lukasz@sieradz-praga.pl
tel. 696-458-972

Potrzeba pamięci. Refleksje wokół 150. rocznicy Powstania Styczniowego 1863

Ita Turowicz

001

Prolog

Każdy z nas ma swoją historię, mają ją narody, mają miasta i kraje. To, co się na nią składa, decyduje o naszej tożsamości. Nikt nie chce być zlepkiem teraźniejszych, ulotnych chwil. Jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, nie tylko w wyniku naszych indywidualnych wyborów – choć we wczesnej młodości tak nam się może wydawać.

Na nasze istnienie, drogę życiową, także na nasze wybory mają wpływ inni, ci, co byli przed nami, w skali rodzinnej, środowiskowej, narodowej, ci, co – przynajmniej w naszej polskiej historii – niejako utorowali nam drogę. Co z nią zrobimy? Czy zachowamy to, co w niej najcenniejsze, i przekażemy kolejnym pokoleniom?

Widzimy w dzisiejszym świecie wielkie zmaganie o Nowy Porządek – nowego człowieka, wyzwolonego z tego, co go niejako z natury determinuje: a więc z rodziny (która ponoć jest komórką toksyczną i rodzi przemoc), z płci (bo można sobie wybrać dowolną, i to kilka razy), wyzwolonego z przynależności do narodu (bo to ponoć nacjonalizm i faszyzm), także z religii (bo fundamentalizm), nawet ze zdrowego rozsądku. I – co niesłychanie ważne – wyzwolonego z pamięci.

Podczas spotkania promocyjnego mojej książki I wszystko w sny odchodzi… w czerwcu 2010 roku przywołałam słowa Zygmunta Krasińskiego, który w roku 1847, w obliczu silnej polityki antypolskiej prowadzonej przez zaborców tak opisał te działania i ich cel (pozwolę sobie to powtórzyć i prosić o zapamiętanie, zwłaszcza drugiej zwrotki):

Na polach wokół najemne grabarze
Kopią w głąb ziemię – i broń poszczerbioną,
Obrazy świętych i stare ołtarze,
Na pył rozbiwszy, rzucają w jej łono –

By nie stał żaden przed oczyma ludzi
Pomnik dni dawnych – by ziemia ta cała
Nagim – bez krzyżów – cmentarzem się stała,
Gdzie z snu wiecznego mój lud się nie zbudzi.
(wiersz Dzień dzisiejszy, 1847)

002A

W ten wieszczy obraz dobrze wpisują się – a przestroga poety jasno je tłumaczy – współczesne boje o pomnik smoleński, o krzyże dla upamiętnienia ofiar, z centralnym krzyżem harcerskim na Krakowskim Przedmieściu w stolicy. Komuś niebezpieczne wydaje się upamiętnianie tego tragicznego wydarzenia. Ktoś chce, byśmy o nim jak najszybciej zapomnieli. Wtedy, latem 2010 roku, byliśmy już po wstrząsie katastrofy smoleńskiej, ale jeszcze nie zdążyło się w pełni ujawnić niesłychane matactwo wokół wyjaśniania (czy zacierania i gmatwania) prawdy o jej przyczynach. By ludzi zmęczyć tematem, by im go obrzydzić, by zniechęcić do podejmowania rzetelnych, naukowych dociekań, byśmy zżymali się na samo wspomnienie Smoleńska. Bo w końcu „katastrofy się zdarzają”. A państwo oczywiście „zdało egzamin”. Na szczęście są jeszcze środowiska w kraju i za granicą, które się tym manipulacjom nie poddają, dążąc do prawdy. Tylko i aż do Prawdy. Jesteśmy my, którzy chcemy pamiętać.

