Ewa Stanisławiak / O przedszkolu Sióstr Urszulanek SJK w Sieradzu

Klasztor Sióstr Urszulanek SJK w Sieradzu / Ks. dr Feliks Szczęsny Binkowski (1898-1942)
25 listopada 2018
Kościółek św. Ducha / 2017 – Zesłanie Ducha Świętego (Zielone Świątki)
1 grudnia 2018

Sieradz, 7 kwietnia 2018

Przed drugą wojną światową w Sieradzu funkcjonowa­ły tylko ochronki dla ubogich dzieci. Przedszkola nie było. Po woj­nie sytuacja się zmieniła. Ochronek nie było, bo nie było, przynajmniej w założeniu, ubogich dzieci, za to przedszkole założo­no. To pierwsze, otwarte tuż po wojnie, prowadziły siostry urszulan­ki w długim drewnianym baraku, zamykającym przestrzeń między budynkami klasztornymi a teatrem. W związku z dużą liczbą dzieci z wojennego wyżu, od 1947 roku siostry podjęły pracę również w przedszkolu umieszczonym w budynku przy Toruńskiej. Należało ono do kościelnego Caritasu. Niestety, po dwóch latach zostało, wraz z rozwiązaniem Caritasu, zlikwidowane. W rok później przy Ko­ściuszki utworzono przedszkole TPD (jego budynek zburzono bodaj w latach siedemdziesiątych).

Moje przedszkole, czyli to, do którego uczęszczałam, mieściło się nadal w poniemieckim baraku, tyle że teraz pod patro­natem Caritasu państwowego. Na szczęście, było to w dalszym ciągu dobre przedszkole. Jak twierdzą same siostry, ingerencja władz owszem była, ale na tyle mała, że wszystko, albo prawie wszystko szło po staremu. Przynajmniej w sferze edukacji i wychowania, czego moje wspomnienia są najlepszym dowodem. Jakich to wymagało starań ze strony sióstr, można się tylko domyślać. Interes przedszko­laka był jednak zachowany.

Przedszkolaki w sieradzkich strojach ludowych. Dziewczynka w pierwszej parze z lewej strony to ja

Tanecznym krokiem (ja w pierwszej parze z prawej). W tle remont sieradzkiego teatru

Niezła z nas czeredka. Okrąglutka buzia w czwartym rzędzie to ja (druga z lewej)

Trafiłam do tego przedszkola w połowie lat 50. i w pa­miętnym baraku spędziłam dużą część dzieciństwa, z krótkim inter­wałem, bodaj w średniakach, kiedy to przeniesiono nas do głównego domu klasztornego. To z tego okresu pamiętam swój zachwyt nad krużgankami, a także nad wirydarzem, czyli wewnętrznym dziedziń­cem klasztornym, oraz próby zgłębienia tajemnic klauzury. Bardzo mnie ciekawiło codzienne życie sióstr, gdzie śpią, gdzie i co jedzą, czy cały czas chodzą w habitach, czy mają łazienki i radia? Jedyne wewnętrzne pomieszczenie klasztorne, do którego udało mi się wtar­gnąć, to był refektarz, czyli jadalnia. Wyglądała, ku mojemu rozcza­rowaniu, bardzo zwyczajnie. Reszta pozostała zakryta przed moimi ciekawskimi oczami. Za to ogród klasztorny nie miał przede mną sekretów. Byliśmy do niego wpuszczam na tyle często, że odarty został całkowicie z aury tajemniczości. Atrakcyjności jednak nie stracił. I dzisiaj przechodząc obok, próbuję zajrzeć w głąb i sprawdzić, co się zmieniło.

Orkiestra przedszkolaków. Występujemy nie byle gdzie, bo na scenie Teatru Miejskiego. Ja gram na małym bębnie, a marzę o dużym

Różowy, oprawiony w płótno album, który dawno, dawno temu założyła dla mnie mama, jest w połowie wypełniony zdjęciami z przedszkola. Ileż tam zapisanych wspomnień.

