Apteka Staromiejska w Sieradzu

Pellegrino / 2017 – Francja, Lourdes
3 sierpnia 2018
Moja Praga / Procesja do Krzyża 2018r.
4 sierpnia 2018

W imieniu mojego ojca, Stefana Turowicza, i obecnej tu mamy, Wandy Turowiczowej, oraz całej rodziny pragnę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do zorganizowania w sieradzkim Muzeum aptecznej ekspozycji. Przede wszystkim pani dyrektor Marii Wisińskiej-Klubie, która swego czasu podjęła decyzję przechowania wyrzuconych z apteki mebli, pani Annie Dzierzgowskiej, również zaangażowanej w sprawę ich przechowania, panu dyrektorowi Czesławowi Rutkowskiemu, który meble odrestaurował, przeznaczył na ich ekspozycję największą muzealną salę i pieczołowicie wyeksponował. Także przedstawicielom łódzkiego Cefarmu, tym obecnym, którzy pomogli naprawić to, z czym ich poprzednicy z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku obeszli się tak beztrosko.

Tak zwany „pierwszy stół” do obsługi pacjentów z receptami, nieco w głębi za oszkloną ścianką – „drugi stół”, gdzie przygotowywano leki; ekspozycja apteczna w sieradzkim Muzeum, 2009

Wyrzucanie z apteki jej starych mebli było szokiem zarówno dla mamy (ojciec już nie żył), jak i dla córki poprzedniego właściciela, Ireny Zarębskiej z Jakimowiczów. Mama zapisała jej słowa po obejrzeniu nowego wystroju: „To straszne, jak można było tak dużą i piękną aptekę zdewastować, i to w wolnej Polsce! Kierownik Niemiec nie zniszczył, a Polacy?”. Znalazłam też w wycinkach mamy słowa dyrektora Rutkowskiego, zacytowane w artykule Bożeny Łuczak-Skarżyńskiej (niestety, obcięty brzeg z tytułem i datą): „Przez wiele lat regały, szafy, szafki i lady z litego drewna przerzucano z miejsca na miejsce. Składowano je w muzealnych magazynach, na strychach. Przewożono do Tubądzina i do skansenu. Niszczały. Pomyślałem, że jeśli nie zabiorę się do tego stanowczo, to na pewno kolejnej powodzi nad Żegliną nie przetrzymają. Perfekcyjnie odnowiona «apteka państwa Turowiczów» – jak ją nazywają sieradzanie – już stoi w największej muzealnej sali”.

Warto podkreślić, że to unikalna tego typu ekspozycja w województwie i jedna z bardzo nielicznych w kraju.

Teraz chciałabym przypomnieć, że kilkadziesiąt lat temu aptek było znacznie mniej niż dzisiaj. Przed wojną w całej Polsce było ich 2593. Dziś jest ich kilkadziesiąt razy więcej. W Sieradzu były dwie, obie w Rynku (i „obie w ręku chrześcijan”, jak zapisał w swojej książce wielki miłośnik naszego miasta, nieoceniony ksiądz Walery Pogorzelski), dziś jest kilkanaście. I spełniają też trochę inną rolę. Apteka Staromiejska w dawnym Sieradzu, w którym Rynek stanowił jeszcze autentyczne centrum miasta, była nie tylko miejscem sprzedaży, ale i wyrobu leków – nie tylko tych przepisanych receptą, ale i stale dostępnych: rozmaitych syropów, maści, nalewek, nacierań, czopków, proszków etcetera. Była też miejscem porady – aptekarze nie stronili od cierpliwego wysłuchania klienta, udzielenia mu wskazówek, co, jak i dlaczego. Mama moja nie uchylała się od tej roli do końca swojej pracy zawodowej, nawet w najbardziej zapyziałym Peerelu, a coś z tego przeniosło się jeszcze do naszego domu, o czym mogą poświadczyć liczni wtajemniczeni, przychodzący do mamy po jej słynne kropelki na serce i nie mniej słynną maść na hemoroidy.

Że wyrabiano także inne, bardziej ekscentryczne specyfiki, świadczy ta oto zachowana przez tatę receptura na „choleryczną wódkę prowizora M. Dąbrowskiego”. O prowizorze nikt już dzisiaj nie pamięta, ale jego „choleryczna wódka” może jeszcze znaleźć amatorów.

A oto trzy przepisy z apteki naszych pradziadków. Znalazłam je zapisane przez mamę na okoliczność urządzania w 1969 roku wystawy aptecznej z planszami średniowiecznej apteki wykonanymi przez tatę. „Gdy kolki dokuczają, ząb wieprzowy wielki na proch starty wypić w piwie albo w winie, albo język od gęsi w proszku, albo wilcze jelito suszone i na proch utarte, zadane na raz, co szeląg zaważy”. Druga receptura: „Bolenie zębów – korzeń kobylego szczawiu podczas wiosny wykopać i ususzyć, dotykanie nim zęba bolejącego albo trzymanie na nim uśmierza ból jego”. I ostatnia: „Kołtuna leczenie – dostać wydry, z której wyjęte wnętrzności suszyć w ciepłym piecu, na proszek miałko zetrzeć i pić codziennie w piwie, póki stanie prochu i aż spadnie z głowy kołtun”.