Powstanie Styczniowe 1863

003

Artur Grottger, Bitwa, z cyklu „Polonia 1863″

Przeżywamy w tym roku 150. rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego. Można powiedzieć, że jego przekaz ukształtował patriotyzm Polaków przełomu XIX i XX wieku. Do dziś śpiewana w uroczystych narodowych momentach suplikacja „Boże, coś Polskę…” zrodziła się wtedy. Wbrew propagandzie, powstanie nie było akcją „gorących głów”, spontaniczną, wcześniej nieplanowaną. Dojrzewało w sercach i umysłach Polaków przez lata, zwłaszcza po otrząśnięciu się z przygnębienia i strat klęski 1831 roku. Wystąpieniu zbrojnemu przeciw caratowi sprzyjały zarówno nastroje europejskie po Wiośnie Ludów 1848-1849, śmierć dwóch satrapów, Mikołaja I i namiestnika Iwana Paskiewicza, jak i wywalczone bronią zjednoczenie Włoch w 1861 roku. Walka zbrojna była tak dalece akceptowaną formą realizowania wyzwoleńczych tęsknot, że wielki kompozytor Giuseppe Verdi w liście do swego librecisty pisał: „Wyobraża Pan sobie, że chciałbym zajmować się teraz nutami, dźwiękami? Jest tylko jeden i winien być jeden rodzaj muzyki, który Włochom miło brzmi w uszach: muzyka karabinów i armat!”. Polskie powstanie planowano rozpocząć wiosną 1863, jednak zarządzona przez margrabiego Wielopolskiego w nocy z 14 na 15 stycznia branka polskiej młodzieży do carskiej armii doprowadziła do wybuchu w ekstremalnie niekorzystnych warunkach, wśród styczniowego mrozu i nieukształtowanych jeszcze struktur.

Tym niemniej do kolejnych pokoleń rozdartego zaborami i upokorzonego niewolą narodu żywo przemawiała romantyczna legenda bohaterskiego zrywu, z góry skazanego na klęskę wobec miażdżącej przewagi wroga i braku pomocy z zewnątrz, do którego jednak przystępowali ochotniczo rozpaleni patriotycznym zapałem i straceńczą odwagą Polacy. Bez regularnej armii, w 1200 bitwach i potyczkach, na rozległym terenie Królestwa Polskiego, Litwy i Wołynia, wiążąc 400-tysięczną armię zaborcy, walczyli ponad 450 dni, a rozproszone oddziały jeszcze dłużej. W legendzie odchodzą na margines, bledną i nikną ówczesne swary i spory, zdrady, donosy, brak koordynacji czy dowódczych talentów. To było, ale nie było najważniejsze. Cudowne w legendach jest to, że potrafią wyłuskać z magmy wydarzeń ich najistotniejsze jądro, podnieść je i pokazać w pełnym blasku.

004
Henryk Pillati, Pogrzeb pięciu ofiar manifestacji w Warszawie w roku 1861

005
Aleksander Lesser, Pogrzeb pięciu poległych na Starych Powązkach w Warszawie, 1861

Dostępna w drugiej połowie XIX wieku sztuka fotograficzna zostawiła nam tysiące dagerotypowych obrazów męskich, a także młodzieńczych postaci w narodowych czamarach, konfederatkach, rogatywkach, z pistoletami za pasem, zawsze z klamrą o patriotycznym symbolu, wspartych na szabli, a nawet z zatkniętą na sztorc kosą. Obrazy Grottgera, Gierymskiego, Malczewskiego, Andriollego, Matejki i innych przechowały dla potomnych tragiczne i heroiczne sceny powstańcze, zarówno w polu, w leśnych miejscach zbiórki, w zasadzkach i potyczkach, w spustoszonych dworach i zbezczeszczonych świątyniach.

006
Artur Grottger, Świętokradztwo, z cyklu „Wojna”

Ta ikonografia weszła w skład uposażenia duchowego kilku pokoleń Polaków. W legionach Piłsudskiego dalej śpiewano powstańcze piosenki – „w krwawym polu srebrne ptaszę, poszli w boje chłopcy nasze” czy „obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni” – sama pamiętam z dzieciństwa śpiewającą je czystym sopranem ciocię Jankę, siostrę ojca, których dziadek Michał Turowicz, jeden z 38 tysięcy zesłanych za udział w powstaniu Polaków, wrócił z Syberii bez nogi. A jakże silnym, przejmującym obrazem dla zbiorowej pamięci stał się końcowy dramatyczny akord, w istocie zamykający powstanie – wzgórze cytadeli warszawskiej, na której 5 sierpnia 1864 roku powieszono ostatniego dyktatora Rządu Narodowego Romualda Traugutta i jego czterech towarzyszy, w ogromnej asyście rosyjskiego wojska, a także w obecności klęczącego 30-tysięcznego tłumu, śpiewającego przez zaciśnięte gardła „Święty Boże! Święty Mocny! Święty a Nieśmiertelny! Zmiłuj się nad nami „. Nie mogły zagłuszyć tego śpiewu głośne dźwięki specjalnie sprowadzonej wojskowej orkiestry.