Ot, chociażby orkiestra przedszkolna. Siedzę ja sobie w pierwszym szeregu i bębnię na bębnie, niewielkim zresztą, i dlate­go pewnie pożądliwie spoglądam na bardziej okazały bęben, na któ­rym grają koledzy. Są też inne zbiorowe fotografie: my w strojach sieradzkich ustawieni parami na tle teatru; my w odświętnych stro­jach zgromadzeni wokół św. Mikołaja z choinką w tle; my i nasze siostry przedszkolanki bardzo harmonijnie rozlokowani pod figurą Jezusa; my z naszymi zabawkami, obowiązkowy koń na biegunach pośrodku. Jest też cała seria fotografii z pielgrzymki do Częstocho­wy. Naprawdę wzruszających. No i oczywiście pełna dokumentacja naszych poczynań estradowych.

To był stały element życia przedszkolnego – przedsta­wienia, głównie jasełki, choć były też wspomniane wcześniej kon­certy naszej przedszkolnej orkiestry, a także pokazy tańców, ze szczególnym uwzględnieniem krakowiaka. Niektóre występy odby­wały się nawet na scenie Teatru Miejskiego, co dziś wydaje się za­dziwiające, jeśli wziąć pod uwagę czasy, w jakich to się działo. Zaangażowanie sióstr urszulanek w aranżowanie tych widowisk było ogromne. Mój dzisiejszy podziw budzi, jak profesjonalnie wszystko przygotowywały, dekoracje, kostiumy, jak bardzo dbały o detale. Im­ponuje też zdolność sióstr do wciągania naszych rodziców do współ­pracy. Zawiązana przy tej okazji znajomość mojej mamy z jedną z sióstr urszulanek przerodziła się w długoletnią, utrzymywaną również po jej wyjeździe z Sie­radza, przyjaźń. Pozostały po niej sympatyczne listy, pieczołowicie przez mamę, a teraz przeze mnie przecho­wywane.

Jasełka

W przedsta­wieniach często byłam ob­sadzana w roli narratora, równie często Anioła, a raz nawet zdarzyło mi się zagrać świętą Annę. Byłam ubrana w imponująco długą, aksa­mitną suknię, siedziałam na dużym krześle i wygłasza­łam przemowę do swej córki Marii z Nazaretu, stojącej obok, z grzecznie złożonymi jak do modlitwy rączkami. Była też rola – nieporozu­mienie. Jak to się mówi, ro­la, która mnie przerosła. Miałam być Bajem, który W stroju do roli Baja, której tak trudno było „baju-baju” dużo gada, czyli mi się nauczyć na pamięć najpierw dużo musi zapa­miętać. Nie byłam w stanie zrozumieć, czego ode mnie chcą. Jak to – mam zapamiętać, nauczyć się, powtarzać? Widzę siebie, jak bezradna stoję przed siostrami i kompletnie nie wiem, o co im chodzi. Kryzys pamięciowy został jakoś pokonany, czego dowodem zdjęcie w albu­mie dokumentujące mój triumf w roli Baja.

W stroju do roli Beja, w której trudno było mi się nauczyć na pamięć

Czy lubiłam chodzić do przedszkola? Wielość pozy­tywnych wspomnień dowodzi, że raczej tak. Jak wszystkim dziecia­kom i mnie zdarzały się chwile tęsknoty za domem. Czasem się nudziłam, czasem miałam poczucie niesprawiedliwości. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że przedszkole było w porządku. Bardzo wzbogaciło moje dzie­cięce życie. Nawet leża­kowanie, którego nie rozumiałam i nie lubi­łam, na coś się przydało. Nauczyłam się marzyć i bawić w wyobraźni.

Raz ucie­kłam z przedszkola. Po­nieważ zdarzyło się to pod koniec dnia, kiedy dzieci były odbierane przez rodziców, siostry były przekonane, że ktoś mnie po prostu zabrał do domu. Byłam raczej grzecznym dzieckiem i w związku z tym nie brano pod uwagę innej opcji. A ja sobie poszłam w świat. Najpierw trochę powędrowałam po Sie­radzu, starannie omijając Rynek, gdzie mieszkałam, a potem poszłam z wizytą do swojej nieco starszej koleżanki (która notabene bardzo mi imponowała, bo jadła węgiel). Dziewczynka była sama w domu, więc bawiłyśmy się beztrosko. A moi rodzice w tym czasie biegali po Sieradzu i szaleli z rozpaczy. Kiedy babcia koleżanki wróciła, od razu zorientowała się, co jest grane i szybko odprowadziła mnie do domu. Przygoda zakończyła się laniem, jednym z niewielu, jakie w życiu zaliczyłam. Czy mocno oberwałam? Nie pamiętam. Podej­rzewam, że cierpiałam z godnością, w przekonaniu, że warto było, że mimo wszystko opłaciła mi się ta chwila wolności.