Tego, zaręczam, już tata nie wykonywał. Co jeszcze – apteka miała swój zapach. Naprawdę apteki nie pachniały kosmetykami, jak dziś. To był zapach szczególny, czy ja wiem – ziół, mięty, waleriany czy czego tam jeszcze – mnie osobiście bardzo bliski, taki rodzinny od najwcześniejszego dzieciństwa, gdyśmy z trójką rodzeństwa biegali po aptecznym zapleczu. (Bo nam, nieświadomym politycznych zakusów, apteka wydawała się wciąż „nasza”). Otóż pamiętam, jak kiedyś w czasie harcerskiego obozu wędrownego na Wolinie weszłyśmy z Wiesią Wojewodą, którą strasznie pokąsały komary, a była na nie uczulona, do apteki po maść na bąble i nagle nie chciało mi się stamtąd wyjść – tak swojsko i domowo mi tam zapachniało.

„Pierwszy stół” od strony pracowników apteki, przed nim po lewej nie było regałów, tylko po obu stronach wejścia duże okna wystawowe, pod którymi stały szeroki ławki pozwalające klientom odpocząć; apteczna ekspozycja w muzeum, 2009

Stąd w pięknej ekspozycji naszego apteczno-muzealnego wnętrza będzie mi zawsze brakowało dwóch rzeczy: tego niepowtarzalnego zapachu i – znajomych twarzy, ludzi związanych z Apteką Staromiejską od zawsze. Mojego taty w białym fartuchu w gabinecie z oknami od strony podwórka, mamy przy pierwszym stole, z niestrudzoną życzliwością odnoszącej się do wszystkich chorych, przy kasie pani Loli Wojewodziny, zawsze tak wesołej i serdecznej, pań Jadzi Zaborowskiej-Klimasowej i Stefy Goszczyńskiej, przy drugim stole pani Danusi Urbaniak, która razem z wąsatym panem Franciszkiem Zbrożkiem należała do najstarszych stażem pracowników powojennej apteki. Kto pamięta, ten zobaczy ich wszystkich oczyma serdecznej wyobraźni. Kto pamiętać nie może, ten wiele stracił.

Ów urok aptecznego wnętrza, z jego elegancją, atmosferą wtajemniczenia, klimatem licznych zakamarków być może oddziałał w latach naszego dzieciństwa i wczesnej młodości na wyobraźnię, a potem decyzję wyboru farmacji przez moją przyjaciółkę Jolę Makońską, która po przejściu taty na emeryturę objęła po nim kierownictwo apteki.

Nie jestem muzealnikiem, ale mnie się jeszcze marzy uzupełnienie ekspozycji kącikiem sieradzkich lekarzy – to były przecież środowiska siostrzane, nierozłączne: farmacja i medycyna, aptekarz i lekarz, diagnoza i kuracja, współpraca na co dzień. A do środowiska lekarskiego Sieradz miał naprawdę szczęście. Myślę, że warto ocalić od zapomnienia takie piękne sylwetki lekarzy, jak doktor Marek Prawdzic Zaleski, założyciel sieradzkiego „Sokoła”, doktor Kazimierz Kempiński, lekarz społecznik, stracony wraz z żydowskimi mieszkańcami miasta w Chełmnie nad Nerem, doktor ppłk Mieczysław Mel, ocalały z wywózki do Uzbekistanu, doktor Władysław Milewicz, przedwojenny senator, znakomici chirurdzy Jan Felchner i Jan Kaszyński, których do Sieradza przywiał tragiczny wrzesień 1939 roku, doktor Jerzy Kulczycki, doktor Kazimierz Trybuchowski, wymieniając tylko tych najdawniejszych związanych z Apteką Staromiejską.

Tak zapamiętało Wandę Turowiczową wielu mieszkańców Sieradza, w białym aptekarskim fartuchu, 1969

Uśmiecham się w tym miejscu pięknie do pana dyrektora Rutkowskiego z nadzieją, że może coś tu jeszcze przybędzie.

A sieradzkiemu Muzeum, z unoszącym się wciąż wśród murów krzepkim duchem niezapomnianej pani Zofii Neymanowej, życzę wspaniałego rozwoju, nowych pięknych eksponatów, interesujących wystaw, zachowujących od zapomnienia to, co wartościowe w naszej historii i kulturze, tej narodowej i tej sieradzkiej, najbliższej. Także wielu hojnych sponsorów i przede wszystkim ciekawej, chłonnej publiczności.
Ad multos annos!

Sieradz, 18 grudnia 2002
(tekst uzupełniony)

Ita Turowicz, I wszystko w sny odchodzi… Memuar sieradzki I,
Warszawa 2010, s. 191-194

Zdjęcia ekspozycji muzealnej wykonałem 19 stycznia 2018 roku