007
Awit Szubert, tableau ZA WIARĘ I OJCZYZNĘ/ 1863/ ROZSTRZELANI / POWIESZENI, ok. 1868

Do powstania 1863 roku włączyło się z wielkim zaangażowaniem, płacąc ogromną daninę krwi, polskie duchowieństwo. Plebanie i klasztory były często miejscami spotkań, zbiórek, także miejscem przechowywania broni czy ukrywania rannych. Wcześniej uroczystemu pogrzebowi w dniu 2 marca 1861 roku pięciu zabitych przez carską policję na placu Zamkowym przewodniczył, wbrew namiestniczym ostrzeżeniom, metropolita warszawski abp Antoni Melchior Fijałkowski, który mimo wielokrotnych nacisków władz rosyjskich nie przeciwstawił się nigdy odbywanym w kościołach nabożeństwom za Ojczyznę, patriotycznym śpiewom. Po kwietniowej masakrze ponad stu manifestantów ogłosił w Warszawie żałobę narodową, która niebawem ogarnęła inne miasta Królestwa Polskiego i ziemie dawnej Rzeczypospolitej, Litwę, Ruś i Galicję. Pogrzeb abpa Fijałkowskiego 10 października 1861 roku przybrał charakter wielkiej patriotycznej manifestacji, po której namiestnik rosyjski gen. Karol Lambert ogłosił dla Warszawy stan wojenny. Kiedy rosyjska policja w ramach represji zaczęła wpadać do świątyń, porywać i bić zgromadzonych tam na patriotycznych nabożeństwach ludzi, a doszło nawet do rozlewu krwi w warszawskiej katedrze i kościele św. Anny, władze kościelne na znak protestu pozamykały świątynie. W ramach solidarności niektórzy rabini, m.in. Izaak Kramsztyk, kazali zamknąć warszawskie synagogi. Przed swoją śmiercią abp Fijałkowski w słowach testamentu zwrócił się do podległych sobie księży: „Trzymajcie zawsze z narodem, starajcie się jako pasterze ludu bronić sprawy wspólnej Ojczyzny i nie zapominać nigdy, że jesteście Polakami”. Takie słowa nie mogły nie zaowocować solidarnym i patriotycznym zachowaniem kapłanów.

009A Abp Antoni Melchior Fijałkowski (1778-1861)

008A Abp Zygmunt Szczęsny Feliński (1822-1895)

Następca abpa Fijałkowskiego na metropolii warszawskiej, abp Zygmunt Szczęsny Feliński, przyszły święty, na którego kadencję przypadł wybuch powstania, opowiedział się jednoznacznie po stronie narodu, w obliczu krwawych represji pisząc list do cara: „Krew płynie wielkimi strumieniami, a represje zamiast uspokoić umysły, jeszcze bardziej je rozdrażniają. W imię miłosierdzia chrześcijańskiego i w imię interesów obu narodów, błagam Waszą Cesarską Mość, abyś położył kres tej wyniszczającej wojnie… Polska nie zadowoli się autonomią administracyjną, ona potrzebuje bytu niepodległego”. Kiedy zaś jako więzień stanu został pod eskortą wojskową deportowany do Petersburga, na żądanie cara potępienia powstańców i zerwania kontaktów z Rzymem odpowiedział: „Losy narodów są w rękach Boga i jeśli w zamiarach Bożych godzina wyzwolenia dla Polski wybiła, opór Waszej Cesarskiej Mości nie przeszkodzi w wykonaniu Pańskiego wyroku”. Rozsierdzony Aleksander II zesłał go w głąb Rosji, do Jarosławia nad Wołgą, gdzie arcybiskup spędził 20 lat, nie przestając być metropolitą Warszawy, do której nawet po zakończeniu zesłania nie pozwolono mu wrócić. Jego szczątki sprowadzono do Warszawy i złożono w podziemiach archikatedry św. Jana w 1920 roku. Prymas Tysiąclecia, Stefan kardynał Wyszyński powiedział o nim: „Idźcie do katedry i pochylcie swoje głowy u jego sarkofagu, a zobaczycie: tam leży Człowiek, o którym mówiono, że przegrał, a to jest – Zwycięzca!”. Z okazji wyniesienia na ołtarze Zygmunta Szczęsnego Felińskiego w 2009 roku polscy biskupi napisali w Liście pasterskim: „Wraz z rządami abpa Felińskiego przeszedł przez Warszawę i całe Królestwo «powiew Ducha Świętego», który umocnił duchowo Kościół i pomógł Narodowi przetrwać trudny okres powstania styczniowego i ciężkie lata represji”.