Nasze zabawki. Ja z lalką

Przedszkole to trudny temat wspomnień. Mnóstwo zda­rzeń, dni typowych, powszednich i tych niezwykłych, wyróżniają­cych się. Wspomnienia pierwszych zlewają się ze sobą, są mało wyraziste, trochę wyblakłe. Wspomnienia drugich pozostały żywe, pełne szczegółów, nasycone emocjami. I dlatego łatwiej je przy­wołać.

Był taki dzień – w którym odkryłam, że zielonej sałaty nie muszę zjadać, wystarczy ją schować do kieszonki fartuszka, a potem dyskretnie wyrzucić. Tajemnica, jak większość tajemnic, w końcu się wydała. Ale procederu nie zaniechałam, nauczyłam się tylko większej ostrożności.

Był taki dzień – w którym do przedszkola przywieziono paczki od misjonarzy. Dla każdego jedna paczka w kolorowym celo­fanie. W każdej paczce niespodzianka. Nie wiem, co dostali inni. Ja miałam w środku marcepanową święconkę. Na zdjęciu uwieńczają­cym tę chwilę stoję sztywno, z opadającymi, zrolowanymi bawełnia­nymi rajtuzami, a w ręku kurczowo trzymam niewielką paczuszkę. Pamięć mi podpowiada, że była w fioletowym celofanie.

Do przedszkola dotarły świąteczne paczki z zagranicy. Bardzo kolorowe. Wygląda na to, że jednych te paczki niezwykle cieszą, a innych przerażają. Stoję pierwsza z prawej

Był taki dzień – kiedy to wpatrując się w obraz przed­stawiający świętego Stanisława Kostkę, śpiewałam z przejęciem sła­wiące go pieśni. Czułam stosowne uniesienie i śpiewałam bardzo, bardzo głośno. Podejrzewam, że z okazji tego dnia na śniadanie było coś smacznego.

Był taki dzień – w którym kombinowałam, co zrobić, by pobawić się w obleganym przez koleżanki kąciku ze sklepem spożywczym. Z reguły spędzałam czas w nudnym kąciku z lalkami, bo tam było dostać się najłatwiej. Ale, jak widać, miałam swoje ma­rzenia. Nie wiem, czy udało mi się je w końcu zrealizować, czy nie, ale podjęte manewry – pamiętam.

Był taki dzień – kiedy w trakcie gry w berka ktoś ścią­gnął chustę z głowy naszej kochanej siostry Krysi, wówczas jeszcze nowicjuszki, i ujrzeliśmy jej krótko obcięte włosy. Siostra była moc­no zmieszana i uciekła do sąsiedniej sali. A my – widząc to, sądzili­śmy, że stało się coś strasznego i byliśmy mocno tym poruszeni.

Był taki dzień – dzień szalonej zabawy w farby na placu przed teatrem. Wybierało się Pana, Anioła i Diabła. Pozostali byli kolorami. A potem, na przemian, Diabeł i Anioł przychodzili do Pana i mówili, jaką farbę chcą kupić. Jeśli trafiali w ciebie, musiałeś/mu- siałaś uciekać i nie dać się złapać. Była nakreślona linia, za którą po­ścig się kończył i farba była ocalona; złapana – traciła wolność i stawała się członkiem drużyny Diabła, albo Anioła. Na koniec było przeciąganie i któraś drużyna, zwykle ta liczniejsza, wygrywała.

