała, dając upust hałaśliwej antypolskiej propagandzie, młodzież hitlerowska. W ramach szeroko zakrojonej akcji kulturalnej prowadzonej przez sieradzkie harcerki, mającej na celu umocnienie polskości tej wsi, „szczególnie niezapomniane było ognisko, zorganizowane tuż pod bokiem Niemców 10 lipca, w rocznicę ich haniebnej klęski pod Grunwaldem…

Strona 002
Kościółek Grunwaldzki w latach 30. XX wieku: do ścian przytwierdzano tabliczki zdjęte podczas pogrzebu z trumien;
fot. ze zbiorów E. Grobelnego

Ponieważ historia nie oszczędzała naszego narodu, nie oszczędzała też Sieradza i samego kościółka. Najazdy i zarazy, zabory, powstania i wojny, każdorazowa pauperyzacja ludności spowodowały, że w już w latach międzywojennych budynek kościoła św. Ducha – przeniesiony w połowie XIX wieku z pobliża starego szpitala na teren cmentarza grzebalnego – domagał się kapitalnego remontu. W 1937 roku na zamówienie proboszcza Walerego Pogorzelskiego został nawet wykonany kosztorys renowacji, opiewający na sumę ponad 8 tysięcy złotych. Jednak do prac nie doszło, wybuchła druga wojna światowa. A tuż po wojnie kościółek był w tak opłakanym stanie, że zdaniem ówczesnego architekta powiatowego, nadawał się tylko do rozbiórki.
Odnotował to pierwszy powojenny proboszcz, przybyły do Sieradza w marcu 1945 roku, ksiądz Apolinary Leśniewski. Pragnął za wszelką cenę zachować zabytkową budowlę i w tym celu odbył szereg rozmów i narad z miejskimi przedstawicielami kultury i sztuki nowych władz, jednak wobec braku zrozumienia – postanowił uratować ją sam. W kronice parafialnej we fragmencie dotyczącym kościółka zostało zapisane:
„Wykorzystałem trafnie ostatnią szansę”. Pomogły mianowicie władze sieradzkiego więzienia. Tego samego okrutnego komunistycznego więzienia, które zamiast przestępców i bandytów miało niebawem więzić patriotyczną młodzież, księży, inteligencję… do którego miał w swoim czasie trafić i ksiądz Leśniewski. Ale ten etap dopiero się zbliżał. Na razie, w 1945 roku, władze więzienia zaproponowały proboszczowi pomoc niemieckiego jeńca wojennego, inż. Hausera, który po dokonaniu wizji lokalnej w towarzystwie uzbrojonego strażnika „zaryzykował podjąć się renowacji kościółka i dzięki niemu zdołaliśmy – relacjonuje proboszcz – nie tylko kościółek odbudować, ale przywrócić mu jego pierwotną formę, tak że na Wszystkich Świętych 1945 roku kościółek Grunwaldzki został oddany do użytku, mogliśmy bezpiecznie odprawić nabożeństwo żałobne i podziękować Bogu za dokonane prace”.
Gdyby ksiądz Apolinary w czasie swojego proboszczostwa nie dokonał nic innego poza zachowaniem zabytkowego kościółka, już za to samo należałaby mu się wdzięczność od nas wszystkich. Czy nie warto wspomnieć o tym, gdy wchodzimy przez bramę cmentarza, zmierzając do naszych drogich zmarłych?

Ita Turowicz