017 018
Ksiądz Stanisław Brzóska, zdjęcie prymicyjne (1834-1865)

Ksiądz Stanisław Brzóska, przywódca powstania na Podlasiu, w czerwcu 1863 roku został mianowany przez Rząd Narodowy naczelnym kapelanem wojsk powstańczych w stopniu generała. Był ostatnim powstańcem w Królestwie do późnej wiosny 1865, kiedy to pojmano go, przewieziono do Warszawy, gdzie sąd polowy w cytadeli wydał wyrok śmierci przez powieszenie, a podpisał go sam namiestnik feldmarszałek Friedrich (Fiodor) von Berg, ten sam, którego rozkazem wyrzucono na bruk z warszawskiego pałacu Zamoyskich fortepian Chopina, co unieśmiertelnił w wierszu C.K. Norwid. Ksiądz Stanisław Brzóska został powieszony 23 maja 1865 roku, w dzień targowy na rynku w Sokołowie Podlaskim, gdzie siedem lat wcześniej, zaraz po otrzymaniu święceń kapłańskich przybył pracować jako wikary. Szloch 10-tysięcznego tłumu zagłuszały warczące werble rosyjskich sołdatów. We wsi Krasnodęby-Sypytki, w miejscu aresztowania ks. Stanisława Brzóski, wzniesiono kamienny pomnik z tablicą: „Gdy pamięć ludzka gaśnie, mówią kamienie. Tu ukrywał się i został aresztowany gen. ks. Stanisław Brzóska, ostatni Komendant Powstania 1863 r. na Podlasiu oraz jego adiutant Franciszek Wilczyński. Wielka chwała bohaterom”.

019
Artur Grottger, Przysięga, z cyklu „Lituania”

Powstanie Styczniowe bywa czasem nazywane „powstaniem świętych”, bo wzięli w nim udział późniejsi święci i błogosławieni Kościoła katolickiego. Adam Chmielowski, znany dziś jako święty brat Albert, walczył pod Leonem Frankowskim i Marianem Langiewiczem, dwukrotnie pojmany uciekał z niewoli, w walkach stracił lewą nogę. Józef Kalinowski, późniejszy karmelita bosy święty Rafał Kalinowski, powstańczy minister wojny walczący w rejonie Wilna, pojmany i zesłany na 10 lat przymusowych robót na Syberii, wspomagający tam duchowo współbraci zesłańców. Wacław Koźmiński, znany później jako kapucyn Honorat Koźmiński, beatyfikowany w 1988 roku, wspomagał powstańców w Lubelskim, regionie szczególnej aktywności powstańczej. Polacy oczekują rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego Romualda Traugutta, 38-letniego w chwili śmierci kandydata na ołtarze, człowieka wielkiej wiary, gorącego patriotyzmu, niezłomnej prawości i odpowiedzialności za wspólną sprawę, która mimo braku wiary w zwycięstwo kazała mu ująć ster powstańczego Rządu Narodowego i na koniec zaprowadziła na szubienicę. Na przeszkodzie wciąż stoi brak ustalonego miejsca pochówku szczątków i dostępu do dokumentacji znajdującej się po stronie rosyjskiej. W oddziałach walczyło, niejednokrotnie pełniąc odpowiedzialne funkcje we władzach powstańczych, również krzepiło i wspomagało duchowo, błogosławiło idących do boju, a także oddawało ostatnią posługę in articulo mortis, wielu świętych kapłanów, licznie zasilających szeregi powstańcze zakonników, o których świętości wie tylko Bóg. Ginęli jak inni od kozackich szabel, kul, rozstrzeliwani i wieszani w karnych, często publicznych egzekucjach, wędrowali na Syberię lub trafiali do kazamatów. Ich roli w podtrzymywaniu ducha polskości i ofiary, wiary katolickiej i wierności Ojczyźnie w trudnych wiekach niewoli nie sposób przecenić.