Był też dzień buntu – Jacek, mój młodszy brat, choro­wał zakaźnie i w związku z tym wyprowadzono mnie na dwa tygo­dnie z domu. Do przyszywanej cioci i wujka, skądinąd bardzo przeze mnie lubianych, czyli do państwa Kalabińskich. Tęskniłam do domu i byłam bardzo nieszczęśliwa. Krytycznego ranka ciocia Stefa od­prowadziła mnie do przedszkola i już w szatni zaczęło się. Odmówi­łam jakiejkolwiek współpracy. Ani sama nie chciałam się rozebrać, ani nie pozwalałam na to innym. Nie i już. Proszono, grożono, a ja swoje. Zaznaczam, że byłam już starszakiem, czyli plasowałam się wysoko w hierarchii przedszkolnej. Siostra mająca dyżur w szatni zagroziła: – Jeżeli się zaraz nie rozbierzesz, to za karę pójdziesz do maluchów. Powiedzieć łatwo, wykonać trudniej. Ponieważ nadal nie wykazywałam chęci pójścia na jakiekolwiek ustępstwa, siostra nie miała wyjścia. Zostałam przeciągnięta za nogi, przez szatnię, salę starszaków itd., aż do sali maluchów i tam porzucona w kącie pod ścianą. Poszło sprawnie, z poślizgiem, bo posadzki były gładkie, a moje spodnie mięciutkie. Siedziałam sobie i obserwowałam, jak maluchy jedzą śniadanie. Ani skruchy, ani wstydu nie czułam. Wręcz przeciwnie, towarzyszyło mi uczucie niezwykłej mocy i niezależno­ści. Wspaniałe poczucie omnipotencji. Co mi tam inni zrobić mogą? Co mnie tam obchodzi, co sobie myślą? I tu wspomnienie się urywa.

Pielgrzymujemy do Częstochowy. Bardzo dumna niosę poduszkę z naszym darem wotywnym. Obok idzie mama w czerwonej zapasce

Absolwenci przedszkola sióstr urszulanek. Łatwo mnie znaleźć

Kompletnie nie pamiętam, jak się skończyła historia mego nieposłu­szeństwa. A że pamięć wypiera treści niewygodne, rodzi się podej­rzenie, że koniec był niechlubny.

Bardzo dużo się działo w moim przedszkolu. Każdy dzień przynosił jakieś nowe doświadczenia. Pozostało mnóstwo wspaniałych wspomnień. Dużo nam czytano, opowiadano. Bardzo to lubiłam. Lubiłam też szafki oznaczone ślicznymi obrazkami. I pyszne kisielki z owocami. I zupę „nic”. I rytuały, które nas kształtowały. Lubiłam nawet obowiązki, do których nas wdrażano. Może poza układaniem zabawek na półkach.

Wychowywano nas w bliskości kościoła i religii. Wspólne modlitwy. Opowieści o Jezusie i świętych. I pierwsze wy­obrażenia troszczącego się o dzieci Boga. Było tak, jak być powinno. Wszelkie zarzuty, że idealizuję, że tworzę legendę – odpieram. Było dobrze z jednego prostego powodu, co – myślę – potwierdzą i inni absolwenci naszego przedszkola. Dawno nam to, co dla dzieci najważniejsze: poczucie bezpieczeństwa i nadzieję, że przyszłość będzie równie bezpieczna i na dodatek ciekawa.

Ewa Stanisławiak, Pora jesieni, pora wspominania,
Warszawa 2018, s. 133-144

 

***

Ewa Stanislawiak z d. Janiak urodziła się w Sieradzu. W dzieciństwie mieszkała w Rynku, w kamienicy pod numerem 17. Uczęszczała do Przedszkola ss. Urszulanek. Ukończyła Szkołę Podstawową nr 1 i Liceum Ogólnokształcące im. Kazimierza Jagiellończyka w Sieradzu. Studiowała na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Psychologii. Na uczelni tej uzyskała tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie psychologii. Jest autorką i współautorką kilkudziesięciu artykułów naukowych i kilku podręczników, w tym wydanych pod jej redakcją Wybranych problemów z psychologii społecznej, a także współautorką monografii Oblicza imion. Wprowadzenie do psychologii imion ludzkich. W ostatnich latach zajmuje się również problematyką pamięci autobiograficznej. Jest wśród autorów pracy zbiorowej Pamięć – zjawiska zwykłe i niezwykłe.