010
Jan Rosen, Powstańcy z roku 1863, 1880

Legenda Powstania Styczniowego zatoczyła szerokie kręgi, docierając do innych krajów europejskich, których ludność w większości sympatyzowała ze zrywem Polaków. Dwadzieścia cztery lata po klęsce powstania znany duński krytyk i historyk literatury Georg Brandes napisał w 1888 roku książkę o Polsce, „Polen”, w której zamieścił słowa:

Polskę miłuje się nie tak, jak się kocha Niemcy lub Francję czy Anglię, lecz ją się kocha tak, jak się kocha wolność. Bo kochać Polskę znaczy kochać wolność, mieć sympatię głęboką dla nieszczęścia, podziwiać odwagę i zapał wojenny. Polska jest symbolem, symbolem wszystkiego, co najszlachetniejsi w ludzkości umiłowali i za co walczyli. Wszędzie, kto w Europie o wolność walczy, ten i za Polskę walczy.

011   012
Drukowany w Paryżu obrazek ryngrafu z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, na odwrocie orędzie papieża Piusa IX, nakazujące modlitwy za Polskę, 31 sierpnia 1863

 

Rocznice

Powstańcy styczniowi otoczeni byli, zwłaszcza w zaborze rosyjskim i w Galicji, powszechnym szacunkiem. W 50. rocznicę powstania, w 1913 roku, strzelcy Piłsudskiego oddawali im honory, defilując przed nimi. W niepodległej Polsce generał pierwszy salutował weteranowi powstania – tak wyglądała wojskowa etykieta w dwudziestoleciu. Garstka powstańców styczniowych uczestniczyła – na poczesnych miejscach – w pogrzebie marszałka Józefa Piłsudskiego, a u czoła trumny Naczelnika Państwa zatknięte były obok sztandaru Legionów sztandary powstańcze z 1830 i 1863 roku. Jakże dobrze rozumiano wtedy potrzebę kultywowania pamięci narodowej.

W 75. rocznicę Powstania Styczniowego, w 1938 roku, znany pozytywista, żaden tam romantyk, sędziwy Aleksander Świętochowski napisał znamienne słowa:

Po rozbiorach Polacy mieli do wyboru dwie drogi: albo wynaturzyć się, znikczemnieć, posłużyć za karm dla swych zaborców, albo nie bacząc na wszystkie straty, porażki, ruiny – ratować swoje życie ciągłym buntem przeciw gwałtom… Być może, iż bez rewolucji roku 1830 i 1863 naród nasz doskonale by się utuczył i ważyłby dużo, ale prawdopodobnie byłby dziś tylko spasionym wieprzem…

A przedtem tłumaczył, że przegrana walka miała również…

…inne, nie tak łatwo dostrzegalne skutki – w natężonym drganiu strun uczuciowych narodu, we wzlocie duchów na szczyty bohaterstwa i ofiary, w kulcie czci dla męczenników, w oczyszczaniu się dusz mocnym ogniem niesamolubnego zapału, w idealizacji życia, celów i dążeń. Tego nie da najcieplejszy dom i najpełniejsza misa, a jeżeli chodzi nam o dobro i gust przyszłych pokoleń, to im chyba najmniej na tym zależeć będzie, ażeby przodkowie patrzyli z przeszłości i w przyszłość z tłustymi i rumianymi gębami (…).

Kolejna, 100. rocznica powstania przypadła w 1963 roku, w czasach Gomułki, w kraju znów poddanym decyzją obcych mocarstw w sferę wpływów rosyjskich, tym razem spod znaku czerwonej gwiazdy. Nie mogła zatem zostać właściwie uczczona. Małym świadectwem czasu niech będzie pamiątkowa tablica ufundowana przez uczniów szkoły w Białej Podlaskiej, do której swego czasu uczęszczał ks. Stanisław Brzóska, gdzie nie można było wymienić należnego mu stopnia generała. W prasie krajowej natomiast podkreślano prawie wyłącznie lekkomyślność, marzycielstwo i brak odpowiedzialności polskich kręgów wojskowo-politycznych. Czyli dokładnie to samo, o co oskarżali powstańców carscy urzędnicy.

013
Tadeusz Ajdukiewicz, Obóz powstańców w lesie, 1875

W roku 112. rocznicy powstania, 1975, został nakręcony przez Jerzego Antczaka arcypolski film „Noce i dnie” na podstawie powieści Marii Dąbrowskiej, z pięknymi rolami Jadwigi Barańskiej i Jerzego Bińczyckiego. Film był wielokrotnie nagradzany, nominowany do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Ale… dotykał tematu Powstania Styczniowego skierowanego przeciw Rosji, represji carskich, jakie dotknęły polską klasę ziemiańską, mówił o konfiskacie majątku m.in. rodziny Niechciców za udział w powstaniu, wzruszał śpiewem patriotycznych pieśni, tragedią starego powstańca Klemensa, scenami z powstańczego pobojowiska, stylizowanymi niemal na sztychy Grottgera. Jerzy Antczak, urodzony dziesięć lat przed wojną na Wołyniu, w latach 1963-1975, czyli do czasu nakręcenia „Nocy i dni”, był naczelnym reżyserem i dyrektorem Teatru TV (130 premier), w 1977 założył Zespół Filmowy NURT, który jednak został rozwiązany w tym samym roku, nie wyprodukowawszy żadnego filmu. Antczakowi nie pozwolono już na następny film. Dla ówczesnego władcy polskiej kultury i kinematografii w rządzie Jaroszewicza, partyjnego ideologa Janusza Wilhelmiego, zwanego Wielkim Inkwizytorem, musiało być za wiele, kiedy na peerelowskim ekranie, pięć lat po krwawym stłumieniu protestów robotniczych w grudniu 1970 roku, Henryk Borowski w roli wuja Klemensa śpiewał z uniesieniem przejmujące słowa powstańczej pieśni, tak mocno rezonujące w duszach Polaków:

Za plemion całych zmarnowane lata,
Co im w zepsuciu truto myśl i cześć,
Za niecne jarzmo, które wobec świata
Jęcząc i drzemiąc, mogli dotąd znieść.

Na bój, Polacy, na święty bój!
Na bój, Polacy, na bój!

Wobec braku możliwości pracy i rozmaitych szykan Jerzy Antczak wraz z żoną Jadwigą Barańską wyemigrował w 1979 roku do USA. Dla świetnej aktorki oznaczało to pożegnanie z aktorstwem. On po paru trudnych latach otrzymał posadę wykładowcy na Uniwersytecie Kalifornijskim UCLA w Los Angeles. Wprawdzie po 1989 roku nakręcił w Polsce gościnnie „Damę Kameliową” i film „Chopin. Pragnienie miłości”, ale polska kinematografia straciła wybitnego, znakomicie czującego polskość twórcę i reżysera. I tak oto temat powstania 1863 roku wciąż okazywał się dla pewnych kręgów politycznych toksyczny. Najchętniej zostałby wymazany z narodowej pamięci.

W 1993 roku, już po przemianach okrągłostołowych, w 130. rocznicę Powstania Styczniowego, Juliusz Machulski zaprezentował film „Szwadron”, oparty na autentycznej postaci Dobrowolskiego, Polaka zdrajcy, który wykorzystuje pozyskane w przedpowstańczej konspiracji dane, przekazując je Rosjanom. Szlachta została pokazana jako przeciwna uwłaszczeniu chłopów i gorliwie wierna carskiemu wojsku. Czyli – w momencie, kiedy można by już tworzyć filmy pokazujące wielkość tragedii i chwały polskiego powstania, cenzurę zastąpiła autocenzura, albo – bardzo lansowana dziś opcja pokazywania tego, co stawia naród w jak najgorszym świetle. Eksponuje się jednostkowe, a w każdym razie nie powszechne przypadki, przy okazji fałszując historię (kuriozalny przykład książek J.T. Grossa). Uwłaszczenie chłopów było wszak jednym z pierwszych postulatów Tymczasowego Rządu Narodowego, złożonego z przedstawicieli szlachty, ziemiaństwa i inteligencji, potem dopiero wykorzystanym przez carat w celu odciągnięcia chłopów od powstania. Tak więc temat wielkiej legendy i prawdy Powstania Styczniowego oraz innych naszych zrywów niepodległościowych wciąż czeka na uczciwe, rozumiejące polskiego ducha przedstawienie. Ogólnie jednak, jak napisał o współczesnym filmie jeden z krytyków, nie liczy się już prawda i piękno przekazu, liczą się efekty specjalne. Film przestał patrzeć w kierunku wielkiej sztuki, patrzy w kierunku kasy.

014
Tadeusz Ajdukiewicz, Scena z powstania styczniowego, 1875

Obecnie, w styczniu 2013 roku, przeżywając okrągłą 150. rocznicę Powstania Styczniowego, powinniśmy ją byli wreszcie uczcić tak, jak na to zasługuje. Z pełną świadomością, że bez tego powstania i tej ofiary krwi rozpłynęlibyśmy się (być może z „tłustymi i rumianymi gębami”) w żywiole rosyjskim. Że bez niego trudniej byłoby nam „wybić się” na niepodległość w 1918 roku, trudniej byłoby zbudować Podziemne Państwo pod niemiecką okupacją (bo zalążki takiego państwa powołali już powstańcy, z aparatem administracyjnym symbolizowanym przez powszechnie szanowaną pieczęć Rządu Narodowego, ze skarbem, próbą formowania regularnego wojska, z fenomenem na skalę światową w postaci licznej podziemnej prasy – której doświadczenie przydało się zarówno za Niemca, jak i później, w stanie wojennym 1981).

W „normalnym” kraju, takim, jaki budowaliśmy po 1918 roku, główne programy telewizyjne poświęciłyby całe bloki przypominaniu wszystkich aspektów narodowego zrywu, na poziomie szkolnym, popularnym i wyższym, popularyzowaniu jego dokumentacji historycznej, pamiątek, ikonografii, podejmowałyby relacjonowanie nowych, przedsiębranych poczynań naukowych wokół tego kręgu zagadnień (jak choćby wszczęte wreszcie poszukiwanie miejsca pochówku Romualda Traugutta). Powstawałyby filmy fabularne, wystawy. Tymczasem 22 stycznia tego roku zarówno jedynka, jak i dwójka TVP, także TVN, zaprezentowały zwykłą ramówkę o dobrze znanym poziomie, jedynie kanał TVP Historia (i chwała mu za to) poświęcił główny blok swoich audycji filmom, pieśniom, fotografiom, rekonstrukcjom wydarzeń tamtego niezwykłego dla Polaków 1863 roku. Dziś nawet myślę, że było świadomym wybiegiem reformatorów publicznej telewizji rozbicie jej na kanały tematyczne, z natury rzeczy niszowe, by uwolnić te najbardziej dostępne i powszechnie odbierane od wątków historycznych, niemile widzianych przez kręgi decyzyjne, bo sprzyjających narodowej pamięci. A pamięć potrafi być zagrożeniem dla chcących dzierżyć rządy polskich dusz.

Sieradzan odsyłam do ostatniego, przebogatego numeru 1/2013 kwartalnika „Na Sieradzkich Szlakach”, w całości poświęconego przebiegowi Powstania Styczniowego na Ziemi Sieradzkiej. Z niego dowiemy się, że jeden z pięciu manifestantów, poległych od kul carskich żołnierzy na placu Zamkowym w Warszawie w dniu 27 lutego 1861 roku – określany w encyklopediach po prostu jako ziemianin Marceli Paweł Karczewski – był obywatelem powiatu kaliskiego, członkiem Koła Towarzystwa Rolniczego w Sieradzu. I jego pośmiertne zdjęcie, umieszczone centralnie w pamiątkowym tableau, wykonanym przez warszawskiego fotografa Karola Beyera, docierało do polskich rąk we wszystkich zaborach, jako dokument zbrodni wołającej o postawienie jej kresu.

022

Dwa teksty mówią szczegółowo o udziale duchowieństwa sieradzkiej ziemi w przygotowaniach powstania, potem w czynnym uczestnictwie i wreszcie w martyrologii. Andrzej Ruszkowski przytacza niezwykle skrupulatnie zebraną listę miejsc potyczek i wydarzeń towarzyszących powstaniu w Sieradzkim. Józef Szubzda słusznie krytykuje postawę polskiego Sejmu, który wybrał upamiętnienie w 2013 roku 60. rocznicy śmierci Tuwima raczej niż 150. rocznicy Powstania Styczniowego. Polityka niepamięci. Lub pamięci wybiórczej. Ale jakież wrażenie robią licznie zgromadzone w kwartalniku zdjęcia tylu pomników, tablic pamiątkowych, kamieni i obelisków, krzyży na cmentarzach i rozstajach, upamiętniających na naszej ziemi bohaterów powstania 1863 roku. Bo jak napisał poeta Artur Oppman (Or-Ot) w wierszu Pięciu poległych:
 
Jest w duszy polskiej ukryty zakątek,
Gdzie błyszczą ciche lat umarłych cienie,
Leży tam kamień grobowych pamiątek,
A pod kamieniem krwawi się wspomnienie. (…)
 
Wspomnienie dziadów pieśnią jest dla synów,
Hen od Racławic po śniegi Tobolska,
I znów przez wnuków grzmi piorunem czynów,
Pieśń, czyn, wspomnienie – to jedno – to Polska.
 
Polacy chcieli pamiętać. I teraz chcą. Ci niepoddający się praniu mózgów. Mocno zachęcam do lektury kwartalnika. A młodym sieradzkim grupom rekonstrukcji historycznej, które każdego roku tak pieczołowicie upamiętniają walki z Niemcami nad Wartą we wrześniu 1939 roku, angażują się pod Grunwaldem, podpowiadam zakrzątnięcie się wokół upamiętnienia którejś z bitew powstańczych na sieradzkiej ziemi, najbliżej chyba pod Rożdżałami. Bez oglądania się na władze wysokiego szczebla, niech na nas samych spocznie obowiązek ożywiania narodowej pamięci.

016
Aleksander Sochaczewski, Pożegnanie z Europą, 1894

Czytając bowiem na różnych forach internetowych, a i słuchając rozmaitych głosów – czasem nawet w obrębie naszych rodzin czy w towarzystwie dobrze zdawałoby się znanych nam ludzi – zaczynamy się utwierdzać w przekonaniu, że medialne zabiegi i odgórne działania nie są bynajmniej bezskuteczne. Część ludzi naprawdę traci pamięć. Nie tak jak wskutek sklerozy, gdzie chciałoby się pamiętać, ale pamięć ucieka. Ludzie tracą pamięć, bo nie chcą pamiętać. Bo wmówiono im, że tak jest nowocześnie i cool. A inni, bo tak ich postanowiono edukować. W latach po 1989 roku zdarzyło mi się usłyszeć w telewizji kuriozalny wywiad z Tomaszem Jastrunem, ówczesnym czy dopiero co byłym szefem ośrodka kultury polskiej w Sztokholmie. Opowiadał o swojej inicjatywie przeprowadzenia testu w zakresie znajomości historii wśród uczniów szkół średnich szwedzkich i polskich. Co się okazało? Przytłaczająca przewaga wiedzy historycznej po stronie polskich uczniów – na tle bardzo miernej znajomości historii u szwedzkich licealistów. Ale najbardziej zaskakująca była konkluzja. Otóż okazało się, że mamy wiele do zrobienia, by odciążyć naszą młodzież od tego niepotrzebnego balastu. By dorównać bardziej europejskim standardom. Klnę się, że słyszałam to na własne osłupiałe uszy.

Ita Turowicz

A skutkiem takiej, jak wspomniana powyżej, świadomie prowadzonej polityki edukacyjnej są następujące, porażające statystyki, dotyczące polskiej młodzieży. Dziś zapewne zbliżamy się już do tych „europejskich standardów”.

023_mini

I myślę, że nie dość przypominania tego, co mówił do nas na krakowskich Błoniach Jan Paweł II, przestrzegając, być może w jakimś proroczym natchnieniu, przed tym złem, które dziś już na dobre panoszy się w naszej wspólnej Ojczyźnie:

Patrzę jeszcze stąd na Kraków, na ten Kraków, w którym każdy kamień i każda cegła jest mi droga… Patrzę stąd na Polskę. I dlatego — zanim stąd odejdę — proszę Was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię Polska, raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością (…) Abyście nigdy nie zwątpili i nie znużyli się, i nie zniechęcili. Abyście nie podcinali sami tych korzeni, z których wyrastamy.

10 czerwca 1979